czwartek, 29 grudnia 2011

Święta.

- to tak w duchu świętowania :) Na szczęście już nie tkwię w durnym schemacie "święta, święta i po świętach" i moje święta nie skończyły się w Wigilię... W końcu czas na cieszenie się z narodzenia Jezusa jest TERAZ. Jakoś nie może tego zrozumieć większość stacji radiowych, które grały kolędy cały grudzień (wrrr), a teraz przestały :P

Co u nas? Wigilia i święta były dobre... Nie takie, jak sobie wymarzyłam. Nie było choinki, bo nie starczyło kasy. I kilka innych spraw nie wypaliło. Ale za to można było doświadczyć, że nie o choinkę chodzi, a w końcu Jezus narodził się w grocie, w ubóstwie, też z dala od wygód. Więc w sumie to dobrze, bo jakoś za wiele planów i spinania się przed Bożym Narodzeniem, a potem człowiek jest tylko zdenerwowany i zmęczony. A tak to mogliśmy przeżyć to jakoś normalnie. W dodatku byliśmy u siebie, sami z Alnilam tylko, więc nie musieliśmy się schizować świętowaniem z ludźmi, którzy tylko czekają na wyżerkę. Także było fajnie i jakoś... tak jak powinno... I ciepło, i jasno.

Poza tym udało mi się zrobić kilka smacznych rzeczy i byłam usasana (ech te kompleksy kulinarne wyniesione z domu... powoli do mnie dociera, że też mogę gotować smaczne rzeczy - mama traktowała mnie jak chodzące dwie lewe ręce i nie dopuszczała do zajęć domowych :/ a potem miała pretensje o to).

A i tak najbardziej mi się podobała relacja Renfri ze świąt boliwijskich (link po lewej) :)

Czekam na mojego świętego Józefa, aż wróci z pracy ;)

Gabrysiowi zaczęły się wykluwac kły. I nauczył się pić z kubka takiego "dorosłego" już bez użycia rurki. W ogóle ciągle sie uczy nowych rzeczy i już sama nie wiem, kiedy co załapał. Powtarza wszystko, co zaobserwuje. Ostatnio nawet pomalował sobie usta błyszczykiem, tak jak ja - ale mu wytłumaczyłam, że tak robią tylko dziewczynki :P

A Maleństwo często tańczy i już centralnie widać na zewnątrz, jak kopie. Także Wilkołak może sobie popatrzeć wieczorami i na drugie dziecko :)



Już niedługo mam nadzieję zamieścić tu zdjęcia dwóch skarbów. Nie mogę się doczekać! Termin na koniec marca...

Ciao!

niedziela, 18 grudnia 2011

Taka niedziela.

Ostatnia niedziela adwentu... Za tydzień już wigilia. Kurcze jak ten czas leci :)

Trzy lata temu właśnie w ostatnią niedzielę przed świętami zaręczyliśmy się z Krzyśkiem. Był wtedy 21 grudnia.

Na homilii ksiądz życzył nam, żeby święta nie były takie, jak sobie zaplanujemy, bo swoimi planami możemy zniszczyć plany Boga. Otrzeźwiło mnie to. Mam nadzieję, że przeżyjemy te święta prawdziwie, a nie zgubimy się między choinką a karpiem. No i zadziwia mnie fakt, że świętują też ci, którzy deklarują się jako ateiści :P

Przyjechała do nas Alnilam na święta i jest wesoło. Nie będę sama przez ten tydzień.

Renfri pisze bloga z Boliwii, także na szczęście wiadomo, co u niej: http://ren-in-andes.eblog.pl/

A tak poza tym... Siedzę sobie w domu z moimi facetami. Jak święta Elżbieta z czytania - w szóstym miesiącu ciąży. Znowu mogę się odnaleźć w początku ewangelii Łukasza. Brzuszek już widoczny bardzo, ale jakoś wszyscy mi mówią, że dobrze wyglądam :P Na szczęście, bo inaczej czułabym się strasznie niepewnie i jakoś tak... szeroko. Ale prawdą jest, że tym bardziej mnie to motywuje do wyglądania dobrze, a nie jak wór na dziecko :P W końcu nie przestałam być sobą, kobietą, a nawet jestem nią tym bardziej.

Kupiliśmy w końcu pralkę i przed chwilą Krzysiek ją przywiózł do domu. Zaraz będziemy szamać naleśniki, a potem się przejdziemy na spacer, bo wreszcie jest słonecznie. Alnilam pojechała do miasta. A Gabryś biega półnagi po domu, bo uczy się korzystać z nocnika :P

Hmm... Jestem szczęśliwa :)

A tu kolejna widaomość poprawiająca humor: http://gosc.pl/doc/1030435.Madrzy-przed-szkoda

Dobrej niedzieli, owocnego ostatniego tygodnia adwentu... No i przede wszystkim ciepłych, radosnych świąt, spędzonych w gronie rodziny, ale przede wszystkim z Bogiem. W końcu między innymi przez te święta nam przypomina, jak baaaaaaaaaaaaaardzo nas kocha i chce być z nami. A nawet jeszcze bardziej :)

Z Bogiem!

środa, 7 grudnia 2011

Mikołajki :)

Na początek zachęcam do przeczytania artykułu, na który właśnie przez przypadek trafiłam w necie i który dodał mi otuchy. Polecam każdemu!!!

www.magazynfamilia.pl/drukuj/Nie_zaluje_ani_sekundy,3735,145.html

Jakoś dobrze wiedzieć, że gdzieś tam jest ktoś, kto walczy o to samo :)

A co u nas? Jak to co, wczoraj był dzień św.Mikołaja, do którego mam szczególny sentyment. Nie, nie do grubego gościa w czerwonym wdzianku lansowanego przez Coca-Colę. Do biskupa Miry, który generalnie był dobrym facetem ze światłem :) I w którego imieniny dzieci dostają prezenty. Dostał i Gabryś, więcej niż się spodziewałam.

Jest miś od nas (taki mięciutki, do łóżeczka w sam raz :D), samochodzik i ciuchcia od prababci, i klocki Duplo od dziadków i wujka Kisiela :)

Reszta prezentów zostanie dostarczona w gwiazdkę.

Swoją drogą zabawne, bo myślałam że się będziemy musieli starać, żeby coś dostał w Mikołaja chociaż od nas, a tu taki wysyp. Miło :)

Pozdrawiam pomikołajkowo :)

piątek, 2 grudnia 2011

W oczekiwaniu na...

Zacznę lirycznie od piosenki, która mi się przypomniała i którą bardzo lubię:

www.youtube.com/watch?v=1gO1h_-cqpc&feature=related

Tak żeby obudzić serce z rana :) W końcu co to za dzień, kiedy kobieta nie czuje się jak księżniczka?

A powyżej jest mniej lirycznie, czyli Gabryś w stylu Rumcajsa po wypiciu kubka kakao.

Przecież dziecko szczęśliwe to dziecko brudne :D

...trzeba przyznać, że jak urośnie to będzie z niego niezły Aragorn - z zarostem mu do twarzy...

www.youtube.com/watch?v=f3fHDt4xQFw&NR=1&feature=endscreen - trochę Aragorna, dla porównania. Zimą trzba się wspomagać grzańcem albo piosenkami, mnie zostało to drugie. No i nic tak nie rozgrzewa jak przystojny wojownik ;)

Kurcze coraz bliżej święta. Moje urodziny już były (to dla mnie zawsze początek miłych wydarzeń listopadowo-grudniowych), zaraz bedzie Mikołaj, a potem tylko czekać aż skończy się Adwent i będzie Wigilia! Normalnie nie mogę się doczekać, zwłaszcza że Alnilam ma przyjechać. W sumie zima byłaby całkiem spoko, gdyby nie styczeń i luty - wtedy nie dzieje się nic oprócz tego, że jest cholernie zimno i pada śnieg... A człowieka łapie deprecha. No ale na razie mamy grudzień i już się nie mogę doczekać tego wszystkiego!

Nawiasem mówiąc ostatnie dni upłynęły na żegnaniu się z Renfri, która wczoraj rozpoczęła swą podróż do Boliwii. Ma dać znać, jak dotrze. Już mi jej brakuje, zwłaszcza że w ostatnim czasie widziałyśmy się często, żeby się jeszcze nacieszyć sobą, a teraz tak pusto... Był wieczorek pożegnalny w Taco Mexicano i wcinanie tapas i innych ostrych rzeczy (ino Gabryś dostał pucharek owocowy). Była kawa w Starbucks w Galerii Krakowskiej. Były zapiekanki na Kazimierzu i czekolada w jednej z knajp na Placu Nowym. I tak dzień po dniu coś, żeby jeszcze pogadać... A na końcu Ren dala się namówić na przebicie uszu i z miną Kłapouchego wyszła od kosmetyczki ze srebrnymi kolczykami w uszach (bardzo ładnie by wyglądała gdyby nie mina xD). A potem się pożegnałyśmy - pewnie zobaczymy się za jakieś półtora roku, jak Bóg da...

A ja, żeby poczuć się w klimacie Ameryki Południowej chociaż trochę (bo tam ciepło, więc myślenie o tym też rozgrzewa), czytam Cejrowskiego "Rio Anaconda" i noszę teraz naszyjnik i kolczyki takie w stylu indiańskim.

Ech, dobrze że Rzym jest bliżej, bo by mnie trafiło :P I tak to czarownice poszły w świat. Choć jedna dotarła ino na Bieżanów :P Ale szczerze mówiąc dalej mnie nie ciągnie już - gdybym była sama, to co innego. A tak to zostaje mi dom, dzieci, sprzątanie i gotowanie obiadków. I szczerze mówiąc zupełnie mi to odpowiada.

Whatever, będę kończyć. Miłego oczekiwania na święta życzę wszystkim! Zapachu mandarynek, świerkowych igiełek, dźwięku dzwoneczków i kolęd w tle oraz wielu miłych wieczorów przy herbatce z goździkami (polecam, a najlepiej jeszcze z rumem... ale to już nie dla mnie). No i tego wyciszenia i czekania na przyjście Pana... Bo to oczywiście najważniejsze, choć i te przyjemne rzeczy dał Bóg, coby o nim przypominały. Ciao!

sobota, 26 listopada 2011

"Ale dziś są twoje urodziny, wszyscy mają wesołe miny..." :D

Perfect, napisałam megadługą notkę i mi się skasowało wszystko xD

Jak w tytule, dziś są moje urodziny :) 26 lat temu, 26 listopada przyszła na świat Tusia (znana również jako Rivulet). Sto lat

Z tej okazji, jako że to mój dzień, chciałabym życzyć wszystkim (a co, przecież nie muszę tylko PRZYJMOWAĆ życzeń, nie?) dużo radości, pogody ducha, no i cobyście się czuli kochani przez Boga i się na jego miłość otwierali, bo tlyko to może dać Wam prawdziwe szczęście i zmieniać życie na lepsze. Dobrego dnia

Siedzę sobie w domu, nie muszę się nigdzie spieszyć, zjadłam już drożdżowy placek od Ren i wypiłam kakao z moimi facetami... Dobrze mi :)

Dziś będzie o tym, co gra w mojej hobbicko-indiańskiej duszy umieszczonej w podkrakowskim domku, taka mała składanka najważniejszych dla mnie piosenek :) Enjoy...

www.youtube.com/watch?v=xbuzskVs6rc&NR=1- "Colours of the wind" w wykonaniu Vanessy Williams z pięknym teledyskiem. Aż ciarki idą po plecach!



www.youtube.com/watch?v=RugSclNY4y8 - to "May it be", tym razem w wykonaniu Celtic Woman, które podoba mi się na równi z oryginałem Enyi (dla niewtajemniczonych - piosenka z filmu "Władca Pierścieni. Drużyna Pierścienia"). Echhh Frodo... ;)



I na koniec coś, co ostatnio za mną chodzi:

www.youtube.com/watch?v=7dwP8Q1I9Vs

...czyli Sarah Brightman z "Deliver me" (fajny teledysk by the way). Mam to na płycie i słucham w kółko, czując się jakbym jadła irysy (marzenie z dzieciństwa, nadal aktualne, bo za wiele ich w życiu nie zjadłam :P), patrząc na krzyż i czując się wolna i szczęśliwa - bo to piękna modlitwa, a jednocześnie pieśń o miłości. Pewnie da się tego słuchac z myślą o ukochanej osobie, ale przy tak wzniosłych piosenkach mi to nie wychodzi :D Niemniej polecam!

A teraz idę się pobawić z Gabrysiem i cieszyć tym dniem :)

Trzymajcie się ciepło!

środa, 16 listopada 2011

Śmiechy i kopniaki czyli co mnie napędza.

W końcu rozpakowani :) W dodatku chwilowo mamy laptopa. Także wreszcie mogę pisać, słuchać muzyki (dziś zainstalowałam sprzęt) i czuć się u siebie.

W ostatnim czasie jakoś bardzo od jesienno-zimowej degrengolady ratuje mnie Gabryś. Gdyby nie on na codzień pewnie byłabym sto razy bardziej przybita i samotna, jak zawsze na końcu świata (czytaj obrzeżach Krakowa), w ciąży i w ogóle... Pewnie, czasami widuję się z ludźmi i mam też inne zajęcia niż siedzenie w domu ale standardowy tryb od poniedziałku do piątku to żmudne przebijanie się z Gabrysiem przez codzienność. Wstajemy rano (zwykle pierwsze co widzę to jego uśmiechnięta buzia wyzierająca z łóżeczka), potem razem cała masa innych czynności do wieczora i mogę go położyć spać z poczuciem dobrze przeżytego dnia. No i wraca Krzysiek. A potem od nowa...

W każdym coraz bardziej do mnie dociera, że siła napędową ostatnio i czymś, co dodaje mi sił i poprawia humor jest właśnie Gabryś, który coraz bardziej wypełnia dzień swoimi pomysłami. To on kiedy się wkurzam zamienia się w uśmiechniętego łobuza i od razu muszę też się uśmiechnąć, bo nie da się inaczej :) Próbowałam :P On lata po całym domu tupiąc bucikami i wykrzykując na całe gardło. Najbardziej lubi gonić się ze mną dookoła i dostaje przy tym głupawki. Albo łaskotać na dywanie, tak że rechocze jak nakręcony. On też sprawia, że mi się nie nudzi - zawsze coś rozwali, wyleje, wyrzuci na podłogę, tak żebym miała co sprzątać. Ciekawe co to będzie, jak będzie miał towarzystwo :P Oczywiście działalność niszczycielska to nie wszystko. O dziwo młody lubi też sprzątać, a najbardziej wycierać - nieraz sam bierze ścierkę albo gabkę i ściera to co rozlał. Albo przeciera sobie stolik przed jedzeniem. W ogóle obserwuje dużo i potem sam coś robi, a mi szczęka opada. Podczas kąpieli sam wyciąga stopy do umycia :D I łapki do suszenia ręcznikiem. Normalnie wymiata :)

Generalnie posiadanie dzieci może być naprawdę przyjemne, jeśli się wyluzuje i stara zachować dystans. Na przykład nie powielać na siłę pewnych wzorców typu: trzeba kłaść małego w łóżeczku a nie u siebie (albo na odwrót). Niby pierdoła a można się zamęczać próbując zrobić coś, co w mojej sytuacji niekoniecznie musi działać. Ja kładę u siebie, a potem przenoszę do jego łóżeczka i jest spokój - naprawdę ładnie przesypia nocki i wcale nie chce powrotu do naszego łóżka, czym straszyła mnie znajoma :P

A drugi Maluszek już coraz mocniej daje znać o sobie i nie mogę o nim (niej?) nie wspomnieć. Jakoś raźniej jest mieć świadomość, że jest przy mnie dwójka dzieci i że jestem im potrzebna - i będę jeszcze przez długi czas. Dziś zrobiliśmy sobie trzyosobową imprezkę przy muzyce z Disneya i wywijaliśmy, ja, Gabryś i Maleństwo. Śmiesznie było poczuć to poruszenie we własnym brzuchu :) Widocznie "Król Lew" jest ponadczasowy i wzrusza kolejne pokolenia. Zupełnie inaczej i jakoś szybciej mija mi ta ciąża. Już jestem umówiona na "połówkowe" usg. Mam tylko nadzieję, że nie będzie widać czy to chłopczyk czy dziewczynka - chcę mieć znowu Kinder Niespodziankę, bo mi to umila czas porodu. Trudniej skupić się na bólach mając świadomość, że za chwilę rozwiąże się dziewięciomiesięczna zagadka :) Nie mogę się doczekać widoku małego zawiniątka i pierwszej nocy z małym dzieciątkiem śpiącym obok, budzącym się tylko na jedzenie. Drugiego kryzysowego dnia już niekoniecznie, ale może tym razem będzie łatwiej :D

Ech rozpisałam się ale dawno nie było tak o dzieciach. A w sumie to teraz myślę głównie o nich. choć oczywiście nie tylko, bo dzieje się dużo innych, dobrych rzeczy. Ale to zbyt ważne i poważne, żeby umieszczać na blogu, wybaczcie...

Tyle wieczornych zwierzeń czarownicy osadzonej w nowej chatce. Dobrej nocy :)

Rivulet

Znalezione jeszcze przed wyłączeniem komputera. Musiałam tu dokleić do tej notki...

„O życie szare i monotonne, ile w tobie skarbów. Żadna godzina nie jest podobna do siebie, a więc szarzyzna i monotonia znikają, kiedy patrzę na wszystko okiem wiary. Łaska, która jest dla mnie w tej godzinie, nie powtórzy się w godzinie drugiej. Będzie mi dana w godzinie drugiej, ale już nie ta sama. Czas przechodzi, a nigdy nie wraca. Co w sobie zawiera, nie zmieni się nigdy, pieczętuje pieczęcią na wieki”.

Z "Dzienniczka" siostry Faustyny.

Howgh!

piątek, 11 listopada 2011

Czekając na pranie :P

Listopad... Udało mi się wybić w święta na cmentarze, odwiedzić groby najbliższych. Nie byłam tam od ponad dwóch lat... Ale jakoś widok grobów nie porusza już jak dawniej - to tylko łupina, a nie obiekt westchnień i wspomnień. Jedyne co mam tam do roboty, to modlitwa - bo nie wiem, w jakim stanie byli ci, co odeszli. Coraz bardziej oddalam się od tego, co było. Cóż, trzeba zostawić umarłym grzebanie ich umarłych i iść dalej... Chociaż to boli.
Jestem teraz w domu moich rodziców, ale jesteśmy sami, oni i Kisiel gdzieś pojechali. Przyjechaliśmy zrobić pranie, bo nie mamy jeszcze pralki :P Słucham tego www.youtube.com/watch?v=WtEskmsOVSs Nie wsłuchując się w słowa, a jedynie melodię - dobrze oddaje to,co czuję. Boli pobyt tutaj i świadomość, że ci bliscy ludzie są mi tak dalecy, a o wiele bliżsi zupełnie inni. Już nie mogę się doczekać przyjazdu Alnilam na święta.
No i żal mi taty... Dalej czuję się z nim związana i za nim tęsknię.
W ogóle za nimi tęsknię. takimi jakimi byli. To jak mówić do Vadera: Jest w tobie jeszcze dobro.
Gabryś zmienia się i rośnie tak, że już nie mam tu o czym pisać, bo wyszłaby jakaś Trylogia albo inna cegła. Dość, że rozwija się dobrze i jest kochanym, radosnym chłopczykiem.
Maleństwo dokazuje coraz bardziej, zwłaszcza po nocach. Nie mogę się doczekać wiosny, kiedy zrobi się ciepło i ono będzie już po tej stronie :)
My już prawie całkiem rozpakowani, także osiadamy coraz bardziej w nowym miejscu. W zeszłym tygodniu codziennie badaliśmy z małym okolicę. Jest piękny kościół, dworki, dużo wiejskich chałup, rzeczka z mostkami jak w Shire. No idealnie. Muszę tylko namierzyć jeszcze plac zabaw, żeby dzieciaki miały się gdzie bawić.
W ostatnim czasie mocno doświadczyłam, że potrzebuję wspólnoty, słuchać co Bóg ma mi do powiedzenia i dać się uwalniać i prowadzić za rękę jak dziecko - zwłaszcza w te tereny, które najbardziej mnie przerażają. Zwłaszcza te we mnie samej. Nie wiem, co jak bym bez tego zrobiła. Gdybym była poza Kościołem, to byłby jakiś dramat...
To tyle dywagacji czekającej na koniec prania i jak zawsze rozdartej
Rivulet

sobota, 29 października 2011

Już na nowym :)

Żyję, żyję... :)
Po prostu podczas przeprowadzki nasz laptop uległ uszkodzeniu :P Także chwilowo nie mam jak pisać - teraz jestem u teściów i nadrabiam...
Od ponad tygodnia mieszkamy w naszym nowym domu. Jeszcze połowa rzeczy nie rozpakowana, a my jesteśmy totalnie wycięci. Ale szczęśliwi. W mieszkaniu jest ciepło (haha!), dużo miejsca (!!!), nie przecieka sufit (hurra!) i NIE MA MYSZY. Także super, będzie miejsce na dużo dziecięcych łóżek xD A potem zaczniemy myśleć o remoncie strychu :P
Właśnie oglądałam zdjęcia Al i Ren z Rzymu i zrobiło mi się cieplej. Gadałam ostatnio z Al na Skypie i strasznie bym chciała już normalnie... A Ren wróciła i jeszcze przez miesiąc będzie w Polsce, ale już od grudnia zostaję sama i ciężko będzie. Ale cóż, czarownice opanują świat :P Ktoś musi zostać na tej placówce, gdzie niedługo zacznie zamarzać wódka i ciężko będzie wychodzić na spacery z powodu temperatury. Oczywiście na zmianę z małym jesteśmy przeziębieni i ciągle kichamy. Dios mio...
We wtorek miałam wizytę u lekarza i słyszałam już bicie małego serduszka. Od tygodnia czuję też jego ruchy i jest mi lżej, bo się tak nie schizuję, czy wszystko ok. Także oby do kwietnia, niedługo będzie połowa :)
Bosh kończę bo mały mi się dobiera do komputera i zaraz wszystko skasuje, a Krzysiek stwierdził, że "nie chce już się bawić na górze". Faceci... Ciekawe jak on sobie wyobraża siedzenie z Gabrysiem cały dzień i zajmowanie się nim od rana do wieczora, że co ja niby robię?! Ech. Mężczyźni na dłuższą metę nie nadają się do zajmowania dziećmi...
A za oknem szaro (hmm już czarno), deszcze, mgły i czerwone drzewa. Jechaliśmy dziś tutaj i lasy wyglądały naprawdę niesamowicie klimatycznie, jak z bajki. Już niedługo pewnie nastanie pięciomiesięczna zima :P A poza tym to u nas cieeeeepło (tak gdzieś w lipcu)...
Do zobaczenia kiedyś, bo kolejna przerwa może trochę potrwać, ciao.
Rivulet

środa, 12 października 2011

Kogel-mogel październikowy.

Wróciliśmy po pięknym weekendzie i zabraliśmy się za przeprowadzkę. Mieliśmy zamiar się przenieść do końca tygodnia, ale na miejscu trochę szankuje piecyk i najpierw musimy go dać do przeglądu. Ale mam nadzieję, że już niedługo będziemy mieszkać w nowym domku. Trochę będzie żal tego - w końcu to nasz pierwszy, Wymarzony Domek i tu tyle się wydarzyło, tu uczyliśmy się Gabrysia... Ale jest już ciasno, a na wiosnę zrobi się jeszcze ciaśniej, nie ma nawet miejsca na drugie łóżeczko. Także dobrze będzie zamieszkać w większym domu.

Oczywiście czas na przeprowadzkę ze względu na ciążę jest dla mnie trochę kłopotliwy. Wczoraj na przykład musiałam się widzieć cały dzień z teściami i rodzicami, ergo wieczorem piłam kubek melisy... Bo trzeba było tam poprzewozić trochę rzeczy a Krzysiek nie ma urlopu i potrzebujemy pomocy. No nic, miałam ochotę ich zamordować, zwłaszcza teścia i mamę. Patrząc na nich stwierdziłam, że rozumiem schizy moje i Wilkołaka i to, czemu jesteśmy inni od nich. Wiem, nie ma co zwalać całej winy na rodziców, ale schizy to schizy. Także: "God bless and keep our parents... far away from us!".

Dziś zimno, my z małym podziębieni... Właśnie zrobiłam sobie kogel-mogel ze śmietanką i kakao na poprawę nastroju :) A wcześniej wstawiłam galaretkę malinową do lodówki. Coś mam ochotę ostatnio na słodkie ;P

W zeszły piątek miałam piękne wydarzenie, bo jeden z najfajniejszych obecnych biskupów osobiście pobłogosławił moje młodsze Maleństwo :) Jakoś takie rzeczy zawsze dodają mi siły. Tak jak nowenna do Madonny z Guadalupe, którą odmawiałam niedługo po tym, jak się dowiedziałam o ciąży. Jeśli mam jakoś pomóc temu dziecku, to tylko tak. No i dbając o siebie, co staram się robić. Pewnie, wszystko mnie teraz wkurza i nie czuję się najlepiej, ale wolę na przykład przekimać z Gabrysiem trzy godziny po południu w ramach drzemki, niż przeznaczyć ten czas na sprzątanie domu (tak było dziś) :)

Także grunt to dobre jedzenie, sen i odpowiednia muzyka ;) No i rozmowy z przyjaciółmi, ale ci akurat gdzieś wymigrowali :P

A tak w ogóle to wkurzyłam się na suwaczek - miał odliczać tygodnie ciąży, a nie pieprzyć o badaniach prenatalnych! Jestem do nich uprzedzona, odkąd usłyszałam od pewnej osoby, że dobrze je zrobić żeby ewentualnie wiedzieć o defektach dziecka i z niego zrezygnować. Phhhhhhhhhh. Znaczy rozumiem sens badań ale tylko po to, żeby ewentualnie pomóc dziecku. A moja ginekolog nic o tych badaniach nie mówi, a to mądra kobieta, więc end of discussion.

Właśnie goniłam mysz po parapecie, chciała się dobrać do biszkoptów. Ha a na nowym mieszkaniu nie będzie myszy sasasa. Tylko mój chrzestny chomik, którego przechowuję dla Alnilam :P

Znowu odezwało się atopowe zapalenie skóry i bolą mnie dłonie masakrycznie :( Ciągnie się to za mną od dwóch lat i nie wiem, czy minie... A utrudnia życie, bo zmywanie naczyń w takich warunkach odpada. Tyle że nie chcę tego zwalać na Wilkołaka. Tak źle i tak niedobrze. Właśnie czytam na necie o tym, ech trza będzie znowu do dermatologa iść chyba, a nie mam za co :/

Whatever, jakoś będzie. Na koniec rozgrzewający Scorpionsi ;)

http://www.youtube.com/watch?v=9L_DvS8Tz5g

wtorek, 4 października 2011

Jesienna zaduma.

To chyba ostatnie takie ciepłe jesienne dni, w piątek ponoć ma przyjść załamanie pogody. Wieczory są długie i chłodne, a poranki zamglone i ciemne. Trzeba nałapać słońca, póki jeszcze się pokazuje... Wczoraj wracałam wieczorem ze sklepu, bo poszłam kupić chleb, podczas gdy Wilkołak kąpał i usypiał Gabrysia, no i do mnie dotarło, jak bardzo będzie mi brakować grania świerszczy w trawach. Teraz jeszcze je słychać, tak jak czuć zapach ziół od łąk - ale niedługo to wszystko się skończy i długo trzeba będzie czekać. Przypomniałam sobie kosmiczne wieczory zimowe, kiedy cisza brzęczy w uszach, a wszędzie widać tylko biel i czerń; kiedy wracałam z Gabrysiem ze spaceru i śnieg skrzypiał pod butami. Tak bardzo tęskni się wtedy za ciepłem i szumem liści na drzewach...

Na razie zaczynamy powoli nowy dzień. Zjedliśmy już jedno śniadanie i zaraz niczym hobbici zabierzemy się za drugie. A potem jak Gabryś nie będzie śpiący, to pójdziemy na spacer. Ostatnio mały nie chce spać w dzień i wytrzymuje do wieczora, po czym pada jak ścięty :P W dodatku wykluwają mu się dolne czwórki i generalnie jest nerwowy, a dziąsła ma cały czas opuchnięte... Część już wyszła, ale te zęby duże są no i powoli to idzie bardzo...

W tle leci Loreena McKennitt i Blackmore's Night, a my pijemy jedną herbatkę z miodem za drugą.

W czwartek wieczorem się oderwiemy trochę, bo jedziemy do Maniowów na cztery dni. Dobrze będzie przestać myśleć o tym, co zwykle.

Wczoraj byli u nas na chwilę znajomi z małym Frankiem i normalnie dawno nie widziałam takiego rozbrajającego dziecka :) Samo wspomnienie jego wyszczerzonej buzi poprawia mi humor. A ja już się nie mogę doczekać, kiedy poczuję kopniaki naszego Maleństwa. W sumie to już niedługo. No i tak jakby mdłości zaczęły trochę przechodzić. Ale może to jak tak bardzo tego chcę, że już mi się tak wydaje :P

Trza mi kończyć, bo sie młody wkurza. Na deser Loreena McKennitt, idealna na tą porę roku :)

http://www.youtube.com/watch?v=siXe7bKt1q0

Pozdrawiam miodowolistnie, jeszcze ze skotnickiej chatki. W sobotę przewieźliśmy pierwsze paczki do nowego domu. Mamy czas do końca miesiąca na przeprowadzkę :)

środa, 28 września 2011

Mały cud :)

Późny wieczór. Mogłabym napisać o tym, jak bardzo wyprowadzili mnie z równowagi w zeszłym tygodniu rodzice moi i Krzyśka (czytaj: mama i teściowa). Albo o tym, że po kolei jesteśmy chorzy i kichamy.

Ale napiszę o tym, co widziałam wczoraj. I co sprawiło, że wszystko inne stało się mało ważne :)

Byłam na usg. Zobaczyłam nasze drugie dziecko, mierzące już około 6-7cm. Najbardziej ucieszył mnie widok bijącego serduszka. I zaraz później - ruchy dziecka :D To jest moment, który pamięta się chyba najbardziej. Pamiętam, jak na widok podrygów Gabrysia dostałam niekontrolowanej głupawki ze szczęścia. Tym razem było podobnie. Nie mogłam się napatrzeć na małe fikające nóżki, rączki, które głaskały się po buzi i małą twarz, która co chwilę się zabawnie wykrzywiała od ziewania ;) Normalnie po czymś takim to się ma wyszczerz do wieczora :D W dodatku wyraźnie już było widać paluszki, pępowinę, no kurczę wszystko. Co mnie uderzyło, to fakt, że w sumie mimo niewielkiego rozmiaru to dziecko już jest tak bardzo... dziecięce. Gestami, ruchami nie różniło się za bardzo od Gabrysia. Fasolka już nie jest fasolką, tylko małym dzieciaczkiem. Znaczy wcześniej też była, ale teraz jest to ewidentne.

Cóż, aż chce się pozdrowić z tego miejsca wszystkich zwolenników aborcji i tych, którzy uważają, że dziecko nie jest dzieckiem przed urodzeniem. Zastanawiam się, gdzie podziali oczy i mózgi. Może zaczęliby ich używać...

Ten widok daje mi siłę na kolejne dni i tygodnie - do następnego usg. To jak widzenia z ukochana osobą raz na miesiąc ;) Już czuję, że kocham to dziecko tak bardzo, jak Gabrysia. Za drugim razem jest jakoś łatwiej.

Poza tym czwarty miesiąc już za pasem. Mam nadzieję, że poczuję się lepiej.

No i przeprowadzka coraz bliżej.

A w tle już jesień. Znowu będę czekać tyle czasu na kolejne lato... Ale opadające liście i taka złota pogoda dobrze pasują do mojego nastroju i typowego dla ciąży oderwania od rzeczywistości i wyciszenia. Jakoś zawsze o tej porze roku myślę, że teraz Frodo i Sam wyruszali na wyprawę... A to z kolei przywołuje wspomnienia sprzed dziesięciu lat. Dużo się zmieniło.

Ale dobrze mieć świadomość, że Frodo grzeje stopy pod słońcem Italii :)

Ok trza mi będzie kończyć. Mały już śpi dawno, a Krzysiek robi sok jabłkowy. A ja jestem cholernie głodna a zostało mi chyba tylko zupka chińska :P Perfect.

Pozdrawiam, zmęczona ale mimo wszystko szczęśliwa.

poniedziałek, 19 września 2011

"Gdzie Rzym, gdzie Krym, a gdzie lubelskie buraki?"

Tytuł notki jest cytatem z dobrze znanej mi z dzieciństwa książki "Głowa na tranzystorach". Jakoś tak dziś pasował :P Szkoda, że jedyna osoba, która by zrozumiała dżołka, jest teraz daleko.

Pochmurny poniedziałek... Siedzę w domu z Gabrysiem, który powoli wychodzi z przeziębienia. I myślę, jak tam sobie radzi Alnilam, która dziś rano pojechała do Rzymu. Na rok. Na Erasmusa. Ciekawe, gdzie teraz jest, co robi. I czy tam w Rzymie świeci słońce.

Szykuje się długa, ciemna jesień, pełna czekania. I samotna zima. Bo pierwszego grudnia Renfri wylatuje do Boliwii. Też na rok. A ja będę czekać do kwietnia. Mam nadzieję, że polecę wtedy do nieba i wrócę z małym, różowym zawiniątkiem. Tylko nie wiem, kto mnie będzie dowiedzał w szpitalu...

Gdyby nie Wilkołak, to by mnie teraz coś trafiło. Dobrze, że on nigdzie nie wyjeżdża. No i Gabryś. Jak patrzę w jego niebieskie oczka, to od razu mi lepiej :)

Poza tym jakoś czuję, że i Alnilam i Renfri potrzebują wyjechać bardzo daleko i że to dla nich dobre. A ja zyskałam coś ze względu na gwiazdy i kolor zboża (jak Lis z "Małego Księcia", przyp.red.). Tudzież zupę brokułową i tortillę w przypadku Ren :P

Tak poza tym to rano pojechałam do przychodni, żeby zrobić badania, a tu się okazało, że trzeba mieć skierowanie od nich, a nie od lekarza prywatnego i mnie wywalili po 30 min czekania. Byłam tak wkurzona, że... Ech. Nienawidzę służby zdrowia i urzędów. Zawsze się okazuje że z byle pierdoły muszą zrobić problem. Jutro idę prywatnie i oczywiście zapłacę ponad 100zł, ale walić...

Generalnie to jestem jak na równi pochyłej (szkoda, że nie Krupowej...). Coraz bardziej zdenerwowana, zagubiona, coraz gorzej znoszę mdłości i mam nadzieję, że w październiku się skończą. Najchętniej zasnęłabym zwinięta w kłębek i przekimała do kwietnia. Nie mam siły na nic i wszystko mnie przerasta. Zastanawiam się, czy ostatnim razem też tak było. Pewnie tak, tylko pracowałam wtedy i dni jakoś mijały, a ja udawałam że pracuję :P Teraz jestem oficjalnie bezrobotna i mam o wiele więcej roboty przy Gabrysiu. Tu nie da się udawać. Choćbym nie wiem jak źle się czuła, to trzeba wstać rano koło 7 i zacząć dzień z nim. Zmiana pieluchy, ubieranie, przetykanie noska, śniadanie... A potem cała reszta aż do wieczora. Około 20 mały zasypia, a ja mam jakieś 2h dla siebie i Wilkołaka, zanim nie padniemy ze zmęczenia.

Naprawdę gdyby nie Krzysiek, który wszystko sprząta, wszystko znosi i we wszystkim pokłada nadzieję (resztki wisielczego humoru), to bym nie dała rady.

Tak oto wygląda moja sytuacja u kresu pierwszego trymestru. Ciąg dalszy nastąpi... Za tydzień kolejne usg. A teraz trza nam z Gabrysiem zszamać kalafiorową.

poniedziałek, 12 września 2011

Trochę o Gabrysiu, wychowaniu i takich tam :)

Dni mijają, a mdłości na razie nie przechodzą :P Ale pocieszam się, że do kwietnia coraz bliżej. W dodatku jeszcze trochę i zajmiemy się naszą przeprowadzką, także nie jest źle.

Gabryś zaskoczył mnie ostatnio. Myję mu ząbki jak zwykle, przekonana, że ma ich osiem i czekająca niecierpliwie na następne - bo już dawno powinno coś się pojawić - patrzę nagle, a tu z tyłu gdzieś w głębi dwa zęby, w dodatku już całkiem duże. Nie wiem, kiedy wyrosły i dlaczego tak z tyłu, ignorując trójki i czwórki. Generalnie miałam niezłego zonka. Ale cóż, mały ma już 10 ząbków i łatwiej mu się mieli pokarm :P

Poza tym już od dłuższego czasu jestem zdziwiona, jak szybko mały się uczy nowych rzeczy i jak prawie co dzień mnie czymś zaskakuje. Na przykład dziś się zbuntował czekając na śniadanie i kiedy nie patrzyłam zjadł dwa jabłka. Z ogryzkami i ogonkami :P Wiem o tym tylko dlatego, ze widziałam jak je zaczyna, ale potem śladu po nich nie było... Poza tym sam wpadł na to, żeby pomóc mi wieszać pranie. Ja stoję przy suszarce, a on sam lata do pralki i z powrotem, przynosząc mi rzeczy.

Najbardziej rozkłada mnie to, że Gabryś uwielbia mi siedzieć na kolanach albo przy nogach i się bawić przytulony do mnie. Oglądamy wtedy książeczki, albo po prostu on sam się czymś bawi, a ja mam tylko być i patrzeć :)

Generalnie opanowanie sztuki chodzenia w lipcu otworzyło małemu świat. Teraz wszędzie go pełno i wszystkiego może próbować sam. A ja mu na to pozwalam, bo wkurza mnie monitorowanie dzieci i uczenie ich na siłę według planu dorosłych.

Czytałam ostatnio super książkę o rodzicielstwie, którą polecam wszystkim rodzicom - Carl Honore "Pod presją. Dajmy dzieciom święty spokój!". Wiele rzeczy mnie zaskoczyło, dało mi do myślenia i obnażyło moje podejście do dziecka. A z wieloma innymi po prostu się zgadzam, bo sama już je zauważyłam, tudzież nawet byłam ich ofiarą. Z opisu książki:

Jeżeli kiedykolwiek przemknęła Ci przez głowę myśl, żeby wcisnąć do rozkładu dnia Twojego i tak już zapracowanego dziecka judo, kaligrafię, skrzypce czy suahili - ta książka jest dla Ciebie.

Może nie myślałam jeszcze o suahili, ale jednak przyłapałam się na gorączkowym myśleniu, co dla Gabrysia byłoby najlepsze i jak wpłynąć na jego rozwój. Tak jakby ten rozwój nie następował sam... Książka opowiada o wszystkich po kolei przedziałach wiekowych i różnych aspektach bycia dzieckiem. Co najbardziej dotyczyło mnie i małego w tym momencie, to rola zabawy. To, żeby bawił się sam i tak, jak chce. Bez strofowania go i bawienia się za niego, ustalania za niego zasad. Może nie miałam jeszcze takich tendencji, ale szczerze mówiąc zaczynałam już się łamać.

Wiele razy na placu zabaw Gabryś bawił się w piaskownicy, ja siedziałam w błogiej zadumie i od czasu do czasu zauważałam złowrogie spojrzenia innych mam/opiekunek, zbulwersowanych moją bezczynnością i raz po raz mówiących do swoich dzieci: "Jak trzymasz tą łopatkę?", "Mówiłam tyle razy, że babki robimy mokrym piaskiem, wysyp ten suchy!", "A dlaczego tak robisz?" itd. Ton sugerował, że dzieci zdecydowanie są nie takie jak powinny i bawią się nie tak, jak powinny. Dzieci były zestresowane i zdezorientowane, choć udawały że nie. Gabryś w błogiej nieświadomości grzebał łapką w piasku, a ja zastanawiałam się, czy czasem nie powinnam też poinstruować go o robieniu babek w piasku oraz innych rzeczy, które zdaniem dorosłych dzieci winny robić w piaskownicy. Zwykłe grzebanie w piasku jest zbyt bezproduktywne i mało efektowne.

Właśnie, bezproduktywne. Złapałam się na tym, że tak jak sama nie daję sobie prawa do dobrej zabawy, wolnego czasu, poczucia zadowolenia z działań nie przynoszących wymiernych korzyści np. finansowych, tak mogę nie pozwalać na to dzieciom. Trudno się oprzeć temu, co się dzisiaj wmawia.

Ostatnio na przykład zarejestrowałam się jako osoba bezrobotna. Czekałam w kolejce i czułam się beznadziejnie. Wiedziałam, że to moja decyzja i że chcę się poświęcić dzieciom. Ale bezrobotna? Jak to brzmi... Jakbym siedziała cały dzień w papilotach i paliła peta za petem, bo nie chciało mi się robić nic innego. A nie od rana do nocy uganiała się za dzieckiem i usiłowała ogarnąć dom i siebie.

Podobnie z dziećmi. Takie myśli: a może byłby dla niego lepszy żłobek? Przedszkole? Jaka szkoła? Czy poślę go do muzycznej jak dorośnie?

Dios mio, a on ma piętnaście miesięcy, rozwija się dobrze i świetnie się bawi...

Zdecydowanie należy dać dzieciom - i sobie - święty spokój. I nie szaleć, próbując rozwijać dziecko na siłę. Bo się jeszcze zestresuje i zwinie z powrotem :P Ja bym tak zrobiła.

wtorek, 6 września 2011

Niedziela w górach.

Za nami piękna niedziela :) Wybraliśmy się z Wilkołakiem w góry sami, tylko we dwoje (nie licząc Fasolki). Gabryś został z naszą znajomą. A myśmy trochę odpoczęli. Ech, dobrze jest czasem pobyć bez dzieci.

Pojechaliśmy do Naprawy i niebieskim szlakiem poszliśmy na Luboń Wielki i z powrotem. Pogoda była rewelacyjna, ciepło, a my wreszcie na szlaku. No dobrze mi było czuć znajome zapachy, znowu iść wśród świerków i patrzeć na góry - Tatry, Gorce, Beskid Wyspowy, no i Babią z dołu widziałam. Na jednej z polan zrobiliśmy laudesy. A w schronisku wreszcie zjadłam bigos z chlebem, jak za starych dobrych czasów i byłam szczęśliwa. Z góry i z polany Surówki piękne widoki... Mieliśmy dużo czasu, więc się nie spieszyliśmy i mogliśmy się nacieszyć tym wszystkim. Nawet się załapałam na resztki malin i jeżyn.

No żyć nie umierać :) Musimy sobie od czasu do czasu takie wypady, póki możemy. Bo od kwietnia znowu będzie młynek przez rok conajmniej ;)

wtorek, 30 sierpnia 2011

"Jestem jak małe ziarenko, czuję że żyję, urosnę wam prędko..."

Dzieje się tyle, że aż mi się opisywać nie chce i zaczynam się zastanawiać nad zamknięciem bloga :P

Niemniej napiszę o tym, co najważniejsze...

Dziś po 13tej oglądałam na usg małe bijące serduszko mojego drugiego dziecka. Właśnie kończę 2gi miesiąc ciąży i jestem szczęśliwa. Mam nadzieję, że wszystko pójdzie dobrze i około 6 kwietnia zobaczymy nasze Maleństwo już na własne oczy.

O ciąży wiem od miesiąca, ale nie chciałam nic pisać, bo czekałam na to usg. Jak na razie dzielnie znoszę całodzienne mdłości i łykam kwas foliowy :) I staram się jeść, choć baaardzo nie mam na to ochoty - tak jak ostatnim razem.

Kiedy 1 sierpnia obchodziliśmy drugą rocznicę naszego ślubu, ja dostałam od męża piękne kolczyki i naszyjnik, a on... ładnie opakowany test ciążowy z pozytywnym wynikiem :D Zresztą to Krzysiek już wcześniej przeczuwał, że tym razem się udało, mnie się wydawało, że właśnie nie. Nie ma jak męska intuicja :P

A dziś kiedy czekałam na tramwaj, żeby dojechać do lekarza, kupiłam sok Tymbarku i na nakrętce było napisane: "Ktoś bardzo chce, żebyś był". Prawie się poryczałam. Tak, Maleństwo, ktoś bardzo chce, żebyś było... Mam nadzieję, że będzie Cię bronić. Bo wiem już, że ciąża to trudny czas i walka - ale jest o co walczyć i zwycięstwo to jak wizyta w Niebie.

Aha, jeszcze jedno - w tym samym czasie mniej więcej, kiedy dowiedzieliśmy się o ciąży, okazało się że będziemy mieć mieszkanie. Tym razem własne, takie akurat na więcej dzieci i w dodatku nie w bloku (czego się bałam), ale znowu w domku. Wszystko jest przewidziane, choć staramy się nic nie planować sami...

poniedziałek, 22 sierpnia 2011

Wakacje, znowu są wakacje :)

Odpoczęliśmy :) Spakowaliśmy manatki i pojechaliśmy pod namiot nad nasze morze. Było super, takiego czasu odpoczynku było nam trzeba. Spacery nad morzem, widok fal, ryby z frytkami albo pizza na obiad - żyć, nie umierać :) W dodatku zwiedziliśmy Toruń i Kołobrzeg po drodze, no i przejechaliśmy pół Polski tam i z powrotem. Jak w "Podróży za jeden uśmiech". Pogoda ok, upałów nie było, ale deszczu też nie, ergo byliśmy zadowoleni. A Gabryś był wprost zachwycony plażą, morzem, nocowaniem w namiocie. Trzeba było widzieć jego szalony uśmiech, kiedy biegał po piachu i wśród fal z czerwoną łopatką w rączce :D

A teraz byczymy się jeszcze w Lublińcu u teściów, korzystając z ostatnich dni urlopu Krzyśka. Po dłuższym czasie zajrzałam na bloga i zwątpiłam widząc liczbę komentów pod ostatnim postem. Cóż, widać temat jest cholernie kontrowersyjny...

U nas trochę nowości, ale o tym będzie mowa w kolejnym poście. Chwilowo jestem trochę ogłuszona panującym upałem i rozleniwiona po wyjeździe, więc nie mam siły więcej pisać. Do zobaczenia wkrótce :)

piątek, 5 sierpnia 2011

Zła czy dobra matka?

Na początek piękna modlitwa do Madonny z Guadalupe, która dziś rano doprowadziła mnie do łez (polecam przeczytać również niewierzącym):



"...W Twoje ręce składam także niedostatek miłości, jaki noszę w sobie, wynikający z relacji z moją matką i ojcem. Pragnę przebaczyć każde zranienie oraz brak miłości, jakiego sama doświadczyłam. Spraw, abym nie nosiła w sobie ukrytego żalu ani gniewu za to, co było zaprzeczeniem miłości w więzi z rodzicami. Ty wypełnij każdy brak miłości macierzyńskiej, jakiego doznałam. Doświadczając Twego doskonałego macierzyństwa uzdrawiającego rany mojego serca, będę umiała być dobrą matką dla mojego dziecka. Ty wiesz, ile we mnie słabości, jak moja miłość jest niedoskonała. Naucz mnie, proszę, pięknego macierzyństwa, wolnego od zaborczości, pomagającego harmonijnie się rozwijać, wzrastać. Naucz mnie kochać, a nie zniewalać nadmiarem uczuć. Wierzę, że pod Twoją opieką doświadczę głębokiej radości z macierzyństwa. Tobie powierzam moją więź z dzieckiem."



Trafiłam na te słowa przypadkiem i chyba nikt lepiej by nie ujął tego, co we mnie siedzi. Tej świadomości, że co dzień robię głupie błędy i pragnienia, by być dla moich dzieci jak najlepszą. I wiem, że sama tego nie przeskoczę, sama nie dam rady - tylko Bóg może mi pomóc i dawać siłę, cierpliwość, uwalniać ze strachu o dziecko. Nie wiem, jak by to było, gdybym była ateistką, ale pewnie popadłabym w perfekcjonizm, a na końcu przegrała i tak.

W każdym razie zastanawiam się nieraz, jak się czuła Maria będąc matką Boga - czy miała nieraz dość Jezusa, czy miała schiza, że go uderzyła? Czy też była nieraz tak zmęczona lub niewyspana? W każdym razie nawet jeśli nie, to na pewno była prawdziwa. Świadomość, że ona też przechodziła przez etap ciąży, połogu, pieluch (jakiekolwiek wtedy nie były), wstawania w nocy, lęku o dziecko, wychowania go - zdecydowania dodaje mi sił.

Zaczęłam ostatnio czytac książkę "Zła matka" autorstwa amerykańskiej żydówki i feministki (urocze połączenie) Ayelet Waldman. Książka o tym, co czuje większość matek - że nie da rady sięgnąć ideału dobrej matki, więc jest złą matką, bo wszystko robi nie tak i ciągle musi się bronić przed oskarżeniami (czasem wypływającymi z niej samej). Ciekawa, choć z poglądami autorki nie mogę się zgodzić (zgoda na rozwody, aborcję - no bez jaj). W dodatku Ayelet naprawdę chyba czuje, że coś przegrała - jej wywody są często słuszne, ale w książce wybrzmiewa żal, że nie dane jej było być dobrą matką. W ogóle wszystkie przemyślenia opierają się na walce Dobrych i Złych Matek. Te dobre ukazane są jako ścigające i nadgorliwe, te złe jako uciskane i starające się. Rozumiem, jak frustrujące jest porównywanie się z innymi matkami (w takim razie może lepiej tego nie robić?). Ale w każdej z nas tak naprwdę jest pragnienie, że chcemy być dobre - choć czujemy, że nie potrafimy. W końcu bycie dobrą matką wydaje się nieosiągalne (w przeciwieństwie do bycia dobrym ojcem - w społeczeństwie to po prostu ojciec obecny i na tym kończą się wymagania). Dlatego jest taka moda na "złe matki", "wyrodne matki", próbujące dodać sobie animuszu mimo świadomości porażki. Tylko że ja nie chcę być ani jedną, ani drugą.

Jedyne zdanie, które mi się spodobało i za które autorka zerwała ponoć niezłe baty od oburzonych matek brzmiało: "Kocham mojego męża bardziej niż moje dzieci". Cóż, to właśnie jest najlepsze, co kobieta może dać dzieciom. Miłość do swego męża. I to, że będzie go stawiać nad nimi, bez umniejszania ich wartości. Matka, która ubóstwia swoje dziecko, a męża odstawia na dalszy plan - to jest właśnie zła matka.

Tyle moich przemyśleń.

czwartek, 28 lipca 2011

Jeszcze nie czas...

Wieczór w granatowym swym płaszczu
Gwiazdy już pozapalał
Z kątów wyłażą zrudziałe smutki
A my gramy na swych gitarach
Cicho nutki zbieramy
By grały nam razem do taktu
Niebieskie myśli odganiamy
Bo przecież jeszcze nie czas ...

Jeszcze nie czas swe marzenia do walizek kłaść
Jeszcze nie czas by piosenki nasze śpiewał tylko wiatr
Jeszcze nie czas by gitary spały na dnie szaf

Póki tyle jest muzyki jeszcze w nas...

(Bogdański - Koczewski, Jeszcze nie czas)



Gabryś zrezygnował na dobre z raczkowania i teraz chodzi i biega na własnych nóżkach, w dodatku coraz sprawniej. Dziś rano gonił mnie po placu zabaw i mieliśmy radochę.

A ja we wtorek wreszcie poszłam w góry. Pojechaliśmy z Ren i Gabrysiem do Szczyrzyca. Ren sprzątała swoją siedzibę, a ja wzięłam małego w nosidełko i wyniosło mnie na najwyższy szczyt w okolicy, trzy godziny wspinania się pod górkę. Nie da się opisać, jaka byłam szczęśliwa... W tym błocie, bo trochę padało, między świerkami, z girlandami mokrych pajęczyn nad głową. A na szczycie zielona świątynia. siedzieliśmy z małym na pniu i się cieszyliśmy. Pachniało żywicą. Po drodze spotkaliśmy tylko dwie osoby, las był pusty. Na ścieżce widać było tylko ślady sarnich raciczek. Ech, żyć, nie umierać :)

Zastanawiam się właśnie, czy uporać się z tą górą brudnych naczyć za moimi plecami już teraz, czy poczekać na Krzyśka :P Jakoś dziś jestem niezdolna do większych wyczynów. Obok mnie stoi Gabryś i czesze włosy moim telefonem. Hm ten to zawsze znajdzie nowe zastosowanie dla danego obiektu.

Jutro znowu Szczyrzyc. Mam nadzieję, że pogoda będzie w miarę i znowu gdzieś pójdziemy. Potrzebuję gór jak powietrza...

poniedziałek, 25 lipca 2011

"Łatwo w trawie się kryją i w opuszczonych sadach..."

No i odpoczęliśmy trochę z dala od Krakowa. A Gabryś pobiegał po sadzie z dziadkami za psami i kotem.

Wprawdzie jest deszczowo, ale czuję lato w powietrzu i jestem szczęśliwa. Zwłaszcza, kiedy znalazłam w sadzie krąg po ognisku i usiadłam na pniu. Potem odarłam z kory gałązkę wiśni i krew szybciej popłynęła w żyłach, wraz z ciepłym zapachem. Wszystkie te chwile, kiedy tak siedziałam przy ogniu, odezwały się we mnie wilczym echem i przywiodły nutę o wolności. Śpiewając cicho stare, znajome piosenki z gór - poczułam się do rdzenia sobą. Sobą z gór, wracającą zawsze pod świerki i na hale. Sobą w wytartych spodniach gdzieś na połoninach. Ech, trza mi wrócić do siebie znowu, żeby zebrać siły na kolejny rok.

Anioły są takie ciche
Zwłaszcza te w Bieszczadach
Gdy spotkasz takiego w górach
Wiele z nim nie pogadasz

Najwyżej na ucho ci powie
Gdy będzie w dobrym humorze
Że skrzydła nosi w plecaku
Nawet przy dobrej pogodzie

Anioły są całe zielone
Zwłaszcza te w Bieszczadach
Łatwo w trawie się kryją
I w opuszczonych sadach...

A dzisiaj już w Krakowie, choć jutro jedziemy rano z Renfri do Szczyrzyca, więc jest nadzieja na góry. To po drugiej stronie gór od Szczyrzyca stawiałam swoje pierwsze leśne kroki.

Gabryś dziś miał szczepienie zaległe na odrę i zniósł to jak bohater, ignorując igłę i skupiając się na samochodach za oknem :) A ja się szykowałam na wieczór, bo Wilkołak ma dziś imieniny

Namarie, pozdrawiam lipcowo

piątek, 22 lipca 2011

Blaski i cienie... (więcej blasków ;))

Dzień jeszcze się nie skończył, a ja już zdążyłam przerobić prawie wszystkie emocje...

Mały w nocy strasznie świrował, obudził się z płaczem i nie mógł zasnąć. Wszystko spoko, ale ja w końcu ze zmęczenia i niewyspania wpadłam też w złość a raczej furię i mu po prostu parę razy przyłożyłam. A potem miałam mega schiza. A potem znowu klaps i tak w kółko, bo trwało to gdzieś do południa, mimo że spał w międzyczasie trochę. Takiego kaca moralnego o poranku dawno nie miałam i się poryczałam jeszcze przed śniadaniem :P Cóż, jak to napisała Alnilam w ostatnim komencie, ludzie dzielą się na tych, którzy robią głupoty i tych, którzy robią głupoty i o tym wiedzą. Mogę mieć tylko nadzieję, że moje dzieci nie będą ZA BARDZO zeschizowane przez mój brak cierpliwości i inne kretyństwa, które narobię. Potem mały miał drzemkę, a ja myślałam że się potnę. I znając mnie pewnie bym to zrobiła, gdyby nie świadomość, że - co by sie nie działo - jak się Gabryś obudzi, to będzie mnie potrzebował całej, a nie w kawałkach.

Na szczęście potem przyszła Renfri i wylądowałyśmy razem u Lejmelów. Aśki oczywiście nie było, bo jest w szpitalu z urodzoną w środę Rachelą :) Ale towarzystwo młodszych dzieciaków oraz Ren sprawiły, że Gabryś przestał marudzić i się bawili razem, a ja zaczęłam się czuć jak człowiek, a nie czarny charakter. Kurcze od czasu do czasu dobrze jest pobyć w tym domu... Bawiliśmy się, gadaliśmy, pojechałyśmy z Ryjkiem na zakupy i zrobiłyśmy obiad. Pożyczyłam fajną książkę do czytania, jedną z tych mądrych, a nie zapychaczy czasu. No generalnie wróciłam uspokojona i zdolna kontynuować swój żywot w jakim takim spokoju, a nie jako roztrzęsiona membrana.

A teraz czekam na Wilkołaka z obiadem, a potem pakujemy się i jedziemy do Lublińca na weekend. Ech, życie :)

Apropos Racheli (echhhh kocham to imię, od dawna chciałam mieć córeczkę Rachelę albo Rebekę), to jest kolejnym cudem, którego świadomośc istnienia poprawia mi humor. Akurat w tym roku, kiedy zaczęłam na dobre zwracać uwagę na dzieci, strasznie dużo się ich pojawiło u znajomych. Od maja był najpierw Grzesiu, potem Szymek, Emilka, Franek, Jeremi, teraz Rachela. A jeszcze w październiku się urodzi - prawdopodobnie - dziewczynka. A z Rachelą jest zonk, bo miała być chłopcem :P Bo ma najstarszego brata, a potem sześć sióstr. Cóż, jest kolejna siostra i mam nadzieję, że będzie się czuła jak księżniczka (czyli jak każda kobieta powinna), a nie jakoś... inaczej.

Oki, idę się pobawić z małym, bo coś zrzędzi.

Namarie!

niedziela, 17 lipca 2011

Nasza wielka rewolucja.

W naszym życiu nastała kolejna rewolucja, jedna z większych odkąd pojawił się Gabryś. Otóż - został odstawiony!

Z tym odstawieniem to planowałam tak, że chcę go karmić przynajmniej do skończenia roku, a potem się zobaczy. Z Wilkołakiem coś przebąkiwaliśmy, że może podczas wakacji... I nagle coś nas wzięło w czwartek, że powiedzieliśmy - koniec. W dodatku odstawianie zaczęliśmy wieczorem, więc rano mały jeszcze nieświadomy zjadł ostatni jak się okazało posiłek "prosto od mamy" :P

Naczytałam się i nasłuchałam, że taka decyzja oznacza: kilka nieprzespanych nocy, wrzaski dziecka i rozpaczliwe domaganie się mleka od mamy, frustrację rodziców i generalnie hardkor. Byłam więc trochę przerażona, jak to będzie. A było tak...

Tego pierwszego wieczoru mały faktycznie się wkurzył, że jak to, przecież zasypiał przy mamie pijąc mleczko, a tu tata kołysze do spania. Było trochę wrzasków (Wilkołak wsadził sobie zatyczki do uszu :P). W nocy też się budził (bo zwykle się budził co 2 godziny na mleczko) i denerwował, gdzie ta mama i w ogóle o co chodzi.

Następnego dnia - jakby zawsze był karmiony sztucznie. Zero domagania się piersi. Bawiliśmy się jakby nigdy nic, drzemka przeszła bezboleśnie (zasnął mi na rękach), wieczorem po kąpieli też zasnął kołysany przez tatę. A potem coś, co nas zaszokowało totalnie. SPAŁ BEZ PRZERWY OD 20 DO 5 RANO. Nigdy tak długo nie spał bez przerwy. A potem jeszcze dociągnął do 8, jak się przytulił do taty. WRESZCIE SIĘ WYSPALIŚMY. Wreszcie po ponad roku mogłam przespać noc. ALLELUJA.

Tak więc wychodzi na to, że czas był najwyższy. Same plusy. Ja jestem zadowolona, że już nie muszę być na każde zawołanie (choć będę bardziej zadowolona, jak skończy się produkować pokarm, bo narazie odczuwam wyraźny ból istnienia pewnych części ciała :P). Mały szczęśliwy i więcej je zwykłych rzeczy, bo do tej pory marudził. Tak więc mogę poszaleć w kuchni bardziej. Dziś do śniadania zrobiłam mu kakao z miodem. Sasasa. A Wilkołak też odetchnął, bo spodziewał się gorszych przebojów i przerabiania przez przynajmniej tydzień tego, co zrobiliśmy w jeden dzień (a właściwie noc). Naprawdę jestem w szoku po tej przygodzie.

Żeby było mało, Gabryś nagle "puścił się" na nogach. Do tej pory sporadycznie sobie stawiał kroczki, ale wolał raczkować. A od wczoraj jakby stwierdził - "to już jestem duży" i sobie spaceruje bez obciachu.

Tak więc przeżyliśmy razem coś, co przypominało kolejne przecinanie pępowiny. Gabryś się usamodzielnił, przestał być zależny ode mnie (w taki biologiczny sposób). Ja się zdystansowałam do własnego dziecka i strasznie się z tego cieszę (mam zamiar wspierać swoje dzieci w zyskiwaniu samodzielności, a nie wiązać je na siłę - stały wariant w mojej rodzinie wyjściowej i nie chcę go powtarzać...). Wilkołak jak prawdziwy facet i ojciec pomógł w oderwaniu się dziecka od matki. We did it!

Tak apropos ostatniego akapitu, przeczytałam ostatnio coś, co postaram się zapamiętać:



"Czasami, kiedy matka przywiera kurczowo do chłopaka, on próbuje oderwać się siłą. Przeważnie występuje to w wieku nastoletnim i często towarzyszy temu jakieś brzydkie zachowanie, może jakieś fałszywe słowo ze strony młodzieńca. Ona czuje się odrzucona, a on winny, ale chłopak wie, że musi odejść. W moim przypadku było podobnie i od tamtej pory już nie miałem dobrej relacji z matką. Odkryłem, że bardzo wielu dorosłych mężczyzn ma do swoich matek uraz, ale nie wie, dlaczego. Wiedzą tylko, że nie mogą być blisko nich, rzadko dzwonią. Mój przyjaciel Dave wyznał: "Nienawidzę dzwonić do matki. Ona zawsze mówi coś w rodzaju: "Jak miło słyszeć twój głosik". Mam dwadzieścia pięć lat, a ona nadal chce mnie nazywać swoim jagniątkiem". Dave czuje, że bliskość z matką pod jakimś względem zagraża jego wędrówce ku męskości, jakby mógł być z powrotem wessany. Jest to lęk irracjonalny, ale ukazuje, że występuje brak obu istotnych składników przejścia: mama nie chce go wypuścić, a tato przyjąć."

John Eldredge, Dzikie serce. Tęsknoty męskiej duszy.



Nawiasem mówiąc polecam tą książkę wszystkim facetom, a także kobietom, które chcą poznać swoich facetów. A dla kobiet i facetów pragnących poznać swoje kobiety - John i Stasi Eldredge, Urzekająca. Odkrywanie tajemnicy kobiecej duszy. Naprawdę, bez tego ani rusz. W końcu małżeństwo to walka, a podczas walki trzeba się uzbroić jak najlepiej, żeby przetrwać razem. Kto nie przeczytał jeszcze, niech leci do księgarni :P



środa, 13 lipca 2011

Wszystko idzie ku dobremu ;)

Gabryś od wczoraj zakatarzony, a ja oczywiście zeschizowana - no bo trudno mi ze spokojem patrzeć jak mu kapie z nosa i słuchać jak się krztusi w nocy. Na szczęście na razie nic poważnego i mam nadzieję, że mu minie szybko. Cóż, bycie matką to ciągły lęk o dziecko. Ciekawe, czy to kiedyś minie? One ponoć w końcu dorastają ;)

W każdym razie wieczorem dostałam informację, która od razu poprawiła mi humor - moja przyjaciółka urodziła o 21.35 małego Frania. Widziałam już jego zdjęcie :)

Dla małego Franka z okazji jego pierwszego dnia po tej stronie piosenka:

www.youtube.com/watch?v=huoHkvztOqgOby rósł zdrowo, czuł się kochany i akceptowany, no i żeby mógł odkryć moc Boga i mieć z nim relację.

Nic mnie tak nie porusza ostatnio, jak wieści o narodzinach dzieci.

Heh a pomyśleć że dawniej się bałam dzieci i w ogóle miałam schiza że nie wiem jak się je "obsługuje" i że pewnie się nie nadaję na bycie mamą. Ale cóż, narodziny Gabrysia to dla mnie przeżycie porównywalne z przemianą Gandalfa Szarego w Białego. Od tamtego dnia mogę powiedzieć, że strasznie mi zależy na dzieciach. Nie w taki sentymentalny, słitaśny sposób, ale żeby mogły żyć i rozwijać się w zdrowej rodzinie. Jak słyszę, że któraś moja znajoma jest w ciąży, to się modlę za nią i dziecko - żeby urodziło się zdrowe i w ogóle. Jakoś czuję, że to ważne i że to moja rola. W końcu moje imię wywodzi się od narodzin ;)

Tak więc, jak w tytule - wszystko idzie ku dobremu. Dzieci się rodzą, a do Nieba coraz bliżej.

poniedziałek, 11 lipca 2011

Wspomnienia i dzień dzisiejszy.

Lato w pełni. Dziś z małym odkryliśmy fontannę na Placu Szczepańskim i dostaliśmy przy niej morskiej gorączki :P Skończyliśmy cali mokrzy skacząc między bryzgami wody. Mokrzy ale szczęśliwi :D W ogóle stwierdziłam, że Gabryś się nadaje nad morze, uwielbia się bawić w piaskownicy i pluskać w wodzie :) Nawiasem mówiąc ostatnie ciepłe dni spędziłam właśnie na robieniu babek z piasku, które młody burzył z dziką satysfakcją. Zresztą czego on nie robi z dziką satysfakcją - to jest w nim niesamowite, że wszystko przeżywa pierwszy raz i na świeżo, więc się cały czas zachwyca i daje całego siebie w to, co robi. Czy gra w piłkę, czy obserwuje gołębie albo kury, czy je kukurydzę (uwielbia), zawsze jest tym pochłonięty.

Ech, te pierwsze wrażenia pamięta się całe życie i do nich odnosi wszystko późniejsze. Ja dalej pamiętam wzór na talerzykach, zapachy, kolor krzeseł na naszym pierwszym mieszkaniu w centrum Krakowa, gdzie spędziłam pierwsze osiem lat. Pierwsze wrażenia, pierwsze wspomnienia - potem nagle po latach się przypominają nie wiadomo czemu. I człowiek zaczyna opowiadać: "Pamiętam, jak...".

A potem z przełomowymi momentami w życiu jest tak samo - bo to też jakby narodziny do czegoś nowego.

Pamiętam pierwszy dzień po przeprowadzce na Rżąkę. To, jak poznałam Kojota i niektórych przyjaciół z bloku. I te pierwsze bazy i zabawy na łąkach. Zapach rozgrzanych ziół i wilgotnej ziemi podczas wakacji.

Pamiętam słynne wakacje we Wróblówce z Alnilam, tamte wycieczki i niezamowite wydarzenia. Słuchanie Tischnera na wróblowieckich łąkach, siedzenie w kuchni przy świecach. Widok Tatr za oknem.

Ale najmocniej... Pamiętam, jak przez tydzień siedziałam z małym w szpitalu po jego urodzeniu i nie mogłam uwierzyć, jak pięknie się to potoczyło... Pamiętam, jak Bestia przywiózł nas do domu i położyłam Gabrysia na naszym łóżku. Doskonale pamiętam zeszłe lato, nasze spacery po skotnickich uliczkach, to, jaki był mały w wózku. Pamiętam jego ubranka, pierwsze kąpiele, kocyki. Nasze pierwsze wspólne wakacje w Wysowej. Zawsze już będę pamiętać... Tak jak z przyjemnością powracam pamięcią do naszej nadmorskiej włóczęgi poślubnej. Pięknie było... Dobrze jest mieć dobre wspomnienia. Przydają się zwłaszcza, kiedy coś idzie nie tak i dodają sił.

A teraz coś z teraz :) Bo teraz jest najważniejsze. Ostatnio lubię strasznie zaglądać na blogi kobiet, które dzielą się swoimi dokonaniami kulinarnymi tudzież artystycznymi. Widok zdjęć przedstawiających piękne rzeczy poprawia mi humor. I tylko się zastanawiałam, jak one to robią? Bo ja jakoś nie mam serca, żeby zrobić coś tak ładnego, albo ugotować tak, żeby było nie tylko smaczne, ale ładnie wyglądało. Ale po chwili pomyślałam: jak to nie mam nic ładnego? Mam.

Mam coś najpiękniejszego na świecie :) A raczej kogoś...

Rivulet

A na deser coś pięknego, co mi ostatnio chodzi po głowie:

www.youtube.com/watch?v=XD6RdI1QqCg Enjoy :)

środa, 6 lipca 2011

W poszukiwaniu ukojenia.

Szukam ciebie
w spokoju i ciszy poranka
zapachu zbożowej kawy
kroplach deszczu na kuchennej szybie

Szukam ciebie
w miodowych zachodach słońca
na zimnych kamiennych schodach
i terkocie świerszcza w trawie

Szukam
i czuję choć nie widzę
jak księżniczka ze szklanym pantofelkiem
ciepłym sercem pod koronką

Dlaczego jesteś tak dobry
dlaczego niewidzialny
czemu wybaczasz mi złe myśli i zdrady
a kiedy nikt nie patrzy kochasz tak pięknie







Z pamiętnika odnalezionej księżniczki... Cóż, czuję że nigdzie i z nikim nie mogłabym być bardziej szczęśliwa, niż teraz. Może brzmi to zbyt dumnie i bezwstydnie, ale z Bogiem nie da się inaczej. Pewnie, nieraz bywa ciężko i strasznie, ale nigdy w tym nie byłam sama. A On może wyciągnąć za kołnierz nawet z otchłani.



Co poza tym :P Odmalowaliśmy kuchnię. Jest jak nowa i wygląda ślicznie, czysto i... wiejsko, jak kuchnia z moich marzeń. W dodatku pod koniec malowania na szafie znalazłam nieodpakowany prezent jeszcze ze ślubu, a w nim dwie piękne filiżanki. Pewnie zostały tam, bo dostaliśmy jeszcze dwa inne komplety, ale zupełnie o tym zapomniałam. Teraz stoją dumnie na jednej z półek i swoim widokiem poprawiają mi humor.



Cóż, jestem hedonistką.



Lubię myć włosy. Ale nie jestem hedenoszolderzystką, bo po Head'n'Shoulders mam łupież :P Jest we mnie też trochę ze stoika, bo w autobusach raczej stoję. Wstawanie z siedzenia bywa zbyt męczące...



Tyle na temat filozofii po mojemu i mam nadzieję, że ojciec chrzestny mojego dziecka nie dostanie zawału, jak to zobaczy...



Czuję lato i wakacje we krwi. Sprawiają, że wszystko płynie wolniej. A chwile smakują lepiej niż lody czekoladowe z polewą amaretto. I nic na to nie poradzę. Urodziłam się, żeby cieszyć się lipcem. Między innymi.



Rivulet, Panna Kminkowa

niedziela, 3 lipca 2011

Chcę być z Tobą...

Mmm... Spokojna, leniwa niedziela. Za oknem ciągle leje, więc dziś siedzimy w domu. Ale może to i dobrze, bo się wyspaliśmy i odpoczęliśmy. Czasem trzeba ściany deszczu, żeby nas zatrzymać :)



Właśnie zjedliśmy obiad i odczuwam teraz błogie rozleniwienie, a w dodatku mam wrażenie, że mi brzuch pęknie :P Dwa talerze pomidorowej z makaronem i naleśniki z czekoladą i bananami to jest to, co tygrysy, hobbici i wilkołaki lubią najbardziej. Sasasa.



A to pierwsze czytanie na dzisiejszy dzień, które sprawia, że przestaję się bać i spływa na mnie spokój:



Raduj się wielce, Córo Syjonu, wołaj radośnie, Córo Jeruzalem! Oto Król twój idzie do ciebie, sprawiedliwy i zwycięski. Pokorny - jedzie na osiołku, na oślątku, źrebięciu oślicy. On zniszczy rydwany w Efraimie i konie w Jeruzalem, łuk wojenny strzaska w kawałki, pokój ludom obwieści. Jego władztwo sięgać będzie od morza do morza, od brzegów Rzeki aż po krańce ziemi.



Nie mam co kombinować i planować, Bóg wszystko zaplanuje za mnie. Mieszkanie, dzieci, wszystko. Mogę zasypiać spokojnie, bo On się o nas troszczy i przez wszystko nas przeprowadzi. I nie muszę się schizować, że coś we mnie jest nie tak - bo On mnie akceptuje i przytula. Ech, żebym zawsze czuła ten jego uścisk. Ale z drugiej strony tęskona i uczucie samotności też jest dobre i potrzebne w każdym związku.



Ostatnio jakoś widzę wyraźnie, jak bardzo jestem stworzona do bycia w związkach. Jak bardzo jest we mnie to pragnienie "chcę być z Tobą jak najbardziej", "chcę być z Tobą zawsze", które sprawia że tak tęsknię - za Bogiem z jednej strony, choć w sposób bardziej wyciszony, a za Wilkołakiem z drugiej i jest w tym więcej gwałtowności i lęku przed utratą. Cóż, chciałabym strasznie mieć kolejne dzieci i dożyć z Krzyśkiem starości razem. Ale będzie jak Bóg da. Może będzie tak - On czasem spełnia właśnie te najgłębsze pragnienia.



Widzę też, że nie jestem pogodzona z tym, że moi rodzice i Kisiel są daleko od Boga. I nie są w tym szczęśliwi, choć upierają się, że są i że wiara jest śmieszna. Tylko że za ośmieszeniem wiary idzie ośmieszenie nadziei i miłości, a kiedy tych zabraknie, to robi się totalny bajzel. Nie mogę nic na to poradzić, tylko się modlić. I mieć nadzieję, że wymodlę, jak matka św. Augustyna. W sumie od ateizmu jest bardzo blisko do świętości, trzeba tylko przekręcić kurek. W każdym razie byłam wczoraj u nich na obiedzie i czuję takie rozdarcie jak zwykle po wizycie tam. Po pobycie u rodziców Krzyśka tego nie ma. Raczej złość na to, że czytają takie pierdoły jak "Wróżka" i doskonale mieszają katolicyzm z feng shui i innymi wschodnimi rzeczami, nie widząc w tym nic złego. Cóż, rodzina... Jak dobrze, że już tworzymy własną i mogę się czuć w niej jak człowiek. A nie coś, co ma spełniać czyjeś ambicje i być grzeczne, żeby nie sprawić przykrości.



Wilkołak i Gabryś siedzą w pokoju i bawią się klockami, a w tle leci muzyka Bacha. Zaraz będziemy kąpać i kłaść spać małego, a potem obejrzymy kolejny odcinek "Gry o tron". Życie jest piękne :)

poniedziałek, 27 czerwca 2011

Pierwsze kroczki.

Jak w tytule, Gabryś nabrał sił podczas długiego weekendu i zaczął chodzić samodzielnie. Dalej preferuje łażenie na czworakach, ale już zdarza mu się zrobić parę kroków bez trzymania czyjejś ręki czy nogi :P Dziś tak rano podszedł do taty na pożegnanie, jak Krzysiek wychodził do pracy. Jesteśmy dumni :D



Poza tym po długim czekaniu wykluł mu się w końcu ósmy ząbek - męczył go już od dłuższego czasu. Też dzisiaj. Tak więc siedzę w domu, czekam na obiad i obserwuję mojego małego dżentelmena, który ciągle nas czymś zadziwia :) A po obiedzie pójdziemy znowu na spacer.



Ładnie jest, powoli do mnie dociera, że są wakacje i ja też muszę odpocząć po całym roku. Byliśmy u teściów cztery dni i trochę odetchnęliśmy z dala od Krakowa, pracy i domu. Mam nadzieję, że w sierpniu pojedziemy nad morze. A w weekend jakiś skoczymy wreszcie w góry :)

poniedziałek, 20 czerwca 2011

Bita śmietana, burza i bociany.

W sumie miałam to pisać wczoraj, ale rozbolała mnie głowa :P (no cooo...). A notka będzie radosna.

Zdaliśmy tydzień temu egzaminy (na 5, haha, jak to nazwała Al - katolickie kujony :P). No i mamy teraz luzik, co tydzień nasz weekend będzie się składał z 2 dni, w co do tej pory nie możemy uwierzyć. Wzięliśmy się więc za odpoczywanie pełną parą, bo ostatnio to tylko sajgon był i życie z dnia na dzień.

A teraz... Wieczorem filmy przy lodach z bitą śmietaną. Btw zauważyłam, że bita śmietana wywołuje u mnie ten sam efekt, co gorący prysznic - totalny relaks... Znaczy nie sama, ale np. z kawą albo lodami. Echhh. Spacery, czytanie ulubionych książek (a nie wymuszonych). Kupiłam sobie nowego Pratchetta i niestety już został przeczytany, no ale :) O czarownicach, więc mogłam sie znowu utożsamiać z Nianią Ogg. I ta jej część we mnie się dziko uśmiecha, kiedy patrzy na tytuł tej notki i myśli: gra wstępna, seks i owoce xD Ale notka nie o tym :P

W zeszłym tygodniu byli teście i przywieźli dwa koszyki truskawek. Też już zostały zjedzone, ale - matko, jakie czasami życie jest smaczne...

Wczoraj wieczorem była u nas mega burza, a po niej jeszcze wyszło słońce, po raz pierwszy chyba tego dnia. Swoją drogą siedzenie w domu, kiedy burza szaleje za oknem, jest cholernie przyjemne. Poszłam z Gabrysiem na spacer jak się już rozjaśniło i było niesamowicie. Kolory takie świeże, jak przy stworzeniu świata. Słońce było już dość nisko i rzucało ostre światło. Wszystko było mokre i pachnące. Jaskółka śmigała koło nas nisko, tuż nad kałużami - jeszcze nie widziałam czegoś takiego. A potem przejechaliśmy obok komina z bocianami (stara chałupa została zburzona, ale zostawiono komin, bo jest na nim bocianie gniazdo). I akurat jeden z bocianów (cały jeszcze zmierzwiony i ociekający) sfrunął nam przed nosem dosłownie i poleciał w łąki, pewnie zapolować. Niesamowity widok, aż mnie ciarki przeszły. W ogóle jest coś takiego w locie bocianów i łabędzi, że poezja przy tym wymięka. No piękne to było. Jeździliśmy jeszcze godzinę uliczkami. A co jakiś czas musiałam się zatrzymać i przenieść jakiegoś ślimaka na drugą stronę ulicy. Tak już mam od dziecka - nienawidzę widoku rozdeptanych ślimaków i je przenoszę. W ogóle jak dla mnie to ślimaki sa słodkie i milutkie :P

Tak to piszę i czuję, jakie to niemodne i mało stylowe tak się zachwycać wszystkim. Well, mogłabym tu napisać, że wszystko jest do dupy i że świat jest smętny. Może byłoby to wzniosłe i dorosłe, ale ja wcale tak nie myślę. I jak przeżywałam to wszystko, jadłam te truskawki i bitą śmietanę, słuchałam odgłosów nadchodzącej burzy na schodach z książką na kolanach, czułam zapach mokrych lip, patrzyłam na wyprane po burzy ptaki - to czułam się przytulana i kochana i wiedziałam, że to Bóg jest taki dobry i chce, żebym się cieszyła tym wszystkim. Bo ja zawsze mam wyrzuty, że nie powinnam się cieszyć (schizy wyniesione z domu między innymi). Ale będę się cieszyć, bo On tego chce. I to jest dla mnie dobre. W ogóle warto zostać w środku gdzieś tym zdziwonym i zachwyconym dzieckiem. Przede wszystkim dlatego, że dziecko zawsze ufa, że będzie dobrze. I to jest ta właściwa droga.

A teraz - czekam tylko na góry... Czuję, że już niedługo się w nie zanurzę.



Już nie znikną góry z twoich wspomnień,

oczy ikon, nieprzebyty szlak,

szumu jodeł nie da się zapomieć,

będziesz do nich wracał w swoich snach...

piątek, 10 czerwca 2011

Błogosławieństwo.

Po paru dniach burzowo-upalnych nastało zimno i deszcze. Ale i tak jest pięknie, bo czuć już, że jest lato. Rano o 8 musiałam pójść po chleb, bo jakoś nic nie było na śniadanie. Kropiło trochę, ale tak pachniało... Ten mój ukochany zapach mokrych łąk... Od razu się chciało żyć. W dodatku chleb był pyszny i świeży, wcinaliśmy z Gabrysiem aż okruszki leciały :P No i do tego zrobiłam kakao i jajka na twardo echh dawno tak się nie najadłam rano :)
Jutro mamy finalne egzaminy na str. Ale jakoś specjalnie się tym nie przejmuję, bo w sumie to powinni nam zaliczyć od ręki. A potem wieczorem jest czuwanie - Zesłanie Ducha Świętego. Szykuje się znowu długi dzień :)
Byliśmy wczoraj u znajomych, którym niedawno urodził się synek (zresztą urodzinki będą obchodzić w jednym dniu z Gabrysiem). Mają już czwórkę dzieci i było tak fajnie je zobaczyć. Pewnie, że im ciężko i są trudności logistyczne :P ale wczoraj bardzo mnie to poruszyło, jakim każde dziecko jest darem i błogosławieństwem z góry. Nawet takie, które jest zaskoczeniem. A zwłaszcza mnie rozwalił widok tego najmłodszego Szymka, którego życie w czasie ciąży było zagrożone (poważne zagrożenie poronieniem, w zasadzie to cud, że żyje), a jednak mógł się urodzić i teraz będzie rósł sobie i w ogóle.
Tak pozostając w temacie, to znalazłam ostatnio taką stronkę: http://potrojnycud.blogspot.com
Jak jeszcze ktoś mi powie, że współczuje matkom w ciąży i że nie warto mieć dzieci (ostatnio do mnie docierały takie rewelacje z różnych źródeł), to niech spada na drzewo.
W zasadzie to już sama nie mogę się doczekać kolejnego :) Ale na razie cisza... Bóg da wtedy, kiedy to bedzie dobre.A może najpierw będę musiała małego odstawić? Inna sprawa, że ten rok przerwy i przyzwyczajenia się do nowego życia dobrze mi zrobił :)
Dobra, idę się trochę pouczyć, korzystając z drzemki małego. Ciao

poniedziałek, 6 czerwca 2011

Roczek minął :)

No i świętowaliśmy w sobotę pierwsze urodziny Gabrysia. Była impreza dla naszych najbliższych - czytaj przyjaciół. Dziadkowie niestety z różnych względów nie mogli być i w związku z tym będą poprawiny.

Moja mama ma właśnie operację i piszę, żeby się nie denerwować aż tak, bo aż mnie sparaliżowało.

W związku z tym napiszę coś o naszym jubilacie, który właśnie rozrabia za moimi plecami i próbuje wrzucić coś do działającej pralki.

Gabryś dostał w prezencie mega wielkiego misia, który jeszcze długo będzie większy od niego. Poza tym kolorowe klocki, książeczkę, płytę z kołysankami, kostkę z układankami do wsadzania, no i ulubione placuszki z rodzynkami i płatkami owsianymi. Teraz jest się czym bawić. Poza placuszkami, które zostały zjedzone i na szczęscie nie służyły do zabawy :P

Był też tort z jedną świeczką, zrobiony przez Wilkołaka. Razem zdmuchiwali świeczkę :) Na szczęśćie mamy kamerę, więc moglismy uwiecznić tą chwilę.

Co poza tym u nas... Nową i ulubioną rozrywką małego jest przechodzenie przeze mnie (kiedy leżę) tudzież przez tunel zrobiony z moich nóg. Może tak łazić tam i z powrotem i się nie nudzi.

Poza tym uwielbia wsadzać różne przedmioty do pudełek i kubełków. Ostatnio była zabawna sytuacja, bo próbował wsadzić książeczkę do kubełka (takiego z zestawu do piaskownicy) i się nie mieściła. Poszłam na chwilę do kuchni, wracam, a tu Gabryś z triumfem na twarzy stoi oboj kosza na śmieci, wypełnionego do połowy brudnymi pieluchami, a od połowy jego zabawkami, w tym wspomnianą książeczką, piłką i samochodzikami. Nie chciało wejść - to weszło gdzie indziej :P Wyciągnęłam szybko zabawki, ale generalnie to musiałam go pochwalić za inwencję.

Jako że od dłuższego już czasu jemy razem i w sumie mniej więcej to samo, więc nabraliśmy pewnych przyzwyczajeń przy stole. Nowością jest - uwaga - karmienie mnie przez Gabrysia. Kiedy mały nie chce już jeść, teraz nie wywala wszystkiego na podłogę, ale wyciąga rączkę z kawałkiem jedzenia w moją stronę i kiedy się nachylę, to wkłada mi do buzi. Jest przy tym bardzo zadowolony, że on też mnie może nakarmić. A ja jestem wtedy w stanie zjeść wszystko - bo to takie rozwalające, kiedy tak robi... Hm może stwierdził, że jestem za chuda :D W każdym razie powtarza ten gest dopóki całe jedzenie nie zniknie ze stołu.

Właśnie dostałam info od Kisiela, że już po operacji, że się udało ino boli bardzo :( Ale dzięki Ci, Panie.

Dziękuję wszystkim, którzy się modlili w tej intencji.

Ok muszę kończyć, bo mój już-nie-niemowlaczek zrzędzi, że chce się bawić. Więc idę.

czwartek, 2 czerwca 2011

Trochę o sobie w deszczowy dzień.

Już w sobotę urodziny Gabrysia. Właśnie mały śpi, a ja patrzę za okno na zasnute chmurami niebo, słucham piosenek Lipnickiej i się zastanawiam...



...jak to jest, że ja każdego dnia muszę OD NOWA przekonywać się, że warto. Codziennie rano wstawać, kiedy Gabryś stwierdzi, że już czas i zbierać siły do nowego dnia. Czemu nie mogę być stabilna wewnątrz, zorganizowana, prująca przez rzeczywistość jak lodołamacz? A ja stoję na jej brzegu i zastanawiam się przez godzinę, czy zamoczyć stopę.



Każdego dnia na nowo potrzebuję słyszeć, że jestem kochana, że jestem piękna. Że będzie dobrze. Kiedy brakuje jakiegoś drobnego elementu, to niebo mi szarzeje nad głową i zaczynają się wątpliwości - co zrobiłam źle, co powiedziałam nie tak, a może w ogóle przestałam sie podobać?



Wiem, że powinnam czerpać pewność tylko z relacji z Bogiem (niby tak, ale...) i nie dziwię się, że mój świat to dla takiego Wilkołaka musi być pod tym względem totalny kosmos. Staram się nie mieć żalu. No ale...



I dlaczego - jak zawsze tego żałuję - nie mogę być stabilna emocjonalnie i psychicznie jak głaz. A ja przypominam łódkę na jeziorze. Jak nie wieje, to dobrze. A jak wieje, to ja też zapierdalam wte i wewte. Dobrze, że jest jeszcze przy mnie Specjalista Od Chodzenia Po Jeziorach i już od ćwierćwiecza bierze mnie wtedy na hol. Bo byłoby kiepsko, skalisty brzeg i totalna kraksa. A tak to płynę dalej. Płyniemy...



Zaraz zrobię błąd
zrobię to specjalnie
moja głowa śpi i dobrze mi z tym

Znów zmarnuję czas
choć to tak banalne
skoczę prosto w ogień i spłonę w nim

Doceniam że
tak starasz się
powstrzymać mnie
Dziękuję Ci
że jesteś obok

Problem w tym, że ja
nie potrafię stać
gdy szaleństwo tak słodko mi w duszy gra

A. Lipnicka



Mały się obudził. Trza coś zszamać i chyba pójdziemy na spacer :)



wtorek, 31 maja 2011

Z naszej bajki.

Późny wieczór. Skończyłam pisać o różnych małopolskich cerkwiach i kościołach bliskich sercu. Jak mam już o czymś pisać, to o tym co lubię, nawet jeśli to zlecenie ;) W tle Wilkołak naprawia nasz czajnik. A małe wilkołaczątko już smacznie śpi od dawna.

Zbliżają się pierwsze urodzinki naszego szkraba. Nie wiem co mnie bardzie dziwi - to że mały już będzie rocznym dzieciaczkiem, czy to że tak szybko ten czas minął... Skoro rok minął jak chwila, to co będzie z kolejnymi?

Dziś dzień przyjemny, bo w naszej skotnickiej chacie była Alnilam i wreszcie mogłam pobyć z kimś normalnym i nie czuć się sama. W ostatnim czasie nie wychodziłam zbyt często gdzieś dalej, bo jesteśmy z małym przeziębieni i ani on nie ma na to siły, ani ja. Także czułam się wyalienowana, no ale już mi lepiej :) Zastanawiam się tylko ze zgrozą, co będzie, jak Alnilam gdzieś dalej wybędzie :o A na to się zanosi.

Jest jeszcze coś, ale to już temat na osobną notkę. W każdym razie proszę o modlitwę w intencji mojej mamy, która ma operację w przyszły poniedziałek. I nie umiem się tym nie martwić, choć nic nie mogę zrobić poza zaufaniem, że będzie dobrze. Cóż ufam ale martwię się i tak. Ech.

I tak to się snuje i tupta czas. Lato jest i czuję się tu kolorowo i dobrze. Może tu tego nie widać, ale każdego dnia jest coś, co mnie zachwyca - w naszym domu, w tym co za oknem i w ogóle. Na przykład dziś był moment, kiedy słońce wpadało do kuchni i oświetlało stół i wazon z kwiatami, a ja stałam przy kuchence z Gabrysiem przyczepionym do nogi i dotarło do mnie, jak jest pięknie...

Pozdrawiam na szybko, bo już kręgosłup woła o pozycję horyzontalną

środa, 25 maja 2011

Wieczorny potok świadomości.

Zaraz będzie pólnoc. Moi faceci śpią (obaj przeziębieni...), a ja ślęczę nad poezją tatrzańską i miłosną (don't ask). Oczywiście spodobało mi się to tak bardzo, że dawno już wyjechałam z Młodej Polski. Chyba mam w sobie coś z Nani Ogg, skoro trochę erotyków poprawia mi humor xD


W głębi lasu rozpinałem jej kubrak czarny

Zapinany na kielich konwalii

Zioła patrzyły ze zdumieniem

na rękach ją niosłem

całując brzuch

mały i śniady jak dłoń

Który urodził ten czerwcowy dzień

długi jak jej suknia



Jerzy Harasymowicz

Co u nas? Weekend spędziliśmy u teściów i był udany, bo mogliśmy małego z dziadkami zostawić i pobyć trochę sami. I wszyscy byli zadowoleni :) Oni poszaleli razem, a myśmy pojeździli na rowerach po lesie, byli na lodach i wreszcie mogli trzymać się za ręce, a nie za wózek.

Poza tym jakoś mi ciężko ostatnio i wlecze się za mną ciągłe poczucie winy. Nie wiem, czy to już uwiera długi brak spowiedzi (ponad miesiąc już wyszło, a w niedzielę się nie udało), czy co. Jest dobrze, dni jasne, a ja siedzę w domu i czasem mam wrażenie, że coś mnie oskarża o wszystko. Że mieszkanie nie posprzątane, obiad nie ugotowany, że nie pracuję i nie zarabiam, że nie jestem zaradna, że Gabrysia źle wychowuję i cholera wie co jeszcze. Aż ciężko oddychać czasem. Może to schizy z dawnego domu wracają, kiedy mama miała do mnie pretensje niemalże o to, że żyję i jednak dobrze to jeszcze pamiętam... Ale ciężko się uwolnić. Tęsknię za Aslanem... i byciem w Niebie.


Z kolumny skalnej patrząc w toń błękitu,

w złotego słońca promiennej ozdobie,

brałem kwiatek twardego granitu

z myślą o tobie.



W cichej dolinie, gdzie srebrzysta rzeka

Wali się z szumem w głąb przepaści ciemną,

gdym zrywał kwiaty, choć wówczas daleka,

ty byłaś ze mną.



Dziś, gdy godzina rozstania wydzwoni,

nie dam kamienia, bukietu nie splotę,

dam ci cos więcej, bo z serca, nie z dłoni:

żal i tęsknotę...

Kazimierz Przerwa-Tetmajer

Ale dzieje się dużo dobrego. Dziś byłam na spacerze sama wieczorem i dosłownie wszystko mi mówiło, że mnie ktoś pokochał :) Akacje zakwitły, na łąkach pełno różowych łebków koniczyny i wszystko pachnie... Było ciepło, choć już po 18tej, a ja siedziałam w trawach pośród jaskrów. Od początku tego roku mam silne przeświadczenie, że nie umiem się modlić w ciszy, sama, bo zaraz myślę o czymś innym. Ale jak wyjdę na pola, to zaczynam się modlić automatycznie. Cóż, może Bóg musi się ze mną komunikować poprzez kwiatki...

Przeczytałam "Autobiografię" Badeniego i też mi to pomogło bardzo. W takich momentach najlepiej mi robi, jak przestanę rozkminiać swoje schizy i historię i zajmę się kimś innym. A w niedzielę na eucharystii był misjonarz z Paru i mówił o ewangelizacji wśród Indian. Aż mną rzuciło w ławce i zamieniłam się w parę uszu. Hehe gdybym była sama, to pewnie bym teraz tam pojechała :P Ale na razie muszę być tu.

W sumie to ostatnio mnie zachwyciło to drugie powołanie. Mówię drugie, bo moje dla mnie jest pierwsze :P Zawsze miałam wątpliwości co do księży i zakonników, a zakonnic to już zwłaszcza - ale to chyba się za mną ciągnął cynizm domu wyjściowego - a teraz mnie ta możliwość rozwala. Znaczy w moim przypadku to już po ptokach :P Ale generalnie nie miałabym nic przeciwko, gdyby któreś z moich dzieci (o ile będzie ich więcej) obrało taką drogę, bo to niesamowite...


Oczy me pełne ciebie, jak polne krynice,

Gdzie niebiosa swe jasne odbijają lice.



Uszy me pełne ciebie, jak muszla echowa,

Co szumy oceanu w swojej głębi chowa.



Nozdrza me pełne ciebie, jak duszne ogrody

Zapachu róż szkarłatnej, królewskiej urody.



Wargi me pełne ciebie, jak pszczela pasieka

Pełna miodnego wina, kwiatowego mleka.



Dłonie me pełne ciebie, jak plecione kosze,

Gdzie jesień składa źrałych owoców rozkosze.



Serce me pełne ciebie, jak korona drzewa

Gniazd ptactwa, co upojną miłości pieśń śpiewa.



Dusza ma pełna ciebie, jako wirów morze,

Co nigdy uśpić swego szaleństwa nie może!



Leopold Staff


I już po pólnocy... Dotarło do mnie dziś, że chcę być matką, która: czyta książki, chodzi czasem na samotne spacery, ma czas dla siebie, jest zadbana, rozwija się. I nie zrzędzi, że lepiej było, kiedy nie miała dzieci. I przeprasza, kiedy coś spierdzieli :P Nie chcę już tu krytykować mojej mamy, bo coraz bardziej rozumiem, jak musiało jej być ciężko. Ale mogę mieć chyba swój własny program artystyczny, a powyższe punkty uważam za równie ważne jak przygotowany obiad czy odkurzona podłoga. I chcę być zawsze młoda w Duchu. Jak Badeni :)

Kończę nocne rozważania i idę spać. Jutro nowy dzień, a rano idę z małym do lekarza.

Co by nie było, będzie dobrze.

piątek, 13 maja 2011

Szkrabencjusz na trawniku.

No i zrobiło się ciepło. W tym tygodniu każdego dnia spędzaliśmy na spacerze tak po 5 godzin średnio. Znaczy Wilkołak siedział w pracy biedaczek... Ale my z Gabrysiem wojażowaliśmy na całego.

Po raz pierwszy mogłam ubrać małemu koszulki z krótkim rękawkiem i się tym sasałam. Kupiłam mu już krótkie spodenki, żeby założyć jak sie zrobi naprawdę gorąco, na co mam nadzieję :) Tylko czapeczki na głowie nie lubi nosić i ją zrzuca namiętnie w pył drogi, ale cóż robić - jak tak słońce grzeje to czapeczka musi być :P

Nowym wynalazkiem Gabrysia jest schodzenie po schodach. Mamy jakieś 6 schodków do ogródka i młody najpierw niepewnie je traktował, ale dziś już ostro łaził tam i z powrotem po nich. Oczywiście na czworakach, bo tak łatwiej. Poza tym mały już jakiś czas temu załapał, że za drzwiami wejściowymi jest wolność i teraz tylko czyha, aż się otworzą i będzie mógł prysnąć w nieznane. A jak zamykam drzwi, to ryczy. Moja krew :D

Mamy nowe ulubione miejsca. Pierwszym jest plac zabaw - mały już się huśtał, kręcił na karuzeli (oczywiście ze mną), łaził przy drabinkach, zrywał mlecze i dmuchawce, wspinał po ławce. No jest co robić. A drugie miejsce to las. Jest tam chłodno, tajemniczo, a mały najbardziej lubi siedzieć na ścieżce i przerzucać kamienie lub piasek (ostatnio w butach i kieszeniach przywlókł do domu małą Saharę). Można też oczywiście obserwować drzewa i roślinki oraz próbować nie dać się zjeść mrówkom.

Generalnie rośnie nam mężczyzna w domu, bo to już nie niemowlaczek, a mały chłopczyk. Uwielbiam na niego patrzeć i się z nim bawić...

czwartek, 5 maja 2011

Chrzest Gabrysia i wyprawa do Rzymu...

W ostatnim czasie mogliśmy znowu bardzo mocno doświadczyć, jak bardzo Bóg nas kocha. Niesamowite to było i jestem mu za to cholernie wdzięczna - że daje tak piękne wydarzenia za darmo i nas przeprowadza przez wszystko z delikatnością i mądrością prawdziwego ojca.

W nocy podczas czuwania paschalnego Gabryś został chrześcijaninem. Rodzicami chrzestnymi są Alnilam i Paweł, czyli nasi świadkowie ze ślubu. Udało mi się znaleźć ładny prosty garniturek, śnieżnobiały. Gabryś wytrzymał do samego chrztu, czyli 3 w nocy, a dopiero potem zasnął. Próbowałam go położyć, ale był strasznie zaciekawiony że tyle ludzi, śpiewy i w ogóle. Nawet klaskał razem z nami do pieśni. A ja słuchając czytań zobaczyłam miniony rok i naprawdę dziękowałam Bogu, że możemy na niego czekać w trójkę i że Gabryś jest z nami, że urodził się zdrowy i naturalnie (a jednocześnie cudownie. bo czy ktoś słyszał o porodach na życzenie? w sensie bez prowokacji). Na chrzcie był mój brat z dziewczyną i też było to dla mnie poruszające, że mogą być z nami i uczestniczyć w tym wszystkim.

Tak więc święta Wielkiej Nocy minęły spokojnie i pięknie, a w dodatku w domu - dobry ten rok, bo wcześniej zwykle Wigilia była u moich rodziców, a Wielkanoc u teściów. Tym razem oba święta spędziliśmy w trójkę we własnym domu i jakoś lepiej i bez schizów dzięki temu to przeżyłam. Jednak co swój dom, to swój dom :)

A potem w czwartek wieczorem wyruszyliśmy do Rzymu. Jechaliśmy autokarem, całą noc i cały dzień. Gabryś był małym bohaterem pielgrzymki, bo zniósł wszystko dzielnie i bez problemów. W dodatku cieszył się towarzystwem ludzi, a Włosi i pielgrzymi z całego świata w Rzymie to już oszaleli na jego punkcie. Jak widzieli jego jasne włoski i niebieskie oczy, to wszyscy go przytulali i robili sobie z nim zdjęcia. Żartowaliśmy, że po papieżach jest tu najważniejszą osobistością :)

Dwa dni zwiedzaliśmy włoskie miasteczka, między innymi kościoły z pierwszych wieków, katakumby. Były piękne eucharystie. Urzekła mnie Toskania, z jej willami na wzgórzach, gajami oliwnymi, figami i rododendronami, domkami o pomarańczowych dachówkach... Jest tam jeszcze piękniej, niż w filmach - a zawsze lubiłam "Pod słońcem Toskanii".

W sobotę wieczorem po wielu przygodach i mocnych przeżyciach dotarliśmy do Rzymu. Metrem przejechaliśmy do Watykanu i wylądowaliśmy na Placu Świętego Piotra. Niestety potem nas stamtąd wygonili, bo do 5 rano teren był zamknięty i wszyscy czekali na bocznych uliczkach. Przespaliśmy ze 2 godziny na karimatach na ulicy, po czym się okazało, że zaczęli otwierać bramki na główną ulicę przed placem i się zaczął galimatias... Tłumy takie, że nie było gdzie usiąść i wszyscy się przeciskali w stronę placu. Niestety, mimo że po paru godzinach stania z bagażami i małym śpiącym na rękach dotarliśmy prawie pod plac, musieliśmy stamtąd iść - bo baliśmy się o małego, a ludzie niestety zachowywali się jak bydło. Usiedliśmy w bocznej uliczce na schodach kościoła bodajże Santo Spirito, gdzie był telebim i w gronie innych osób zmęczonych tłumem chcieliśmy przeżyć mszę.

Jak tylko pokazali urywki z pielgrzymek i wystąpień Karola, to zaczęłam ryczeć jak bóbr, aż mi głupio było :D Trzymałam małego i wycierałam oczy. A potem przy czytaniu jego biografii wszyscy już płakali - Polacy, Włosi i kto tam nie był... Nie zapomnę tej radości, kiedy Benedykt powiedział, że Karol JUŻ JEST BŁOGOSŁAWIONY. Niesamowite...

A potem stał się cud. Cały dzień miałam nadzieję na 3 rzeczy: ładną pogodę (zapowiadali burze i zimno), dotarcie jak najbliżej Benedykta i Karola, no i przyjęcie komunii. A tu wydawało się, że kicha.

Po uznaniu Karola za błogosławionego Gabryś zaczął marudzić i stwierdziłam, że pójdę z nim na spacer. Zostawiłam Krzyśka z częścią naszej grupy i zaczęłam iść przed siebie. Nagle znalazłam się blisko placu. I tu coś niesamowitego - minęłam jedna barierkę, drugą... Strażnicy udawali, że mnie nie widzą... I wreszcie znalazłam się na środku Placu Świętego Piotra... Patrzyłam na Benedykta, ołtarz, kolumny i nie wierzyłam własnym oczom... A nad głową miałam błękitne niebo - prawie bez chmur. I było bardzo ciepło. Czułam się jak w niebie... Nie miałam wątpliwości, że przyprowadził mnie tam Karol. Zawsze żałowałam, że nie byłam u niego w Rzymie - i teraz nagle byłam tak blisko, z nim i uczestniczyłam w tych wydarzeniach. W dodatku Gabrysiem zaczęli się zajmować inni pielgrzymi - jakieś polski babcie, włoskie nastolatki i włoscy żołnierze - a ja mogłam się skupić na tym, co ważne... A potem był moment rozdawania komunii. Poszłam na chybił trafił przed siebie i dotarłam prosto pod księży rozdających. Potem okazało się, że udało się to naprawdę niewielu i z naszego autokaru oprócz mnie chyba tylko 1 osoba przyjęła komunię.

A potem wróciłam do Krzyśka, jeszcze przed błogosławieństwem. I dalej byłam w szoku po tym, co się stało... A później żeby to uczcić poszliśmy z naszymi na pizzę i lody (echhh co tu będę pisać, pycha....). I pozwiedzaliśmy Rzym po drugiej stronie Tybru. Zobaczyliśmy Panteon i Fontannę Di Trevi. I stwierdziliśmy że resztę zobaczymy przy okazji kanonizacji - bo musieliśmy już wracać do autokaru, znowu metrem.

Jak tylko wsiedliśmy do autokaru, na horyzoncie pojawiły się burzowe chmury :) Chyba zespół aniołów przestał dmuchać, bo impreza dla Karola się skończyła.

Wróciliśmy szczęśliwie i jacyś inni, znowu podbudowani i chcący - jak Karol - dawać świadectwo o tym, że Bóg jest i nas kocha...

środa, 20 kwietnia 2011

Hura! :D

Jupiii Gabryś ma czyste oskrzela! Byliśmy dziś u lekarza i wszystko ok, jeszcze tylko trochę kaszle ale to nic. Mogę odetchnąć i zacząć myśleć o świętach. Dziś zrobiłam zakupy jedzeniowe do koszyczka na sobotę. I baranka z cukru bo miał fajne niebieske oczy, jak Gabryś.

A Rzym coraz bliżej! Muszę kupić małemu jakiś kapelusz na słońce, bo tam ponoć upały po 28 stopni już. Wygrzejemy się wreszcie :) No i krem z filtrem... Hm hm hm ale to za tydzień się będę martwić i myśleć o czym zapomniałam.

Kurcze jest taka piękna pogoda, że aż mnie coś rozsadza. Wczoraj wieczorem Wilkołak został z małym, a ja się włóczyłam 2 godziny po okolicznych łąkach i uliczkach i byłam cholernie szczęśliwa :D Nawet nie wiedziałam, że już tak wszystko kwitnie, a tu za rogiem pełno kwiatów w sadach. Normalnie nie mogłam się napatrzeć i nawdychać. Jeszcze trochę młody się podkuruje i będziemy wędrować całymi dniami sasasa.

Dobrze mi :)

niedziela, 17 kwietnia 2011

Niedziela Palmowa 2011.

Niedziela Palmowa. Wróciłam niedawno z eucharystii w parafii. Niebo zachmurzone, ale te zielone listki i drzewa całe w białych kwiatach mnie rozwalają. Tuż pod domem kwitnie kilka takich i pachną jak miód. W kościele sama byłam, bo Gabryś chwilowo na antybiotykach (coś mu w oskrzela weszło) i moi faceci zostali w domu.



Mam nadzieję, że mały wydobrzeje, bo za tydzień jego chrzest. Kurcze jak to szybko zleciało. Muszę jeszcze ubranko kupić. Tylko trudno znaleźć jakies proste, białe. Moda chrzecielna jest równie przerażająca, jak ślubna. Królują jakieś fioletowe, różowe, a nawet - o zgrozo - brązowo-zielone wdzianka, sukienki i garniturki jak na bal, a nie na chrzest :/ Masakra, zastanawiam się, czy producenci wiedzą, na jaką okazję to szyją. W dodatku większość ubranek przypomina poduszki (takie puchate), no i te kolorki rodem z Troskliwych Misiów... Jutro Wilkołak ma misję odnalezienia normalnego białego wdzianka - zwykłych spodenek i sweterka albo koszuli, no i skarpetek.



Czas ostatnio zleciał mi na czytaniu książki "Modlitwa Celtów" A. Krajewskiej - niesamowita jest i dobrze przybliża życie pierwszych chrześcijan na wyspach. Już trochę o tym pisałam, ale prostota i głębia tych modlitw mnie rozwaliła. Trochę są jak góralskie, bez dewocyjnego pierniczenia w bambus, tylko konkretnie i życiowo. W tym duchu też obejrzałam z Krzyśkiem animację "Secret of Kells" - trochę mało Boga tam było jak na mój gust, ale za to wizualnie film wymiata, aż nam laptop wymiękał od ilości szczegółów na ekranie. No i te celtyckie wzory, drzewa, liście, kwiaty, z muzyką w tle. Ech :)



A tutaj jedna z rzeczy, które mnie rozwaliły w "Modlitwie Celtów":



Dwoje eremitów w jednej chacie



Kiedy byliśmy młodzi - niepewni choć piękni -

wędrowaliśmy z dłonia w dłoni przez wzgórza Ulsteru,

szepcząc do siebie słowa miłości.



Znam cię odkąd mieliśmy po siedem lat,

widziałem, gdy wyrastałaś na dziewczynę - piękność:

patrzeć na ciebie było jak podglądać Niebo.



Kiedy się pobraliśmy, wiedliśmy proste lecz bez skazy życie:

pracując cięzko we dnie i ciesząc się sobą nocami;

zawsze będę pamiętać tych wczesnych lat szczęśliwość.



Powiłaś mi piątkę dzieci,

ja trudziłem sie w polu, aby je wykarmić;

że zaopatrywał nas zawsze we wszystko

- za to dziękować nie przestanę Bogu.



Kiedy dzieci nam dorosły,

a ciała nasze pomarszczone i stare,

smak dawnych przyjemności przeminął;

lecz gdy życia uchodzą uciechy,

modlitwy wzbiera w nas radość.



Bądźmy towarzyszami w pielgrzymce modlitwy;

bądźmy bratem i siostrą przed ołtarzem Boga.



Kiedy mrok wieku zacienia nam twarze,

dusze nasze Niebios niech przenika światłość.



Będziemy dwojgiem eremitów w jednej chacie,

dwiema duszami jednemu oddanymi Bogu.



Piękne to :) Jeślibym chciała jakoś się zestarzeć, to właśnie tak.



Poza tym ostatnio testujemy nowe smaki (tu przechodzimy płynnie do działu Kulinaria :P). Makaron nitki z pesto, ugotowanymi ziemniakami, fasolką szparagową i startym serem żółtym - danie nr 1. I nr 2 w tym tygodniu: spaghetti z fasolką białą w sosie pomidorowym z podsmażonymi cebulką i papryką, no i serem (które nazwałam spaghetti po bretońsku ;)). Do tego oczywiście dużo przypraw. To moja działka. A Krzysiek zrobił oczywiście coś na słodko - ryż z czekoladą i podsmażonymi bananami i jabłkami (mmmm). Bo on jest odpowiedzialny za dania na słodko, a ja na ostro i taki jest naturalny podział naszej kuchni :)



A przed nami najważniejszy tydzień w roku... Czuję się jak Łucja czekająca z nadzieją na Aslana.

czwartek, 7 kwietnia 2011

Kwiecień już...

Ech zaraz będzie północ, a ja właśnie skończyłam pracować nad pewnym zlecieniem... Moi faceci już od dawna śpią, a ja mam dość. Ale jak już zaczęłam, to stwierdziłam, że skończę... Z tym że nie wiem, czy będę to dalej ciągnąć. Pisanie na zlecienie kiedy człowiek ma na głowie małe dziecko, dom i męża jest cholernie wyczerpujące, bo trzeba to robić po nocy, kiedy już cała reszta jest "posprzątana".

Z tego powodu nie pisałam tu przez jakiś czas.

Nie pisałam o tym wcześniej jakoś, ale zdecydowałam się zostać w domu i nie wracać do pracy. Znaczy decyzję podjęłam już w ciąży, że chcę się zajmować domem. Tylko jakoś tego tu nie zaznaczyłam, więc robię to teraz. Ma to swoje plusy i minusy. Ale głównie chodzi o dom i Gabrysia - chcę mieć czas dla niego, wychowywać go, być tutaj, a nie gdzieś się tułać znowu w pracy i spotykać z rodziną zmęczona wieczorami. Rozumiem te kobiety, które wróciły do pracy - ale moja ścieżka prowadzi gdzie indziej i muszę jakoś się w tym odnaleźć.

A teraz? Gabryś śmiga już po domu i niedługo pewnie będzie chodził. W niedzielę zostawiłam go po raz pierwszy na dłużej z opiekunką - całe 9 godzin - i mogłam się zająć swoimi sprawami. Okazało się to dla niego zbawienne, bo po raz pierwszy powiedział wtedy "mama". Bo mamy zabrakło. Jak w tym kawale o kompociku - "bo zawsze był kompocik...". Teraz mówi "mama" stale, zwłaszcza kiedy jest nieszczęśliwy i chce, żebym zwróciła na niego uwagę. Czasem to już irytujące jest, ale jednak jakie słodkie i jak mnie to rusza :D Tak długo na to czekałam i mam.

To jego pierwsza wiosna po tej stronie...

A dziś urodziny mojej mamy - życzę jej w sercu, żeby znalazła szczęście odnajdując Boga. Ale ustnie przekazałam tylko "zdrowia, szczęścia...". Tego też jej życzę, ale tylko dodatkowo :)

Szykujemy się do chrztu Gabrysia na Wielkanoc. Skończył już 10 miesięcy, tak by the way. No i potem jedziemy do Rzymu, jak Bóg da.

A poza tym dalej trwa Wielki Post, a Bóg na różne sposoby przekazuje, że nas kocha... Dobrze jest być pod jego skrzydłami.

poniedziałek, 28 marca 2011

Śladem krokusów.

Jak widać na obrazku obok, Gabryś znowu się ozębił :) Właśnie śpi - od wczoraj w sumie robi głównie to, widocznie ozębianie jest czynnością wykańczającą mały organizm. A ja dzięki temu mam trochę spokoju. Jak śpi znaczy, bo jak nie, to jest marudny i wszystko gryzie. Poluje głównie na moje prawe kolano, które jawi mu się jako gryzak idealny. Także pisze do Was Rivulet nieco ogryziona. Cóż, może zaczynam się nawracać, skoro da się mnie gryźć? :D

Za oknem pogoda piękna. I wiatr wieje, czuję to znowu, bo w kominie aż huczy. Wczoraj była prawdziwa niedziela, taka jaką pamiętam z dzieciństwa. Ciepła, leniwa, wybraliśmy się na długi spacer w trójkę. Gabryś go przespał, Wilkołak w milczeniu upajał spokojem, a ja niuchałam na bazie, krokusy i pierwiosnki. Dopiero w zeszłym tygodniu cieszyły mnie przebiśniegi, a tu już cała reszta też wyszła spod ziemi. Uwielbiam tą porę roku :D Teraz tylko czekać na drzewa, aż się zazielenią.

Słucham Antoniny Krzysztoń "Wołanie", pożyczonej od Ren i jakoś mi pasuje do tego czasu.
http://www.youtube.com/watch?v=xF6vYANZU1Y&feature=related
Ta piosenka sprawia, że widzę siebie do początku, swoje strachy i niepewność. I tym jaśniej to, jak Bóg mnie zawsze ratował i prowadził, nawet wtedy, kiedy tego zupełnie nie rozumiałam. To, że cały czas jestem tą samą Tusią, którą On trzyma za rękę. Ech uspokajające to :)

A teraz piosenka, którą zadedykowała nam na swoim blogu Alnilam :D (dzięki :*)

If tomorrow is Judgement Day (sing mommy)
And I'm standin' on the front line
And the Lord ask me what I did with my life
I will say I spent it with you

If I wake up in World War III
I see destruction and poverty
And I feel like I want to go home
It's okay if you're comin' with me

Cause your love is my love
and my love is your love
It would take an eternity to break us
And the chains of Amistad couldn't hold us

If I lose my fame and fortune (really don't matter)
And I'm homeless on the street
And I'm sleepin' in Grand Central Station
It's okay if you're sleepin' with me

As the years they pass us by
we stay young through each other's eyes
And no matter how old we get
It's okay as long as I got you babe

If I should die this very day
Don't cry, cause on earth we wasn't meant to stay
And no matter what people say
I'll be waiting for you after the Judgement Day

Whitney Houston, My love is your love

Tak więc kwiecień już za pasem, Pascha coraz bliżej, a u nas wiatr, piosenki i krokusy. Wreszcie przyszła wiosna :) I jest jakby bliżej Nieba...

czwartek, 24 marca 2011

A u nas wieje wiatr.

Powoli mijają pierwsze cieplejsze dni. Za oknem słońce przebija przez chmury. I wiatr gwiżdże w kominie. Gabryś wreszcie na chwilę usnął, bo od rana był na nogach.

Co nowego? Wczoraj ciężki wieczór, który potem odchorowałam. Zawsze zapominam, jak reaguje na stresujące sytuacje, póki nie ląduję w toalecie :P W sumie dalej dziwnie się czuję i jestem zmęczona. Nie było łatwo, ani miło, ale Bóg chyba chce mnie też uwolnić od tego idola, jakim chyba powoli stała się moja wspólnota. Trochę mi przykro, ale z drugiej strony mam wrażenie, że to dla mnie dobre. Jakoś od początku się wkręcałam tam, w pewnym momencie to co się tam działo, było dla mnie najważniejsze. I to, kim tam jestem. Wczoraj chyba po raz pierwszy poczułam, że nikim. Cóż, kolejna figa przecięta. W pewnym sensie czuję się uwolniona. Zawsze trzymała mnie tu ta wspólnota i to moje wyobrażenie, że beze mnie nie dałaby sobie rady. Teraz gdyby okazało się, że powinnam wyjechać - to zaczęłabym się pakować. Nawet na koniec świata. Oczywiście, gdyby to było dobre.

Jednocześnie wczoraj nastąpił przełom u Gabrysia - odruch wymiotny wreszcie zaczął zanikać i po raz pierwszy zjedliśmy obiad razem. Małemu bardzo posmakował rosół z makaronem. W dodatku wtrynił jajko na twardo i obiad ze słoiczka taki dla większych dzieci, na który do tej pory nawet nie chciał popatrzeć. Ulżyło mi, bo się zamartwiałam, jak to będzie. Teraz możemy urozmaicić menu ;) Są też duże postępy jeśli chodzi o przemieszczanie się i akrobacje na stojąco. Nauczył się też siadać z pozycji stojącej (do tej pory po prostu spadał :P). W ogóle zaczęłam uważać na szafki, wszystkie przedmioty, którymi mógły sobie zrobić krzywdę, a które do tej pory było dlań niedostępne - generalnie wyobraźnie co chwilę podsuwa mi obrazy, co MOGŁOBY się stać. Matki są jak kierowcy - muszą myśleć za dwoje...

Poza tym po dniu świętego Patryka (w zeszłym tygodniu był), zaczęłam czytać różne teksty o świętych na Wyspach (zwłaszcza w Irlandii i Szkocji ;)) i tym, jak się tak kształtowało chrześcijaństwo. Bo w sumie to do tej pory jakoś nie miałam o tym pojęcia, a sam Patryk kojarzył mi się z zielonym piwem i koniczynkami. Raz na jakiś czas dobrze jest poczytać o tym i poznać nowe postaci świętych - zauważyłam to już wcześniej. W ogóle strasznie mnie to ciekawi i umacnia, kiedy czytam o tych historiach, które prowadził Bóg. A Patryk w jego ręku dokonał naprawdę cudów tam, gdzie wydawało się że pogaństwo się nie da :P Uwielbiam kulturę celtycką, ale bez Boga to ona jest pusta (pisałam już jakiś czas temu to samo o kulturze indiańskiej). Urzekające są celtyckie modlitwy, łączące tęsknotę za Bogiem z zachwytem przyrodą i światem. Wyrosłe z życia codziennego, a nie oderwane. No i samo chrześcijaństwo bez tej kultury też byłoby uboższe - to zawsze działa w dwie strony. Bóg też nas potrzebuje. I przypomina mi się tu Karol, który zawsze potrafił uszanować i zachwycić się zwyczajami danego narodu, jednocześnie głosząc ewangelię. Dobrze będzie zobaczyć go w Rzymie... Bo nie wątpię, że się z nim tam spotkam i poczuję jego obecnośc tak mocno, jak wtedy w kwietniu 2005...

Tak więc czas nastał znowu mocny i dotarło do mnie wreszcie, że jest Wielki Post.