niedziela, 25 grudnia 2016

Narodzenie z przeszkodami.

...W centrum ikony Bożego Narodzenia znajduje się czeluść Groty używanej jako stajnia, w której jaśnieje maleńki Chrystus. Czerń używa się niezwykle rzadko, gdyż odnosi się do braku światła, czyli wszystkiego, co diabelskie, oddzielone od Boga (gr. diabolos – dzielący). Ciemność nie obejmuje Chrystusa – Gwiazdy Życia. To wyraźna analogia do ikony Zstąpienia do Otchłani, a Boże Narodzenie stanowi zapowiedź triumfu nad złem poprzez kenozę Bogoczłowieka. Słońce słońc przybrane w ludzką naturę rozbija ciemność Hadesu, roztaczając życie (Łk 1, 78-79). Bóg schodzi pomiędzy ludzi, aby podnieść ich ku Sobie... 
Ciąg dalszy tekstu TUTAJ, bardzo ciekawe rozważania o ikonie przedstawiającej narodzenie Jezusa.
Patrzę na zmęczoną Marię z ikony (Bogurodzica spoczywa na purpurowym łożu, co zaznacza jej królewskie pochodzenie i Boże macierzyństwo. W przedstawieniu postaci intryguje dualizm. Będąc w pozycji leżącej, zmęczona, podkreśla naturalność narodzin. Jednocześnie zachowuje się niezrozumiale, odwracając się od swego dziecka, nie trzymając go w ramionach. To wyraz profetycznego rozmyślania nad przyszłymi wydarzeniami – Męką, Krzyżem, Grobem. Maria jest także pełna rozterek wiedząc, że Chrystus jest jednocześnie jej dzieckiem i jej Bogiem.) i czuję się prawie tak, jak ona. To dla nas wyjątkowe i dziwne święta.
Dziś w nocy narodziły się dwa pierwsze zęby Sary :P W bólach. Po ostatniej optymistycznej notce nastąpiło pogorszenie i mała złapała zapalenie płuc. Było bardzo możliwe, że święta spędzę z nią w szpitalu. W zasadzie sama jestem zdziwiona, że w miarę dobrze się to skończyło, bo Sara naprawdę była w kiepskim stanie. Dziwiło mnie tylko skąd ten nagły spadek odporności, no i dziś mam odpowiedź - w paszczy młodej widać dwa świeżo wyklute ząbki. A Sarenka od razu lepiej się czuje, znowu zagaduje do wszystkich, bawi się zabawkami i dźwiga się do siadania.
A ja jestem zmęczona. Zaraz się zabiorę z chłopakami do kościoła, żeby trochę nabrać sił. Po nieprzespanych nocach i świątecznych przygotowaniach przeplatanych podawaniem leków dziewczynkom. I późniejszej perełce - tuż przed Wigilią zachorował Krzysiek i w sumie obudził się tylko na samą wieczerzę Wigilijną, przełamaliśmy się opłatkiem, zjedliśmy razem barszcz z uszkami i resztę posiłków już pochłanialiśmy bez niego, bo ponownie poszedł spać. Takie święta z przeszkodami, jak bieg przez płotki na 300 metrów. Dziś po tym wszystkim mam migrenę, bo to jednak za dużo wrażeń było. Ale też gdzieś w obolałej głowie kołacze się myśl, że właśnie tak Bóg się rodzi. W trudach i naszych zwyczajnych ludzkich problemach.
Mimo tych wszystkich zawirowań Wigilia była piękna. Z dziewczynkami ubranymi jak księżniczki i chłopcami śpiewającymi kolędy. No i jeszcze nigdy sama nie zrobiłam tylu potraw i tylu rzeczy nie wysprzątałam - chyba dostałam jakieś turbodoładowanie z Góry na czas sytuacji kryzysowych, bo to do mnie niepodobne. Jestem w szoku patrząc na wypchaną lodówkę i składzik O.o
Wszystkiego dobrego czytającym, niech Was gwiazda zaprowadzi do nowo narodzonego Dzieciątka :)

poniedziałek, 19 grudnia 2016

Mały jak muszelka.

Królu mój, Ty śpij, Ty śpij a ja
Królu mój, nie będę dzisiaj spał.
Kiedyś tam, będziesz miał dorosłą duszę,
Kiedyś tam, kiedyś tam...
Ale dziś jesteś mały jak okruszek,
Który los rzucił nam.

Skarbie mój, Ty śpij, Ty śpij a ja,
Skarbie mój, do snu Ci będę grał.
Kiedyś tam, będziesz spodnie miał na szelkach,
Kiedyś tam, kiedyś tam...
Ale dziś jesteś mały jak muszelka,
Którą los zesłał nam.



Znalazłam tą piosenkę ostatnio na youtube i teraz słucham w kółko. Bo uspokaja, bo przypomina pierwsze chwile z każdym z naszych czterech skarbów. Ale też idealnie pasuje do tego czasu... Bo przecież właśnie tak mogliby śpiewać Jezusowi Miriam i Józef - "Królu mój...". Tylko że zamiast słowa "los", byłoby "Bóg". "...którą Bóg zesłał nam..." I to określenie "muszelka" mnie wzrusza :)

W sobotę w ciągu kilku godzin najpierw dowiedziałam się o czyimś przejściu na drugą stronę, a niewiele później - cieszyłam się na wieść o narodzinach dwóch dziewczynek. W takich momentach człowiek czuje oddech wieczności. Toczy się to wszystko... Tłumaczyłam ostatnio chłopcom, dlaczego trzej królowie przynieśli Jezusowi takie, a nie inne dary. Wszystkie oznaczały, kim to dzieciątko będzie (już jest?).  Tu leży mały dzieciaczek, a na horyzoncie już majaczy - krzyż. Tu narodziny, tu widmo śmierci. Ale śmierć to przecież też narodziny, inne, ale równie trudne. Dla nieba.

...Mario czy ty wiesz, że te stópki dwie po wodzie będą kroczyć?...
Niesamowicie piękna piosenka....
No... Dziś odpoczywam :) Tak, wiem - brzmię jak okropna pani domu :P Pewnie większość ludzi teraz myśli o ciastach, choinkach, prezentach i się stresuje, że nie zdąży ze wszystkim. Nie wiem dlaczego, ale nie umiem tak. Może dlatego, że zawsze wkurzał mnie widok zagonionych dorosłych, którzy przez to nie umieli się cieszyć świętami. Byłam wczoraj u spowiedzi, więc mam poczucie, że najważniejsze zrobiłam. Powolutku sobie sprzątam domek, ale bez jakiejś spiny. Okna i tak zdążą zostać wybrudzone przed świętami, podobnie reszta... Grunt żeby robić to wszystko spokojnie i z miłością, trochę jako dar dla Dzieciątka. Jemu moje czyste okna niepotrzebne, ale fakt, że robię coś dla niego - tak. Proste gesty miłości... Nic dla popisu, nic dlatego, że "powinnam".

A dziś po prostu się lenię. Stwierdziłam, że po ostatnich wydarzeniach mi się należy. Dziś po raz pierwszy od dłuższego czasu jestem w domu tylko z dziewczynkami. Chłopcy poszli do przedszkola, żeby się jeszcze wyszaleć przed świętami. Sarunia właśnie śpi, Ela siedzi obok i wcina Princessę. A ja sobie kaszlę jeszcze i słucham SDM.
...każdy potok gada z aniolami... Swoją drogą nie wiem, jak można żyć nie znając SDMu :P Słuchałam jako dziecko, kiedy rodzice puszczali, potem jako nastolatka chodziłam na koncerty, a teraz dalej szukam sobie nowych piosenek w necie i się wzruszam, jak zawsze. Taka dygresja ;)

Ostatnie dni i noce trudne były, bo po chorobowej serii dopadło naszego niezniszczalnego dotąd Sarulka. Gorączka trzy dni, katar, kaszel i chrypa jak u Garou. Biedny maluszek, cały czas na rękach. Nocki na siedząco z zapłakaną małą. Ale dałyśmy radę, dziś już lepiej :) Mam nadzieję, że na święta wydobrzejemy wszyscy. Trudne to wszystko było, ale w jakiś sposób dobre. Za każdym razem, kiedy któreś dziecko choruje, przypomina mi się cytat: "Które dziecko faworyzujesz? To, które akurat jest chore". Czasem gorączka i katar to pretekst do spędzenia ze sobą więcej czasu :) I przytulania. Choć w takich momentach zazdroszczę ludziom, którzy żyją w innym klimacie i nie muszą się zmagać z przeziębieniami przez trzy czwarte roku.

Dobra, koniec laby, trzeba zebrać i rozwiesić pranie oraz zrobić górę naleśników. Dziwnie się czuję tak nic nie robiąc, na dłuższą metę. Czas ruszyć tyłek :P Ale najpierw muszę założyć plastikowej laleczce skarpetkę na nogę. "Dzidziuś ma zimno!". Bardzo wzrusza mnie słuchanie Eli ostatnio. Najbardziej lubię patrzeć, jak bierze zabawkowy telefon i nawija do słuchawki. Jakbym widziała siebie :) No i teksty w stylu: "Gabyś jeś mamy, Łahał jeś mamy, Hala jeś mamy. Ela jeś tatusia!" Taaa, Ela to córeczka tatusia. Ciekawe, co na to powie Hala (Sara ;)), kiedy sama nauczy się mówić.

Dobrego tygodnia wszystkim :* Dużo radości i pokoju w sercu...

wtorek, 13 grudnia 2016

W ciszy.

Adwent mija w ciszy przerywanej kaszlem. Cholerstwo, które mi się przyplątało, nie tylko dalej mnie męczy (dziś pół głowy boli, zatoki chyba), ale jeszcze położyło Gabrysia, Rafałka i Elę. Dobrze że Sara odporna i nawet się o nią nie martwię. Ela w zasadzie też tylko katar ma. Chłopcy jak zwykle najgorzej - zastanawiam się, czy ta obniżona odporność (od małego łapali przeziębienia często) nie wynika z problemów na starcie i małej wagi urodzeniowej. Dziewczyny urodziły się donoszone, duże i nic im nie dolega.

Nic to, w sumie nie mam na co narzekać, bo to TYLKO drobne choroby, a kaszel czy katar to pikuś, na zapalenie żadne się nie zanosi. Ja chętnie bym poszła do lekarza po jakieś leki, ale wiem że jak zwykle usłyszę, że jak karmię, to prawie nic nie mogę brać. Zostaje mi herbata z miodem i cytryną oraz czekanie, aż wszystko przejdzie samo. Pewnie już dawno by sobie poszło, gdybym w zeszłym tygodniu leżała pod kołdrą i odpoczywała, a nie biegała za trzema zasmarkańcami z głową ciężką jak kamień.

Wspomniana na początku cisza oczywiście nie oznacza ciszy prawdziwej - dom trzęsie się od okrzyków, a podłoga dygocze podczas gonitw i rozgrywanych meczów. Ale muzyki prawie brak. Po tym, jak Rafałek z Elą zepsuli mi odtwarzacz, jakoś nie kupiłam sobie nowego, nie było okazji. Więc teraz żadnego "Last Christmas"nie słyszę, ani "All I want for Christmas is You". A w sumie szkoda, zawsze lubiłam ten przedświąteczny nastrój. Mało ortodoksyjna jestem w tej kwestii. Żałuję  jedynie że po Bożym Narodzeniu, kiedy chrześcijanie dopiero się rozkręcają i jeszcze długo kolędują, świat o świątecznych piosenkach zapomina i ogłasza, że niby jest już "po świętach". Akurat.

No to sobie teraz puszczę:
To chyba moja ulubiona :) Wyobrażam sobie, że siedzę sobie sama w ciepłym, wygodnym samochodzie, wolna i szczęśliwa jak dziecko, no i jadę do jasnego, przystrojonego domu, gdzie czekają na mnie bliskie osoby. I gotowe już potrawy wigilijne ;D

Rzeczywistość będzie nieco inna. Ale Wigilia ma być u nas w domu, przyjdą moi rodzice. I może Alnilam z Alberto (czyli moja przyjaciółka, chrzestna Gabrysia z mężem Włochem, chrzestnym Eli). Tak czy inaczej, cieszę się, że tworzymy dla dzieci miejsce do świętowania, gdzie dużo osób zbiera się wokół stołu z opłatkiem. Tak jak w moich wspomnieniach z dzieciństwa. Tylko z czasem tych osób przy stole zaczęło ubywać. A teraz, po latach czekania, znowu jest ich coraz więcej. Twarze inne, ale przecież podobne. Tu oczy prababci, tu uśmiech dziadka. Prawdziwie dzieci są błogosławieństwem i przedłużeniem naszego trwania na ziemi. Gdy nas zabraknie, nasze gesty, spojrzenia trwają dalej - w nich. 

No i zabawnie będzie w niebie nagle zobaczyć tłum osób podobnych do mnie. Ciekawe, czy przyjdą się przywitać.

W tym adwencie, tak jak siedem lat temu - Bóg przychodzi do mnie przez Miriam. Nie wymyśliłam sobie tego, nie zaplanowałam. Po prostu co chwilę ona się przypomina - przez słowa, obrazy, pieśni - i dotyka jakoś tak ciepło, z miłością. Fajnie jest robić coś zupełnie innego i nagle pomyśleć o niej. Poczuć to trudne do wytłumaczenia ciepło w sercu. Że ona jest, rozumie, też miała pod górkę. I teraz po cichu, jak to ona, nam pomaga. Dawniej była mi zupełnie obojętna, jakaś daleka piękna (idealna!) pani, która z moim życiem nie ma nic wspólnego. Na szczęście znalazła mnie sama. Bez niej byłoby mi trudno trwać jako żona i mama. Zwłaszcza wtedy, kiedy życie po ludzku patrząc jest jakieś takie do chrzanu. Dzieciaki wrzeszczą, mąż śpi :) a ja mam ochotę usiąść i walić głową w ścianę. Albo usiąść i walić ich wszystkich wałkiem po głowie. A ona przychodzi i po prostu przytula. Z zewnątrz może się nic nie zmienić, ale nagle na swoje życie patrzy się inaczej. Bo jakie niby warunki były w grocie, gdy dookoła żłobu z owiniętym w szmatki noworodkiem stały zwierzęta, obok Józef (kto wie, jakie dopadały go wątpliwości, gdy patrzył na to nie swoje dziecko?), a nagle do zmęczonej porodem i pewnie zakrwawionej kobiety przyszli z pastwisk cuchnący pasterze z brudnymi paluchami. Cud mieszał się z trudem. Pierwsze Boże Narodzenie nie wyglądało jak z reklamy Coca-Coli. Dwunastu polskich tradycyjnych dań też nie było.

Kto jeszcze Miriam nie odkrył, dużo traci.

środa, 7 grudnia 2016

Między Mikołajem a Niepokalanym Poczęciem - 7 grudnia.

(zdjęcie zrobione przez ciocię Doris :))
Miałam dziś iść wieczorem na uroczystą eucharystię (wigilia Niepokalanego Poczęcia) i czekałam na nią od jakiegoś czasu, a tu klops. Ucho boli, gardło boli, od kilku dni dreszcze, gorączka, katar i generalnie marzę sobie o L4. O dziwo jakoś ogarniam system domowy i zamiast leżeć, snuję się po domu i w zwolnionym tempie robię to, co zwykle (czyli zmieniam duży bajzel na mniejszy, żeby mieć poczucie ładu przynajmniej przez chwilę). Ela też coś posmarkuje i kaszle rano, ale mam nadzieję że samo jej minie, jak zwykle.

Młoda właśnie przewala się po kuchni, bawiąc się na zmianę ciastoliną i transformersami. Mikołaj w tym roku hojnie sypnął prezentami. I tak jesteśmy bogatsi o 5 zestawów Lego Star Wars, ciastolinę, 3 małe transformersy i 2 duże, 3 lalki (w tym jedna z wanienką i nocnikiem :P),  2 zestawy puzzli 3D, 2 przytulanki dla Sary, książeczkę dla Eli, czekoladowe ozdoby na choinkę... i pewnie coś jeszcze, tylko nie pamiętam :P Wczoraj jak chłopcy wrócili z przedszkola to miałam spokój, bo się bawili. Trzeba było tylko pomóc w budowaniu zamku i Statuy Wolności (Krzysiek się zagalopował w pomaganiu i musiał część rozmontować, żeby to jednak dzieci miały zabawę, a nie tata :)).

Poza tym za nami niedzielny wypad do miasta, oglądaliśmy miniatury pociągów i makiety torów kolejowych w Muzeum Inżynierii Miejskiej. A potem spacer już po ciemku po Starym Mieście i zachwyt światełkami, latarniami na Plantach, choinkami. Ale chyba wtedy się przeziębiłam. Przynajmniej w ładnej scenerii ;) Lubię miasto w zimie. I przedświąteczny jarmark. Zapach grzanego wina, grillowanego mięsa i smażonych orzeszków w miodzie. Muzykę sączącą się z knajp i sklepów. Cichy i czujny Wawel, obserwujący ze wzgórza wszystko, jak zwykle. Mimo mrozu - życie. Aż chciałoby się mieć więcej czasu i pójść z przyjaciółkami (których też w większości nie ma, bo się rozjechały po świecie) na piwo z sokiem imbirowym. Ech, wspomnienia. A tu trzeba wracać do domu i kłócić się z dziećmi, że już późno i mają iść do łóżek (najbardziej ostatnio protestuje Ela).

Plusy są jednak takie, że po powrocie do domu mam się do kogo przytulić. Oczywiście przede wszystkim do męża ;) ale poza tym wyhodowaliśmy sobie cztery koale. Koala najstarszy dostał na ostatni weekend zadanie adwentowe z przedszkola - miał się przytulać i być miły dla rodziców, co skwapliwie wykonał ("Mamooo, a podrapiesz mnie jeszcze po pleckach? Bo nie mogę zasnąć..." - to słyszę wieczorami często). Koala drugi z kolei jest największym koalą, bo mimo zbójowatego sposobu bycia ("Jestem Lold Wejder! Łaaaa!"), potrafi czasem przyjść, zrobić oczy jak kot w Shreku i z błogim uśmiechem jakoś tak... zawisnąć na tobie, jak rasowy miś z Australii. Elula, która z jednej strony bawi się pirackim statkiem podczas nieobecności braci oraz ich innymi zabawkami, a z drugiej co jakiś czas tuli i układa wszystkie swoje laleczki (wczoraj mnie opieprzyła, że otworzyłam drzwi do pokoju, w którym chwilę wcześniej położyła spać swojego dzidziusia - dokładnie tak, jak ja ochrzaniam ją za wtargnięcie do naszej sypialni, gdzie sypia Sara), a także ściska i obsypuje buziakami członków rodziny. I Sarunia, która jest teraz rozkosznym, mięciutkim niemowlaczkiem (tzn. jeśli akurat nie krzyczy :P), wymachującym łapkami na wszystkie strony i uśmiechającym się od ucha do ucha, kiedy tylko ktoś do niej podchodzi. 

Stado koali - lek na jesienno-zimową depresję.

piątek, 2 grudnia 2016

Ostatni miesiąc w tym roku i radości z nim związane :)

No i przyszedł wreszcie grudzień. Wprawdzie na razie nie jest biały, puchaty i błyszczący - za oknem od dwóch dni zacina lodowaty deszcz i wiatr kołysze drzewami. Ale zawsze to grudzień. Z adwentowymi przygotowaniami, dniem św. Mikołaja (już na niego czekamy ;)), Bożym Narodzeniem, a potem tym ostatnim dniem w roku kalendarzowym, kiedy lubię wspominać minione miesiące i dziękować za nie Panu Bogu. Dużo dobrego się wydarzyło. A najpiękniejsze co było, to oczywiście przyjście naszej Saruni na świat.

Ale do Sylwestra jeszcze trochę czasu. Póki co - adwent. Strasznie lubię ten czas. To czekanie na przyjście. Trochę jak pod koniec ciąży. Czasem jest ciężko, ale do cudu coraz bliżej. W adwencie są moje ukochane czytania. Jest jakaś taka cicha radość, mimo że przecież dni najciemniejsze i najkrótsze - ale to On jest prawdziwym słońcem. I świadomość, że tak naprawdę adwent to jest co, co się dzieje cały czas, cały rok. Czekanie na przyjście Jezusa. Może dlatego tak mi się to podoba, że teraz bardziej się mówi o tym, co cały czas jest ważne. Adwent tak naprawdę jest zawsze aktualny. Podobnie jak radość ze zmartwychwstania. Dobrze że są święta Bożego Narodzenia i Pascha, Wielkanoc, żeby o tym przypomnieć.

Czekam właśnie aż zrobi mi się spaghetti na śniadanie. Takie z pomidorami i posypane serem. Tzn samo się nie zrobi, takich czarów w mojej kuchni nie ma (a szkoda), ale właśnie gotuje się w garnku. Do tego kawa, niestety bez mleka, bo się skończyło (czemu wszyscy oprócz mnie w tym domu litrami piją kakao?!). Dziś śniadanie na ciepło, bo potem ubieram dziewczynki i wybywamy w ten deszcz i zimno. Wrócimy dopiero wieczorem, już z chłopcami. Trzeba się rozgrzać.

Poza tym co... Starsza jestem o rok od ostatniego posta. Wysyp zmarszczek, strzykanie w kościach, ból kręgosłupa, te sprawy ;) I wzrok już nie ten :D

Jestem też bardziej wypoczęta. Chcecie przepis na dobre samopoczucie dorównujące niemalże takiemu na wakacjach? Weźcie na tydzień nie swoje dziecko (albo kozę, co kto woli), a potem oddajcie. Ile byście dzieci własnych nie mieli, poczujecie różnicę. I przestaniecie (na jakiś czas) narzekać, ile to z Waszymi dziećmi pracy. Nie żeby moje przyszywane dziecię jakoś wyjątkowo absorbujące było, ale zawsze to dodatkowy człowiek do zaopiekowania, w dodatku przy nie swoim jakoś stresik większy.

Tak więc teraz odpoczywam i cieszę się życiem :)

A tu moje panienki. Ciemna i jasna, choć ta druga niestety już z ciemniejszymi oczkami (żegnaj piękny błękicie, ech... teraz są brązowawe lekko).

piątek, 25 listopada 2016

Jutro 31 na torcie.


Tak jak w tytule. Jutro moje 31 urodziny. Cieszę się :) Ciekawe, czy przyjdzie taki czas, kiedy będę myśleć "o kurczę, ale stara jestem". Czy może uda mi się zachować młodość ducha i nie zestarzeję się nigdy? Chciałabym. Whatever, 30 urodziny minęły przytłumione poważnie ciążowymi mdłościami, także mam nadzieję, że odbiję to sobie jutro.

Za mną długi tydzień z piątką dzieci :) Opiekuję się synkiem znajomych przez jakiś czas, a dodatkowo miałam w domu zakatarzonych chłopców. I standardowo dwie piszczące dziewczynki. Sara ostatnio postanowiła dołączyć do domowego chóru i razem z rodzeństwem przyczynia się do tego, że czasem muszę zatykać sobie uszy watą, żeby nie ogłuchnąć.

Momentami było trudno. Ale to dobre doświadczenie. Jak każde, które pokazuje, jak mało mam cierpliwości do innych i jak bardzo zależy mi na mojej wygodzie. Były chwile, kiedy wstanie z łóżka od nakarmionej, usypiającej Sary (rozkosznie miękkiej i cieplutkiej) wydawało mi się wyczynem ponad siły. Ale trzeba było się zwlec i iść do rozwrzeszczanego towarzystwa w drugim pokoju. Pogodzić pokłóconych, poczytać im książkę, wytłumaczyć zasady planszówki, w której rebelianci z "Gwiezdnych Wojen" walczą z siłami imperium. Ciężko mi na sercu, kiedy dzieciaki znudzone pobytem w domu robią się trudne i chwilami bezczelne. Nie lubię tych kłótni wtedy i poczucia, że muszę w nimi walczyć. Ustalanie granic bywa męczące. Pewnie, czasem można sobie darować, zwłaszcza kiedy wszyscy są już zmęczeni i awantura wisi w powietrzu. Ale generalnie nie lubię odpuszczać sobie i dzieciom i staram się pilnować pewnych zasad. Pod wieczór jestem wyczerpaną zdartą płytą i oczywiście nie widzę efektów swojej pracy. Może zobaczę ją za wiele lat, a może wcale. To jedna z tych rzeczy, które robi się wbrew wszystkiemu, bo gdzieś tam ma się poczucie, że warto. Boże, proszę, pomóż mi wychowywać moje dzieci... Przekazać im wiarę, miłość i nadzieję na niebo. Pomóż wyrywać z nich egoizm i siać nasionka dobra... I daj mi cierpliwości choć trochę.

Tak czy inaczej, mamy już piątkowy wieczór. Jutro sobota. Urodziny. Mam wolne :) Trójka dzieci starszych jedzie do dziadków, dziecię dodatkowe do cioci, a my zostajemy tylko z Sarunią. Mam nadzieję nie robić nic. Nie sprzątać, nie gotować, nie uspokajać dzieci (ha!). Leżeć, czytać książkę, pojechać sobie na zakupy, porozmawiać z Krzyśkiem bez przerywników typu ("zrobiłeeem kupęęę!", "mamooo powiedz jej żeby mi to oddała!", "to on zaczął!"). Jupi!

A już w grudniu zamierzam przyzwyczaić Sarenkę do pierwszych posiłków i zostawić całą czwórkę, żeby wybyć do kina - tylko we dwoje. Can't wait. :) Ta melodia z "Foggy Dew" tak bardzo kojarzy mi się z nami... Ta na początku notki zresztą też. Mam za co dziękować Bogu po tych 31 latach, nie ma co.

niedziela, 20 listopada 2016

Chichotek, Grzebieluszek, Świetliczka i Huhunia. Witamy w Szepczącym Lesie :)

Wsiąkliśmy... Siedzimy i czytamy. W wolnej chwili miast oglądać bajki czy bawić się w budowanie bazy z klocków - dzieciaki przyłażą i domagają się książki. Niby nic niezwykłego, bo wszyscy lubimy czytać, ale ostatnio książki wygrywają nad wszystkim. I nawet ja odkładam swoją (właśnie zaczęłam "Tajemnicę Skyle" Agnieszki Grzelak, a w kolejce czeka "Blondynka na Bali"  Beaty Pawlikowskiej) i czytamy wspólnie. A Ela pokazuje paluszkiem na okładkę i mówi wyraźnie "Tapi!".
Zaczęło się niewinnie - pewnego wieczoru przechodziłam przez księgarnię i zauroczona kolorową okładką przedstawiającą wikinga i reniferka, kupiłam "Wyprawę Tappiego na Ognistą Wyspę". Strzał w dziesiątkę... Ta książka ma chyba same plusy. Ładnie wydana (aż przyjemnie trzymać ją w rękach), zabawna nawet dla mnie, napisana pięknym językiem, z ekipą świetnych bohaterów... W serii o Tappim jest coś naprawdę dobrego i właściwie trudno mi ubrać w słowa, co takiego podoba się w niej najbardziej. Przypomina urocze książki Astrid Lindgren. Dużo ciepła (główny bohater to wiking o zaiste wielkim sercu) miesza z szalonymi przygodami i tworzy mieszankę wybuchową, która jednocześnie uspokaja i rozbawia.
Zdążyliśmy już przeczytać wiele książeczek o Tappim i na szczęście jeszcze kilka przed nami. Osobiście będę w żałobie, gdy poznamy wszystkie i nie będzie nowych przygód do czytania... Właśnie przed chwilą zamówiłam przez internet trzy zbiory opowiadań i większą książkę - "Wędrówki Tappiego po Mruczących Górach". Sama nie mogę się ich doczekać :)

Tak więc świat Tappiego wciągnął nas na dobre. I każde z nas (tzn ja i dzieci, bo Krzysiek jakoś ostatnio nie miał czasu na wspólną lekturę) ma teraz imię wzięte z którejś książki. Ja zostałam Tappim (tą rolę przydzielili mi chłopcy, na szczęście nie z powodu brzucha :P ale opiekuńczego charakteru postaci. No i, jak dodali, jeśli zbiorę włosy pod brodą, to ponoć wyglądam podobnie :P). Gabryś to psotny reniferek Chichotek, Rafałek to wilczek Grzebieluszek. Ela została elfką Świetliczką. A Sarunię sama przezwałam sową Huhunią (może młoda średnio przypomina ciocię-sówkę, ale imię brzmi uroczo...).
Bawimy się świetnie i książki o przygodach Tappiego polecamy każdemu :) Krótsze opowiadania z kolorowymi ilustracjami są idealne dla dzieci w wieku Rafałka, zaś te dłuższe części (jak "Przygody Tappiego z Szepczącego Lasu", "Podróże Tappiego po Szumiących Morzach" czy "Tarapaty Tappiego w Magicznym Ogrodzie") dla trochę starszych. Młodsze rodzeństwo zaś może sobie pooglądać śliczne obrazki - Eli baaaardzo się podobają :) I tak coraz dłuższe wieczory spędzamy z mieszkańcami Szepczącego Lasu i Szumiących Mórz...

sobota, 12 listopada 2016

Drużyna w podróży.

Powyżej zdjęcia z wypadu do moich rodziców. Jak widać, nasz pięciomiesięczny Sarulek przymierza się do siedzenia (generalnie przymierza się do wszystkiego, bo ileż można patrzeć bezczynnie, jak inni się bawią? jeszcze kilka miesięcy i zacznie się śmiganie po domu, wtedy dopiero będzie wesoło!). Oczywiście podpórka w postaci poduchy, mamy lub rodzeństwa musi być, ale o wiele lepiej wszystko wygląda tak, niż z nudnej pozycji leżącej (po latach to się zmienia, ja sobie świat widziany z wysokości łóżka bardzo cenię - a najlepiej,gdy pod głową poduszka, a przed oczami książka, to już w ogóle cielo, niebo). Na zdjęciach jest też Ela, która dorwała telefon babci i w kółko puszczała muzykę z "Indiany Jonesa". Oraz próbowała nauczyć siostrę obsługiwać komórkę (Elusia lubi zajmować się małą i nawet ostatnio sama karmiła ją zupką, całkiem fachowo). 

A teraz jesteśmy u drugich dziadków. Przyjechaliśmy pociągiem. Ostatnio wolimy dwugodzinną podróż w przedziale tylko dla nas (6 osób :)), niż gniecenie się w samochodzie. Dzieciaki mogą się ruszać, jeść bez choroby lokomocyjnej, no i iść do toalety bez zatrzymywania pojazdu :P Nie ma też problemu z karmieniem i przewijaniem Sary. Jak dla mnie, same plusy. Zwłaszcza że od dziecka uwielbiam jeździć koleją (a nawet jako nastolatka sentymentalnie mówiłam, że chciałabym umrzeć właśnie na dworcu, słysząc w tle szum pociągów). 

Fajnie tak, ledwie wróciliśmy z jednego wypadu, a już zaliczamy drugi. Lubię podróżować. A jeżdżenie z całą gromadką, choć trochę męczące (bo trzeba pilnować i uspokajać towarzystwo), jest równocześnie ciekawsze i bardziej satysfakcjonujące, niż samotne wojaże. W naszych dzieciach podoba mi się wiele rzeczy. Na przykład to, że nas nie ograniczają. Choć może po  prostu już przywykły do ciągłego spotykania różnych ludzi, spacerów i podróży - i lubią to. No i mają siebie nawzajem i czują się raźniej, gdzie by się nie znalazły. Pamiętam, że zawsze pomagała mi obecność mojego brata, ale jednak brakowało jeszcze kogoś, by poczuć się jak niezależne stado. Trójka to już drużyna, a jak jest nas jeszcze więcej, to tym lepiej.

Dobra, trzeba kończyć i zejść na dół, zobaczyć co tam porabiają. Swoją drogą to zabawne - sama mogę zostać ze swoją czwórką, a nawet zajmować się jeszcze cudzymi dziećmi i nie uważam tego za nic wielkiego. A jak zostawiam maluchy na chwilę mężowi i jego rodzicom, to zastanawiam się, czy sobie poradzą i czy to nie samolubne z mojej strony tak ich obciążać :P Obawiam się, że dla własnego zdrowia muszę sobie robić od czasu do czasu przerwy od bycia mamą.

Wrzucam Cohena, który już dotarł na drugi brzeg. Będzie go tu brakować.

wtorek, 8 listopada 2016

Gdzie anioł mówi dobranoc.

Na początek absolutna rewelacja, czyli połączenie Czubówny i Szustaka. Padłam :D Dobrze odsłuchać do końca, bo na końcu najważniejsza rzecz....
A taki widok z okna miałam przez kilka dni ostatnio. Skomielna Czarna. Kapucyni. Góry dokoła. I stary drewniany kościółek (nie ten ze zdjęcia).

Było pięknie. Komórki nie działały, bo nie było zasięgu. Nie łapał mnie świat, tylko mogłam się skupić na najważniejszym. Pewnie, demon straszył i robił wszystko, żeby to zatrzeć. Dzieciaki chorowały po kolei. Oczywiście nic im się nie stało. Tak to już jest ze złym, że straszy na potęgę, ale koniec końców nic zrobić nie może. Poza próbami odciągnięcia nas od Pana Boga oczywiście. Jak nie za pomocą leku, to pod przykrywką zdrowego rozsądku. Jeśli słyszysz w głowie głos "Ale nie bądź głupi, jaki Pan Bóg, człowiek rozsądny powinien...", a jednocześnie czujesz mega niepokój oraz złość na tych, którzy odważą się być nierozsądni i zaufać - to na bank ktoś cię atakuje. Tak to wygląda. A jeśli decydujesz się na szaloną rzecz, ale modlisz się i czujesz niewytłumaczalny spokój - to Pan Bóg sam wyśle aniołów i świętych, żeby cię strzegli i pomogli.

Dużo się ostatnio słyszy, że powinno się mieć wybór. Problem w tym, że wyborów musimy dokonywać cały czas. I lepiej prosić Pana Boga, żeby pomógł dokonywać dobrych wyborów. A nie od razu polec z hasłem złego na ustach, że przecież "nic nie jest czarno-białe". Szatan lubi a) udawać, że go nie ma b) zacierać różnice między dobrem i złem - i tłumaczyć, że w zasadzie to wszystko jedno, co wybierzemy (a już na pewno nie powinniśmy od siebie wymagać zbyt wiele, przecież wybór dobra to w tej sytuacji nieosiągalny heroizm). Ojciec kłamstwa.

W Skomielnej u kapucynów oprócz kaplicy i wielu pięknych rzeczy był też mały sklepik, gdzie można było kupić między innymi książki i miód. Kupiłam słoiczek lipowego. I miałam już w ręku książkę o kobiecie, o której przez przypadek kiedyś przeczytałam i się zachwyciłam - o Wandzie Boniszewskiej. Tej ze Zgromadzenia Sióstr od Aniołów (! dobrze, że wcześniej nie wiedziałam o tym zgromadzeniu, bo mogłabym wybrać inne powołanie:P). No więc już miałam kupić tą książkę (nie pamiętam jej tytułu, ale chodziło o coś w stylu "jestem nieznana i niech tak zostanie"). I wtedy zauważyłam inną, "Ojciec Pio i aniołowie" - i kupiłam, tamta odkładając na półkę. W ten sposób Wanda zgodnie z życzeniem pozostała dla mnie nieznana, a ja mogę poznać lepiej ojca Pio - przeczytałam już prawie połowę i bardzo mi to pomaga.

Dobrze, że są aniołowie. Czasem czuję, jak mnie trącają. Normalnie bym pomyślała, że to przypadek. Ale zdarza się, że  coś mnie budzi wtedy, gdy trzeba wstać. Że nagle idę tam, gdzie komuś trzeba pomóc. A nawet zdarzyła się banalna sytuacja - nalewałam wodę do wanienki, jednocześnie przygotowując dzieciaki do spania. Zapomniałam o wodzie w wirze spraw do zrobienia. Nagle coś mnie tknęło i wróciłam w samą porę. Popatrzyłam na pełną wanienkę i zaczęłam się śmiać. To akurat było ewidentne - normalnie w takiej chwili byłabym zła na siebie. A tu pełna radość trudna do wytłumaczenia, bo czułam że anioł jest obok uśmiechnięty i że nie chciał, żebym miała jeszcze na wieczór podłogę do wytarcia :P

Polecam opiece aniołów nasze dzieci i jestem spokojniejsza. Ja, która boję się tak wielu rzeczy. W chwili lęku myślę o ogromnych, świetlistych postaciach trwających przy nas i jest mi lżej. Dobrze, że Bóg ich nam dał do pomocy... Aniołowie to idealne opiekunki do dzieci (co oczywiście NIE znaczy, że mamy się dziećmi nie zajmować i zrzucać wszystko na nich - już widzę oburzenie niektórych osób nie czytających między wierszami :P).

Do anioła dobrze się zwrócić przed spaniem i poprosić o spokojny sen. Niech to anioł mówi nam dobranoc, a nie ten drugi.

poniedziałek, 31 października 2016

Już jutro...



Już jutro początek listopada. Jedno z moich ulubionych świąt. Kiedy niebo i jego mieszkańcy są bliżej nas. Kiedy się wspomina, modli, przegląda stare fotografie. Żeby pamiętać. Zatęsknić. Pomyśleć, że za jakiś czas wszyscy się spotkamy.

Korzystając z dnia wolnego w przedszkolu, zabrałam się z moją gromadką na Cmentarz Rakowicki już dzisiaj. Jutro i pojutrze mam jeszcze dwa inne do odwiedzenia. Pogoda trochę szarawa, zimno, ale grunt ze nie pada. Resztki złotych liści jeszcze wiszą na sczerniałych drzewach. I my. Chłopcy w ciemnych kurtkach z futerkiem przy kapturze, ja pcham podwójny wózek z różowymi panienkami. Ludzie schowani w domach. Dobrze nam, trochę inaczej niż na spacerze latem, ale też ciekawie. Patrzymy na czerwone krople głogu na zmarzniętych gałązkach. Oglądamy ogryzione przez bobry pnie drzew w zaroślach. Szukamy ostatnich kwiatów w ogrodach. A potem jedziemy do centrum.

W centrum jak to w centrum, tylko trochę straszniej :P O ile do tej pory wystawy z dyniami mi aż tak nie przeszkadzały (choć sama Halloween nie obchodziłam), to jednak w tym roku naprawdę niektórzy przegięli. Gumowe trupy wyzierające zza sklepowych szyb były obrzydliwe. Ale może to dobrze, bo można było pozbyć się złudzeń, o co w tym "święcie" chodzi. I stało się dla mnie jasne, że jak się chce być blisko Pana Boga, to nie można się jednocześnie bawić w trupa. Zwłaszcza że Bóg to samo życie, piękno i dobro. Przebieranie się za skrwawione zwłoki to ewidentny skok w bok w tej sytuacji.

Whatever, nieciekawe wystawy minęliśmy szybko i poszliśmy na cmentarz. A tam już nie było strasznie, ale pięknie. Kolorowe kwiaty, świece... Unoszący się nad grobami zapach nadziei. Kiedy w przyrodzie brakuje już kolorów, listopadową porą zakwitają mogiły. Poszliśmy na grób mojej prababci i cioci. Zapaliliśmy znicze, położyliśmy kwiaty, pomodliliśmy się. Dużo rodzin z dziećmi było. Fajnie, że przekazuje się te listopadowe odwiedziny kolejnemu pokoleniu.

Potem w drodze powrotnej dużo mówiliśmy o umieraniu, o niebie. Że tutaj jesteśmy tylko na chwilę, a po drugiej stronie będziemy już na zawsze.

Jutro kolejna wizyta. Uwielbiam listopad :) Jak śpiewają Dzieci z Brodą,

świat stworzony jest tak
że na ziemi mieszka się krótko
na ziemi się życie zaczyna
a potem do nieba szybciutko...

środa, 26 października 2016

Na słodko. I nie na słodko.

I kto tu jest najpiękniejszy na świecie, hę?

No pewnie, że małe dzieci. Każde :)

(chociaż ja jako mama mogłabym wskazać cztery wyjątkowo urocze :P)

Tak więc, jeśli właśnie zrobiłaś test ciążowy i gapisz się na dwie kreski, to zamiast panikować, pomyśl o uśmiechu, który teraz w Tobie kiełkuje. I który za rok będzie właśnie dla Ciebie, razem z najcudowniejszymi oczyma świata.

Co dziś. Po pierwsze, chciałabym polecić jedną z najlepszych książek, jakie kiedykolwiek przeczytałam. Jeśli mielibyście w życiu przeczytać jeszcze tylko jedną książkę, to polecam tą. Plus, oczywiście, Pismo Święte. Ale to coś więcej, niż czytadełko do poduszki, więc się nie liczy.

(w tle ryk, to Ela próbowała pobawić się z Sarą. No to będę pisać i karmić jednocześnie, hurra)

Książka właściwie jest przeznaczona na czas adwentu, ale w końcu prawdziwy adwent, czekanie na przyjście Boga, trwa bez przerwy - aż do końca świata. Mnie wyjątkowo dobrze czytało się teraz, bo właśnie jesień kojarzy mi się z piciem litrami herbaty z miodem i innymi dodatkami.

"Plaster miodu" o. Adama Szustaka. Czyli zapis internetowych rekolekcji. A że mnie się lepiej czyta, niż słucha (więcej potem pamiętam, bo jestem wzrokowcem... no i nie rozpraszają mnie myśli typu "kurde, ale fajny facet, jaki głosss..."). Czytałam, czytałam codziennie ostatnio i ciągle mi było mało. Niesamowicie piękna książka. Ze smakowitą okładką ;)
A przy okazji dzięki zamieszczonym w niej ilustracjom mogłam porozmawiać z dziećmi na temat miodu i tego, jak się go wyciąga z ula :P

Nie wiem, czy też tak macie, ale kiedy czytam Pismo Święte, to aż czuję na języku słodko-gorzki smak. Jak migdały z miodem. To naprawdę daje kopa, daje życie, jeśli się na nie otworzyć. Tu pocieszy, tam postawi do pionu. Ale przede wszystkim da pewność, że obok teraz jest Pan Bóg. Siedzicie na jednej gałęzi jak zakochani (pamiętacie drzewo z "Foresta Gumpa"?), gapiąc się na horyzont. I on Cię przytula. Tak to czuję :)

No, miało być na słodko, to było.

A na koniec jeszcze o przesłodzeniu.

Byliśmy w weekend u rodziców Krzyśka. Bardzo fajnie było, mimo paru zgrzytów. Na koniec teściowa zapakowała dzieciom cały wór słodyczy na podróż. Mówiłam że za dużo, ale kto by tam słuchał. Wracaliśmy pociągiem dwie godziny i oczywiście dzieciaki podjadały ciągle z tego wora. Efekt był taki, że Rafałka brzuch rozbolał i wymiotował.

Cóż, dla mnie to nawet dobre było paradoksalnie, choć żal mi było małego. Ale Rafałek się szybko pozbierał, a ja się jakoś pewniej poczułam jako mama. Wiem, że teściowa chciała dobrze i nie mam do niej pretensji. Niemniej przy mnie dzieci nie cierpią z powodu nadmiaru słodkości. I nie mam tu na myśli tylko cukierków. 

Są takie kobiety, które wręcz zalewają nadmiarem swojej miłości. Czujesz się przy nich, jakbyś nie mógł oddychać. Wszystko robią super, całe są dla rodziny, poświęcają się całkowicie - ale gdzieś przekraczają granicę zdrowego rozsądku. Jeśli jesteś dzieckiem takiej supermamy, to masz wrażenie, że mieszkasz w pokoju obitym poduchami. Nie masz prawa zrobić sobie krzywdy, ani się przewrócić - mamusia zawsze czuwa. Zaplanuje ci dzień, będzie dbała bez przerwy i traktowała cię jak swoją życiową misję. Twoje niepowodzenia będą tak naprawdę jej porażkami. Będzie na każdym kroku przypominała, ile dla ciebie zrobiła. Zawsze zwróci uwagę, kiedy krzywo chwycisz talerz i rozlejesz rosół na stole.

Różnie się czuję jako mama. Czasem, patrząc na mamy w stylu mojej teściowej (tona przetworów w spiżarni, wypucowany dom itede, a mnie się czasem nie chce zrobić spaghetti na obiad...no ale ona nie ma czwórki dzieci, o czym zapominam i katuję się samoobwinianiem) - niezbyt pewnie. Mówiąc krótko, wychodzi ze mnie masa kompleksów. Właśnie dlatego nie zabroniłam dzieciakom jeść tych słodyczy - bo gdzieś tam miałam wrażenie, że może właśnie sama powinnam zapakować im taką torbę słodkości, że jestem zbyt niedbała jako mama (więcej tego błędu nie powtórzę).

A może właśnie to jest dobre dla mojej rodziny? Może w moich słabościach jest pole do działania dla Pana Boga? Niestety (stety?) ja perfekcyjną mamą i żoną nigdy nie będę. Czułabym się wtedy jak marna kopia mamy swojej albo Krzyśka i źle by mi z tym było. Ważne, żeby być sobą. Moje dzieci nie potrzebują mamy, która gorączkowo próbuje dogonić jakiś dziki ideał i mieć najczystszy kibel okolicy, ale zero własnego życia.

Pamiętam za to, kiedy czytałam "Na Szkarłatnych Morzach" Lyncha (takie dość krwawe fantasy o świetnej fabule), jak bardzo zachwyciła mnie postać pani kapitan, piratki i mamy dwójki dzieci. Jak była w stanie dowodzić okrętem i brać udział w bitwach morskich, mając jednocześnie czas dla swoich smyków pałętających się po pokładzie (którym podawała mleczko makowe, żeby dobrze spały, kiedy pozostali będą walczyć - genialna scena). Czytałam i wiedziałam już, że - obok Miriam - znalazłam właśnie swój ideał matki. Wiem, ryzykowne to połączenie, ale dla mnie w sam raz. A przecież każda z nas musi znaleźć taki model macierzyństwa, jaki będzie do niej pasował. I raczej nie znajdzie go w słitaśnych gazetkach z różowymi bobasami na okładce.

Tak zostałam modelem mamy o nazwie: "zakochany w Bogu kapitan okrętu". Koniecznie w wysokich butach. I z bronią w ręku. Yeah :)

wtorek, 18 października 2016

Niebieska księżniczka. I reszta bandy.

Dzisiaj trochę o moim niebieskookim szczęściu. A raczej drugim niebieskookim szczęściu, bo już jedno takie mam, sześcioletnie. I tak jak kilkumiesięczną śniadą Elę wszyscy porównywali do Rafałka, tak Sarunia jest nazywana drugim Gabrysiem. Taka sama podłużna buzia, uśmiech, jasne oczy i włosy. Pewnie z czasem się zmieni, tak jak starsza siostra i nabierze własnych cech. Ale póki co patrząc na nią mam wrażenie, że już gdzieś widziałam takie dziecko - sześć lat temu....

Sara ma już ponad cztery miesiące. Duży z niej klocek :) W dalszym ciągu jest najspokojniejsza z całej czwórki. Pogodna, chichocząca i zasypiająca sama w łóżeczku (potrafi leżeć nawet godzinę spokojnie i gadać wesoło do sufitu :P a potem przytulić się do kocyka i usnąć). A w oczach ma coś takiego, że przypomina mi Łucję z Narni. Zwłaszcza kiedy na głowie ma berecik, to już w ogóle miniaturowa filmowa Łusia jest :)

Starsza trójka dalej się nią fajnie opiekuje, biorą ją na ręce, zabawiają... Dzięki niej mogą się poczuć starsi i odpowiedzialni ;) Wbrew strachowi mam jedynaków (też się obawiałam, co to będzie, przy pierwszym dziecku), dzieci lubią móc się opiekować młodszym rodzeństwem. Oczywiście jeśli nie są przy tym odstawione na boczny tor. Ale staram się dzielić równo uwagę i każdemu poświęcać codziennie trochę czasu "ekstra", tylko dla niego. W końcu każde kocham tak samo mocno i o każde tak samo się martwię... Co ja bym bez nich zrobiła?

Sarulek od pewnego czasu ślini się straszliwie. Ciekawe, kiedy wyjdą pierwsze ząbki? (zębowe never ending story, jednym rosną, innym wypadają...). I kiedy zacznie siadać... Silna jest. Pewnie na Boże Narodzenie już ją posadzimy na krzesełku przy stole i będzie próbowała niektórych potraw. Nie mogę się doczekać :)

A teraz co? Chłopaki w przedszkolu, niedługo wrócą. Pewnie rzucą plecakami i zaczną grać w piłkę w swoim pokoju, ostatnio ciągle rozgrywają mecze między sobą. Ela bawi się z synkiem znajomych, który chwilowo u nas pomieszkuje (jego brat w szpitalu z mamą i do piątku mam pięcioro dzieci na stanie). Coraz więcej mówi skubana, już wiem czemu taka trudna we wrześniu była - kolejny skok... Powtarza wszystko jak papuga, nawet słowa zasłyszane podczas czytania książki o piratach (czytaliśmy Wyspę Skarbów i teraz Ela chodzi po domu wykrzykując "Talal, talal!" [talar]). Oby do weekendu, zostawimy domek i wyskoczymy pociągiem do dziadków. Przyda się trochę odmiany i odpoczynku, ostatnio dużo się dzieje (zresztą kiedy u nas dzieje się mało?...).

Na koniec zdjęcia Saruni z zeszłego miesiąca, czyli: piękne oczy, piękne stópki i piękny uśmiech ;)

A do porównania - podobne do pierwszego zdjęcie Gabrysia. Btw czytam tamtą odległą w czasie notkę i się śmieję - dziś też miałam fazę na tosty z kawą :) I w ogóle większość rzeczy napisałabym tak samo - a niby tyle się zmieniło... Trochę tylko spokojniejsza jestem i tyle, kierunek ten sam. Zwłaszcza odkąd są Krzysiek i dzieci. No i - haha, teraz widzę! - wspomniane tam mecze już się rozgrywają. W naszym domu, którego wtedy nie znałam. Z naszym drugim synkiem, o którym już wtedy marzyłam, choć urodził się dwa lata później. Pan Bóg to wszystko prowadzi najlepiej.

wtorek, 11 października 2016

Karmelowa zaduma.

Jesiennie już i - niestety - deszczowo i szaro. A tak liczyłam na schodzenie do zimy powoli, w złocie i szkarłacie, przy względnie ciepłych temperaturach. Nic z tego. No ale dopóki mam w domu kawę z mlekiem i jakimś syropem, nic mnie nie załamie :P

Dziś od rana do wieczora na zmianę zbożowa i cappuccino z karmelem. To ostatnie to, jak stwierdziłam po paru łykach, prawdziwy zakonny mezalians (bo kapucyni i karmelici w jednym kubku). Ale bardzo smaczny. Misja i mistyka z pianką.

I tak dzięki temu kubkowi przypomniało mi się "cyckanie karmelu" w wydaniu Białoszewskiego. I to, jak dziewięć lat temu dostałam temat pracy magisterskiej, w której miałam porównać twórczość wyżej wymienionego i św. Jana od Krzyża. Zgodziłam się... Zastanawiając się w duchu, kim, do cholery, jest św. Jan od Krzyża. 

Przypadków nie ma, Pan Bóg ma zabawne metody wychowywania i kształcenia. Magisterkę napisałam, obroniłam i więcej do niej nie wracam. Ale do Karmelu myślami - często. Od tamtej pory uwielbiam św. Jana, obie Teresy :) no i oczywiście proroka Eliasza (nawet czytałam o nim ostatnio książkę Bruno Secondina "Droga Eliasza", ale jakoś nie zachwyciła - za dużo męskich rozkmin, za mało intuicji, mam wrażenie że autor zna jakiegoś innego Eliasza niż ja). Efekt domina, jak już się zachwycę jednym klockiem, to ten zaraz mnie prowadzi do drugiego. I tak Eliasz zaprowadził mnie na Górę Tabor, do sceny Przemienienia. O której ostatnio słyszę zbyt często, by o niej nie myśleć. I o tym, że ostatecznie, wszyscy kiedyś będziemy przemienieni (no, może poza tymi, którzy nie będą chcieli). Nowi. Szczęśliwi. Na zawsze z Bogiem.

Tak swoją drogą to naprawdę zabawne, jak Pan Bóg prowadzi. Tak to zorganizował, że mogę się nim coraz bardziej zachwycać. Ja, która jeszcze niedawno nie miałam o niczym pojęcia. Na pytanie na pierwszym roku studiów: "Za jakim miastem tęsknili Żydzi?" po długiej chwili milczenia odpowiedziałam, strzelając: "Yyyy... Jerozolimą?". Teraz jak sobie to przypomnę, to śmiać mi się chce. Tak po ludzku patrząc, to Bóg powinien mnie przekreślić i zająć się "swoimi" ludźmi - jakąś oazą, teologami... A on uparcie idzie też właśnie do takich debili, jak ja. Do nałogowców, nieudaczników, oszustów. Zatwardziałych realistów, którzy próbują wszystko zrobić swoim rozumkiem, a religii do szczęścia nie potrzebują. I boją się, że ktoś ich uzna za "nawiedzonych" (cała ja, jeszcze trochę religijna mogłam być, byle nie za bardzo! i nie przy ludziach, bo to obciach i dewocja, od tego antenka na berecie rośnie).

Jeszcze kilka lat wcześniej, przed strzałem o Jerozolimie, będąc na wakacjach w Beskidzie Sądeckim, znalazłam na drodze piękny różaniec. Taki złotawy, błyszczał w słońcu. Pamiętam, że znajoma powiedziała wtedy, że pewnie świętą zostanę. A ja się ucieszyłam - choć to był czas, kiedy nie chodziłam w ogóle do kościoła, nie przyjmowałam Pana Jezusa, do spowiedzi chodziłam może raz w roku, jak nie rzadziej. Tylko modliłam się codziennie wieczorami, z przyzwyczajenia. Teraz się zastanawiam, czy to przyzwyczajenie mnie nie uratowało. Kiedy się jest przyzwyczajonym do oddychania, łatwiej wrócić do życia. 

Niemniej to wszystko dobrze pokazuje, że najważniejsza jest chęć bycia z Bogiem. Choćby się nie wiem jak daleko było od niego i zazdrościło innym, że "mają taką wspaniałą wiarę, nie to, co ja" (albo nie zazdrościło, tylko uważało wierzących za naiwniaków) - zawsze jest odpowiedni czas, żeby do Niego wrócić. Tu nie trzeba wielkich słów i dzikich wyrzeczeń. Wystarczy jedno zdanie: "Chcę być z Tobą, ale nie wiem jak, pomóż". On już zadba, żeby wszystko się ułożyło. I da taką radość i pokój w sercu , o jakich się nie śniło. Tego nie warto odkładać na później. Teraz jest dobry moment.

sobota, 1 października 2016

Wycinki życiodajne.

Na początku proszę o zajrzenie do Dominika Młynkowiaka i parę słów otuchy, choćby w komentarzu. I modlitwę. Czasem nie można zrobić wiele, trudno nawet mówić. Ale dobrze jest być razem, wtedy mniej boli....

Teraz trochę o Józiu. Zapraszam do czytania i wrzucam fragment.

– Mój syn naprawdę niewiele mówi. Wypowiada proste słowa, krótkie zdania opowiada Ola. Kiedyś w czasie spotkania wspólnoty wziął do ręki mikrofon i zaczął „nauczać”. Po swojemu. Grupa usłyszała dwa słowa, które nieustannie wracały w tej opowieści: „krew” i „łaska”. Ludzie byli bardzo poruszeni. Mówili potem świadectwa, że te słowa ukazały im kwintesencję chrześcijaństwa: zostaliśmy zbawieni dzięki łasce przez krew Jezusa. Józio intuicyjnie wyczuwa to, co się we mnie dzieje. Kiedyś byłam bardzo smutna. Przytłoczyły mnie trudności życia codziennego. Stałam w kuchni, coś przygotowywałam. I wtedy wszedł Józio, wyciągnął swą małą zabawkową gitarkę i powiedział: „Mamo, uwielbiamy!”. Zaczął brzdąkać i po swojemu śpiewać pieśń, w której wyraźnie przewijały się dwa słowa: „Hava nagila”. Więc śpiewaliśmy „Hava nagila”. Przez dwadzieścia minut. Wzięłam tamburyno. Zostawiłam za sobą smutek. Zmieniła się atmosfera. Wiedziałam, że przez niego mówił Bóg.

 Kilka słów o Matce Teresie i kolejny cytat, który chciałabym zapamiętać:

– Jak Siostra sądzi, dlaczego nie mieliśmy jeszcze w Białym Domu kobiety jako prezydenta? – zapytała 
Hillary Clinton. Matka Teresa 
nie podniosła głowy znad lunchu. 
– Bo pewnie
 ją Pani abortowała 
 – odparła.

 W przemówieniu przed Norweskim Komitetem Noblowskim w 1979 r. albańska zakonnica stwierdziła, że to właśnie pozbawianie życia nienarodzonych jest największym zagrożeniem dla pokoju na świecie. – Wielu ludzi bardzo martwi się o dzieci z Indii, dzieci z Afryki, gdzie wiele ich umiera wskutek niedożywienia, głodu i tak dalej, ale miliony dzieci umierają zabijane celowo, z woli matek – tłumaczyła. – Dlatego właśnie aborcja jest największym niszczycielem pokoju. Bo przecież jeśli matka może zabić własne dziecko, czymże jest dla mnie zabić ciebie, a dla ciebie – zabić mnie? Nic już nie stoi nam na przeszkodzie.
Zamiast mówić o wyzyskiwaczach, którzy powodują biedę krajów Trzeciego Świata, założycielka Misjonarek Miłości krytykowała kraje wprowadzające aborcyjne ustawodawstwo. – Dla mnie te narody, które zalegalizowały aborcję, są najbiedniejsze ze wszystkich. Boją się małych dzieci, lękają się jeszcze nienarodzonych. I dziecko musi ginąć, dlatego że go nie chcą – ani jednego dziecka więcej – i dziecko musi umrzeć. Błagam was w imieniu tego dziecka: uratuj nienarodzone dziecko, rozpoznaj w nim obecność Chrystusa!

Kocham Matkę Teresę :)

I tekst "Roosevelt wiecznie żywy". Bardzo na czasie.

W sumie to tyle. O nas pisać mi się dziś nie chce. Piękny weekend mamy, dobrze nabrać sił i od poniedziałku znów wrócić do pracy. W ten poniedziałek nie chcę brać L4.

Dobrze mieć przy sobie dużo ukochanych ludzi...

czwartek, 29 września 2016

O aniołach, chorobach i książkach czyli koniec września.

Dziś dzień archaniołów. Czyli biba u nas :) Czekam, kiedy Rafałek wróci z przedszkola, to chłopaki dostaną imieninowe prezenty. 

A tutaj fajny tekst o aniołach. Dobrze, że są... Ich obecność dodaje otuchy. I dobrze wiedzieć, że choć niewidzialni, to są obok i walczą o nas. I są tak totalnie przezroczyści, żeby nie zasłaniać sobą Boga. A ich imiona, jak to ujął bodajże Jakimowicz, są komplementami szybującymi w stronę Najwyższego. To dobry wzór dla nas.

Co poza tym... Gabryś dalej w domu. Z głupiego przeziębienia się zrobiło zapalenie płuc, jak nigdy. Antybiotyk i długie siedzenie w domu. Teraz niby może wychodzić na małe spacery, ale dalej kaszle więc mam trochę schiza, żeby znowu nie wróciło. Pff...

Pogoda taka,  że prawie wszyscy albo wychodzą z przeziębienia, albo chorują, albo właśnie zaczynają się źle czuć :P Mnie też zmogło na parę dni i dziś wprawdzie katar wreszcie sobie poszedł, ale za to sił brakuje na wszystko. Dawno nie czułam takiej niechęci, patrząc na górę wypranych ubrań, które trzeba było ułożyć do szafek. Do tego odkurzanie (święto lasu, jeśli tylko raz dziennie), mycie zalanej kawą podłogi, sprzątanie okruchów, resztek jedzenia, zmienianie pieluch i inne urocze czynności, które normalnie mnie nie drażnią, ale dziś jestem bliska wybuchu. Upierdliwe to wszystko i tyle, mam ochotę wziąć sobie L4 od rodziny i wyjechać na Hawaje.

W te dni przymusowego tkwienia w domu ratują mnie książki. Właśnie kończę ostatnią część "Świata Dysku" Pratchetta - "Para w ruch". I żal mi, że więcej nie będzie... Autor zmarł w zeszłym roku. Większość jego książek przeczytałam po kilka razy.

Czeka na mnie kupiony na promocji album "Blondynka na Orinoko" Beaty Pawlikowskiej. Wolę czytać Cejrowskiego, ale zawsze to lekkie opowieści i piękne zdjęcia Ameryki Południowej. Czytając robi się cieplej.

I wczoraj kupiłam "Jak w niebie" Marca Levy'ego. Za cholerę nie wiem, co to, ale czasem kupuję w ciemno, bo mnie coś tknie. Najwyżej będzie do wyrzucenia :P

Choć jedyne książki, jakie byłabym w stanie wyrzucić bez wyrzutów sumienia na śmietnik, to "powieści" Katarzyny Michalak. W dodatku drukowane tak, że nie mogą się przydać nawet jako papier toaletowy.

Apropos czytania jeszcze, chciałam polecić fajną stronkę, bloga właściwie. Choć mam wrażenie, że to więcej niż blog. Dla mnie osobiście to inspiracja i źródło spokoju i piękna. Rodzina (i)lustrowana. Urzekło mnie to, że małżonkowie po wielu latach małżeństwa, mając ósemkę dzieci, mogą pisać razem tak, jak gdyby niedawno się poznali i dopiero odkrywali. Rozumiem ich, ale fajnie czytać też coś takiego u innych.

Ok dzieci wzywają, trza mi kończyć. Koła w ruch...

środa, 21 września 2016

Pewnego dnia, gdzieś na osiedlowym skwerku...

Nie pamiętam już, który to był rok. 2006? Naprawdę nie wiem. Na pewno przed 2007, bo nie znałam jeszcze wtedy Krzyśka. To był jeszcze ten czas, kiedy byłam samotna, zakompleksiona i sfrustrowana. I bardzo bałam się ludzi, a jeśli już musiałam się z kimś spotkać, to niewiele się odzywałam (teraz to nadrabiam swoim cholernym gadulstwem :P).

W każdym razie byłam u jakiś znajomych mojej przyjaciółki Alnilam - tej, z którą kiedyś wspólnie pisałam bloga Myśli Ze Szlaku, starzy bywalcy jeszcze pamiętają. Był tam też staruszek chyba po dziewięćdziesiątce, zakonnik. Dominikanin. Siedział w fotelu, twarz przypominała dobrodusznego mi żółwika (teraz jak oglądam Kung Fu Pandę to mistrz żółw z pierwszej części, jak znalazł...). I chociaż bałam się i czułam się skrępowana, to było w nim coś oswajającego, dobrego. Poszliśmy nawet we trójkę na powolny spacerek dookoła osiedlowego skwerku. I chociaż teoretycznie to my opiekowałyśmy się nim, wychodziło jakby na odwrót. To on na ten czas zajął się nami. I nawet kiedy jakieś chłystki zaczęło się z nas podśmiewać, że zamiast z chłopakami chodzimy ze starszym panem, to on to jakimś cudem zauważył i zmienił kurs, żebyśmy nie musiały obok nich przechodzić. Pamiętam, że lubił Tolkiena (na ten temat mogłam rozmawiać wtedy mimo lęku, zakochana po uszy we Frodzie ;)). Mówił z ogromnym szacunkiem o Galadriel i porównywał ją do Matki Bożej. A Lothlorien do Częstochowy. Dziś widzę, że to wyjątkowo trafne porównanie.

Potem już się nie spotkaliśmy. Ja z czasem dowiedziałam się, kto to był. A w 2010 usłyszałam, że przeszedł na drugi brzeg. Niedawno dowiedziałam się, że kilka minut przed śmiercią w duchu posłuszeństwa poprosił swojego przełożonego o zgodę na odejście. A zaraz potem odszedł do Boga. Niektóre przejścia są takie płynne, naturalne...

Tak naprawdę poznaję go bliżej dopiero teraz. Obawiam się, że jak już będę też po drugiej stronie, to nasza rozmowa będzie dłuższa. Ale to jedna z tych osób, z którymi mam zamiar siedzieć pod gwiazdami przy ognisku (no plisss, nie wyobrażam sobie innego nieba), pić coś niedozwolonego i gadać. Jak Józek Tischner czy Jan Paweł II. Carmen Hernandez. Franciszek Macharski (czuję, że jego nie namówię na coś niedozwolonego). Jerzy Popiełuszko. Moja ciocia Magdalena, która oficjalnie świętą nie zostanie, ale wystarczy, że ja wiem, że nią jest. I że to między innymi dzięki niej mogłam się zakochać w Panu Bogu, a nie olać go i iść w inną stronę.

Właśnie niedawno przeczytałam książkę ""Kobieta. Boska tejemnica" ojca Badeniego. Cud, miód i orzeszki, polecam bardzo! Tak pięknie o kobietach to pisał chyba tylko Jan Paweł II. Niby już czuję się wartościowa i piękna jako kobieta, nie muszę non stop udowadniać, że nie jestem gorsza od faceta. Ale jednak w tej książce było coś, po czym poczułam się naprawdę wyjątkowa. Przez tą książkę Bóg może powiedzieć każdej dziewczynie, jaka jest ważna i niepowtarzalna.

Niedługo potem z ciekawości sięgnęłam po inna książkę o kobietach, w dodatku pisaną przez kobietę - "Kobiety w Biblii. Nowy Testament" E.Adamiak. Lubię rozkminy nad Pismem Świętym i fascynują mnie pojawiające się tam postaci kobiece, ale ta książka bardzo mnie rozczarowała. To tak dla kontrastu z Badenim. Tam - zachwyt nad kobietą. Tu - udowadnianie (nieudolnie prowadzone), że kobieta w zasadzie nie jest taka zła, nie jest gorsza od faceta. Taka pseudofeministyczna gadka pełna kompleksów. Dawno czegoś takiego nie czytałam. Dałam do spróbowana Krzyśkowi i też się zdziwił, że takie "błyskotliwe" wnioski można wyciągnąć z Biblii.

Wychodzi na to, że moimi ulubionymi feministkami są Jan Paweł II i ojciec Joachim Badeni. Charming...

Whatever, teraz czytam "Uwierzcie w koniec świata" Badeniego, piękne i mocne. Też polecam. O Paruzji. Myśl o Paruzji (że kiedyś będzie i że jest pewna) zawsze napełniała mnie spokojem i nadzieją. Teraz też czytam i oddycham spokojniej, choć na okładce jest ostrzeżenie, że ta książka nie uspokaja. Może ja jakaś dziwna jestem? Ale dobrze, że kiedyś pan Jezus przyjdzie na zawsze i skończy się ta cała walka. Opis końca świata w Narni z jednej strony jest dla mnie smutny, a z drugiej daje ogromną radość - zwłaszcza ten opis świata po drugiej stronie drzwi. Tu będzie podobnie, tylko jeszcze piękniej. Nieraz wyobrażam sobie, że jestem już tam i biegnę razem z bliskimi po kwiecistej łące ile sił w nogach (to bieganie to będzie dla mnie - astmatyczki - też atrakcja!) w stronę Boga. Tęsknię za niebem jak cholera. Ale nie tylko ja. Ostatnio przy wieczornej modlitwie Rafałek często pyta: "Mamoooo, kiedy my już pójdziemy do nieba? Ja nie wytrzymam..." Rozumiem go (a jeśli chodzi o teksty Rafałka, to ostatnio rozwalił mnie w tramwaju pytając na cały głos i patrząc na mnie z zachwytem: "Mamooo, prawda, że jesteś piękna?". No nie zaprzeczyłam :)). W dzieciach jest jakaś naturalna tęsknota za tym, co dobre. Pamiętam że też ją miałam jako dziecko.

No i w temacie książek jeszcze na koniec polecam tą, która ma - jak dla mnie - najpiękniejszą okładkę na świecie. Ciemne niebo pełne gwiazd, widziane z takiej perspektywy, jakby się leżało na łące, są nawet  źdźbła traw. Rewelacja. "Zobaczyć Boga".

I jeszcze kilka innych na półce czeka w kolejce... Czytam za zmianę z ulubionymi przygodówkami. Dobrze mieć przeładowaną biblioteczkę w domu.

piątek, 16 września 2016

Czym podbić mamę. O tym, jak dobrze być razem.

Nooo... Mija kolejny tydzień września i ten był o wiele przyjemniejszy od poprzedniego. A teraz napiszę dlaczego i wrażliwych proszę o trzymanie przy sobie soli trzeźwiących. Zaczęło się od tego,  że w poprzedni weekend Rafałek bawiąc się po eucharystii pod kościołem w berka przewrócił się na buzię i wyglądał jak w jakimś filmie grozy. Połowa twarzy zalana krwią, młody ryczy, przemywanie rozległej (ale niegroźnej) rany do przyjemnych nie należało. Dobrze, że już przywykłam do takich widoków i nie straciłam zimnej krwi, tylko zaprowadziłam go do łazienki i umyłam, a potem w domu opatrzyłam. Musiało go bardzo boleć, no ale Rafałek to Rafałek... Następnego dnia, kiedy zapytałam, jak się czuje, rzucił dziarsko: "Oj tam, już czuję, jak mi niektóre rany zniknęły!". Hmm...  Co tam, że czoło i policzek całe w strupach :) 

(tak dla kontrastu: nieco wcześniej jego starszy brat przeżywał pół dnia, że został ugryziony w rękę przez konika polnego i wzburzony pokazywał wszystkim niewidoczną ranę... no cóż, chłopcy różni są i tyle)

Tym sposobem w poniedziałek do przedszkola poszedł tylko Gabryś, a ja zostałam w domu z pozostałą trójką. Szczerze - była to mega ulga :) Ela zachwycona, ja też. Bawiliśmy się razem, czytaliśmy książki, potem miałam czas dla siebie (i domu), a oni wariowali razem i było znowu wesoło. We wtorek już Rafałek poszedł do przedszkola, ale w środę wieczorem Gabrysia gdzieś przewiało na całego, bo teraz kaszle jak gruźlik. Drugą część tygodnia byliśmy więc znowu w powiększonym, choć innym składzie.

A teraz się zastanawiam, czy jestem uzależniona od dużej ilości dzieci, skoro taką przyjemność mi sprawia przebywanie z nimi? I to cały czas? I czy to normalne, że już mam przygotowane imiona dla ewentualnego przyszłego synka i córeczki? I że gdybym ich miała nie mieć, to bardzo bym z tego powodu cierpiała?

Jednocześnie nie mam zamiaru zamienić się w taką żonę jak na starych obrazkach amerykańskich, w różowym fartuszku (i papilotach?), z jeszcze ciepłym ciastem w rękach, w lśniącej kuchni. Mam zamiar zostać sobą. I już kombinuję, jak urwać się do kina na trzecią część "Bridget Jones" - dla odmiany sama lub z przyjaciółką (zwykle chodzimy z Krzyśkiem, ale czasem trzeba zaszaleć).

Ale jednak to fajnie być mamą i odkrywać coraz bardziej, jak się to lubi. I jak dobrze być z własnymi dziećmi. A  żeby miały nas z Krzyśkiem czasem tylko dla siebie, to przy byle okazji robimy wypady takie tylko z jednym dzieckiem. Nawet zakupy są wtedy czymś wyjątkowym i okazją do ciekawych rozmów, trochę innych niż te w większym gronie. No lubię to wszystko i już. Najbardziej w ciągu dnia mnie wzruszają: śmiech Sary, buziaczki Eli, uściski Rafałka i teksty Gabrysia w stylu "Jesteś najlepszą mamusią na świecie!". Każdy ma coś innego, czym podbija moje (i tak dawno podbite) serce.

A poza tym co... Dzień za dniem mija błyskawicznie. Ja staram się nie dawać przedjesiennej depresji (mniej światła i spadające liście automatycznie budzą we mnie uczucie smutku) i szukam pozytywów, których w sumie nie brakuje. W wolnych chwilach czytam "W pogoni za rozumiem" i chichoczę jak nastolatka (którą byłam, gdy o Bridget czytałam po raz pierwszy i robiło mi się gorąco na widok Colina Firtha w filmie), ku zdziwieniu Gabrysia, który dopytuje, z czego się śmieję. Ale tego na razie nie mogę mu wyjawić. Może za kilkanaście lat :P I piję litrami karmelową zbożówkę z mlekiem (razem z Rafałkiem i Elą, Gabryś jak tata prosi o wodę). I cieszę z tego, co nam Pan Bóg daje. A daje dużo.

niedziela, 11 września 2016

Na wrześniową nutę.

Jeśli myślałam, że będę mieć więcej czasu, gdy chłopcy pójdą do przedszkola, to byłam w błędzie... Półtora tygodnia zleciało jak z bicza strzelił. Pewnie ani się obejrzę, a zrobi się zima.

Póki co mamy piękną końcówkę lata. Dziś upał był taki, że dopiero po południu wyszliśmy na spacer. Na lody. Mimozy kwitną i pachną jak złoty miód, świerszcze grają w trawach. Będzie mi brakować tych zapachów i odgłosów, kiedy wszystko zrobi się szare i gołe. I cieeeepłaaaaa...

Co poza tym. Zalałam sobie laptopa herbatą z sokiem malinowym (uroczo się kleił) i teraz piszę na jakimś starym sprzęcie, który nie zawsze chce działać (np. czasem nie mogę pisać komentarzy pod tekstem). Laptop czeka na naprawę. Ale w sumie to dobrze, że go nie ma, bo czasu na kawkę przed kompem też brak. 

Ela bardzo przeżywa brak chłopców w tygodniu i potrafi wymyślać takie numery, że muszę na nią uważać. Już więcej wolnego czasu miałam w wakacje, kiedy bawili się wszyscy razem, a ja mogłam siedzieć obok i czytać książkę. Teraz muszę czytać Eli, albo wymyślać jakieś zabawy ciągle. Kurcze, jak sobie radzą mamy jedynaków? Masakra jakaś. Coś mi się wydaje, że za rok Ela wypruje do przedszkola równie ochoczo jak Rafałek. W sumie to mogłabym ją puścić już teraz, ale... moim zdaniem miejsce takich maluchów jest jeszcze w domu. Na integrację przyjdzie czas (całe życie...). A dzieciństwo i domowe ciepełko jest bezcenne.

Pod poprzednim tekstem pojawiło się pytanie, czy nie schizowałam się, że czteroletnie dziecko się zacina. Hmm... no, nie. Nie dlatego że mam jakąś olewkę, tylko dlatego, że podobny etap miał wcześniej Gabryś. Próbował powiedzieć tyle rzeczy na raz, że z wrażenia się jąkał. Po jakimś czasie mu samo przeszło. A ja się cieszyłam, że zamiast fundować mu traumę i ganiać po lekarzach, poczekałam cierpliwie. Pewnie że się martwię kiedy komuś się coś dzieje, ale czasem zamiast panikować lepiej obserwować i czekać (oczywiście nie zawsze :P). Rafałek na wiosnę zacinał się straszliwie, bo też próbował opowiadać różne historie i brakowało mu słów, albo chciał powiedzieć wszystko na raz. Wystarczyło kilka miesięcy i sam zaskoczył, jak mówić bez jąkania. A co do wyraźnego mówienia, to za jakiś czas wrócimy do wizyt u logopedy, bo dzieci je lubią :) Bardzo pomogły Gabrysiowi, więc teraz czas na młodszego. A panią mamy bardzo fajną ,z dobrym i spokojnym podejściem do dzieci. Też bez żadnego ciśnienia, że dziecko ma od razu mówić wszystko idealnie.

Sara dziś skończyła trzy miesiące. Śliczna z niej niebieskooka kluseczka :)) Właśnie mamrocze coś w łóżku i pewnie zaraz będę musiała do niej iść. Generalnie jest bardzo spokojna i pogodna. I mogę z nią zrobić to, co z żadnym dzieckiem do tej pory się nie udawało - po nakarmieniu odłożyć do łóżeczka i zająć się innymi rzeczami. Zasypia zazwyczaj sama. No niesamowite normalnie, chyba czuje że musi się czasem zająć sobą, bo inaczej nie ogarnę :P Nie to, co poprzednie trzy wyjce. A najbardziej zapadł mi w pamięć Rafałek, może dlatego, że dopiero się uczyłam robić wszystko jedną ręką, bo musiałam się zająć dwójką. Przy Eli jakoś nie było to już takie trudne. Teraz to już w ogóle pikuś. Szkoda tylko, że się tego nie wie, kiedy się ma jedno czy dwójkę, że potem jest łatwiej. Można się przestraszyć i przegapić okazję do lajtowego rodzicielstwa, nie poszerzając rodziny.

Dobra kończę, bo mi ciepło i nawet mi się pisać nie chce... Tylko chciałam dać znać niektórym, że żyję. Chociaż coraz bardziej mi melancholijnie, kiedy patrzę na opadające liście (cholerne bezwstydne topole...).

Zostaje cieszyć się resztką lata. A potem grzać tym ciepłem, które generujemy w domu pełnym dzieci i drobiazgów. Swoją drogą po ostatnich zmianach i remontach domek wygląda naprawę fajnie. Jest jasno i kolorowo. Warto było czekać :)

środa, 31 sierpnia 2016

Ostatni dzień sierpnia...

Nigdy nie sądziłam, że jako dorosły człowiek będę się złościć pod koniec sierpnia, że wakacje się kończą...

A jednak :)

Od jutra znowu poranne wstawanie. I chociaż potem będę mieć więcej czasu dla dziewczynek, a chłopcy już się cieszą na spotkanie i zabawy z kolegami, to jednak żal... Żal wspólnych słonecznych dni, wylegiwanie się w łóżku aż do godziny ósmej (hehe), powolnego rytmu życia i tego, że mogliśmy robić, na co mieliśmy ochotę. Wprawdzie słońce grzeje jeszcze mocno i świerszcze za oknem wieczorami dają radę, to jednak w powietrzu czuć już pierwsze słodkawe zapachy jesieni. Nie mówiąc o tym, że kasztany w okolicy zrobiły się rude, a topole już w połowie wyłysiały. Tym to się spieszy, ech...

Nic to, plecaczki świeże, pachnące i spakowane czekają na jutro :) A my w codziennym kołowrotku zaczniemy powoli odliczać do następnego lata i kolejnych wakacji, jak zwykle. Ciekawe, jacy będziemy za te dziesięć miesięcy... Bo już po dwóch letnich widać ogromną zmianę w dzieciach - jak urośli i ile się nauczyli przez ten czas.

Gabrysiowi rośnie pierwszy stały ząb, od jutra idzie do zerówki i jakoś tak zmężniał przez ten czas. Rafał mówi coraz więcej i wyraźniej (jeszcze niedawno bardzo się zacinał), zaczyna mnie zaskakiwać różnymi celnymi uwagami. Ela powtarza nowe słowa, pomaga mi gorliwie w sprzątaniu i bardzo rozwija się jako mała, opiekuńcza kobietka. A Sara oczywiście gna najbardziej, rośnie w oczach jak słodkie drożdżowe ciasteczko :) Ostatnio zaczęła chichotać i teraz kiedy tylko mówię coś wesołym tonem, to ona też się śmieje, ku uciesze pozostałej trójki.

Właśnie tak:

środa, 24 sierpnia 2016

Żadnej pracy się nie boję! Wpis pachnący farbą.

Coś tu cicho i czasu na pisanie brak. Jako że od końca ostatniego remontu minęły aż dwa miesiące (no, jeszcze parę drobiazgów do łazienki trza dokupić, ale to już szczegół), zatęskniliśmy za zmianami :P i działamy... Pokój dzieci nie do poznania, stara farba zdrapana, położone nowe kolory. Do tego nowe meble i nowe zasłony (z Asterixem <3). Wszystko w tonacji morsko-zielonej, z jasnymi dodatkami. Siadam w wolnych chwilach (a tyyyyle ich mam!) z kubkiem kawy i podziwiam.

Do tego co jakiś czas dokupujemy wspomniane gadżety do naszej pięknej łazienki (matko jak po całym dniu dodaje kopa ciepły prysznic z dodatkiem jakiegoś słodko pachnącego żelu...). A jak już szaleć, to szaleć - w kuchni też przybyły nowe ozdóbki w moim ukochanym stylu... Nie ma jak dobry wiejski decoupage. No i kinkiet z taką elfową zawieszką. Na piątek mam w planach odmalowanie mebli i boazerii w przedpokoju na jakiś jasny kolor, żeby też wyglądało czysto, a jednocześnie jak w wiejskiej chałupie. Starsza trójka wybywa z dziadkami na wycieczkę, więc mogę szaleć. Dobrze, że Sara to grzeczne dziecko i pozwala mi na takie atrakcje.

Kurcze no... uwielbiam malować. Nawet ściany :D Kiedy walczyłam z pędzlem w pokoju dzieci, cała w brudzie, kurzu i z farbą ściekającą po ręce, byłam naprawdę szczęśliwa. I czułam się jak Penelope Cruz w "Vicky Cristina Barcelona" (scena w pracowni rządzi). Malowanie to coś, do czego chciałabym kiedyś wrócić. Na razie wyżywam się pisząc (póki co bloga, ale w głowie od dawna kołacze się myśl o książce), gdzieś tą wrażliwość trzeba wylać. Ale pewnego dnia... :P Marzy mi się kurs pisania ikon, w sumie to by mi chyba najbardziej odpowiadało. No cóż, dzieci kiedyś dorosną i nie będą mnie potrzebować. Wtedy moje niespełnione plany i marzenia będą jak znalazł. A jeśli nie uda mi się ich zrealizować - to i tak jakoś znajdę sposób, żeby być szczęśliwą. Howgh!