wtorek, 26 kwietnia 2016

Trudne sprawy i nadzieja.

Wtorek wieczorem. Wszyscy już śpią, ja jeszcze staram się wyżebrać trochę czasu tylko dla siebie, kosztem snu... Ale dobrze jest móc usłyszeć swoje własne myśli. Ostatnio różnie z tym bywa.

Dziwny czas dla mnie. Zderzam się z trudnymi historiami, czytam trudne książki... Nie wiem, czemu teraz. Ale pomagają. Mnie teraz też nie jest łatwo, a dzięki tym wszystkim słowom dociera do mnie, że Bóg jest bliżej właśnie wtedy, kiedy jest pod górkę. I kiedy ryczymy, że już nie mamy siły, to on nas niesie na rękach.

Ale za to w sobotę - tu dygresja :) - odstawiliśmy całą trójcę do dziadków i pojechaliśmy na ślub, a potem szaleliśmy na weselu znajomych. Nawet nie sądziłam, że tak można wywijać w ósmym miesiącu ciąży, z takim brzuchem. Zwykle to już był czas uważania na siebie. A tu nagle luzik, dużo dobrego jedzenia i podrygi do całkiem szybkich kawałków. Dobrze jest czasem pobyć tylko we dwoje... No i fajnie, że się udało, bo jak się maluszek urodzi to tak przez rok ciężko będzie wywalczyć taki wieczór. Dopiero roczne, najlepiej odstawione już od piersi dziecko umiem zostawiać bez schizów i zastanawiania się, co tam porabia i czy nie płacze.

No i tak... Z tymi trudnymi historiami... Przeczytałam książkę Bóg dał mi kopa w górę - wywiad z Urszulą Melą. Przejechała po mnie jak kombajn na sterydach, a potem długo składałam się z powrotem. W takim pozytywnym sensie, choć łatwo nie było. Kobieta z trochę podobnym doświadczeniem wiary i podobnym charakterem, której przydarzyło się dokładnie to, czego najbardziej się boję (zwłaszcza utonięcie siedmioletniego synka, śniło mi się potem w nocy). No ciężko było być obojętną i nie ryczeć (zasmarkałam cały sweter Eli, która akurat przyszła się przytulić) podczas czytania. A najpiękniejsze, że po tym wszystkim konkluzja była jakby jedna - Bóg cały czas był przy mnie, jestem szczęśliwa. I to daje o wiele większą siłę i nadzieję, niż słodkie pitolenie czy dywagacje o tym, co by mogło być, gdyby... Poruszyło mnie też to, w jaki sposób kobieta wychowana poza Kościołem nagle spotkała Boga - bo podobnie było u mnie. Tu fragment innego wywiadu:

Otaczał mnie tłumek od rana do wieczora opowiadający: „Bóg kocha. Przytula. Otula”. Wysiadałam nerwowo. Myślałam: „Wierzę, że kocha. Szkoda tylko, że nie mnie. Nie nadaję się do tego biznesu. Od samego dzieciństwa jestem obok. Jestem zła, głupia, do wywalenia. Mój podstawowy problem brzmi: czy ja w ogóle mam prawo być? Z czym do ludzi... Ich kocha. Szkoda, że nie jest to moja opowieść”. Zdobyłam się jednak na eksperyment: pomyślałam: „Hm, a może to jednak prawda? Może tam rzeczywiście jest Ktoś, kto patrzy z mnie z ogromną czułością?”. Pomyślałam o tym i… zaczęłam ryczeć. Jak bóbr. Nigdy się tak nie spłakałam.

Inna historia, przeczytana na blogu Agulka - historia 36-letniej Basi, mamy dziewiątki dzieci, która po urodzeniu dziewiątego odeszła do Pana. Dzisiaj był pogrzeb... Ciężko być obojętnym. A jednocześnie jest w tym ogromna nadzieja, bo komu Bóg niby miałby pomagać z całych sił, jak właśnie nie takiej rodzinie? Za jakiś czas ta dziewiątka dzieciaków na pewno będzie mogła powiedzieć, jak bardzo Bóg się nimi opiekował i jakie dziwne rzeczy się działy... A mama też na pewno będzie z nimi, tylko w innej postaci.

I na koniec (choć to, co tu opisuję, to tylko kropla w morzu ostatnich doświadczeń i przemyśleń) polecam wywiad z Marią Halską, mamą siódemki dzieci, w tym niepełnosprawnego Jureczka (gdy miał dwa miesiące zdiagnozowano u niego nowotwór mózgu i nie dawano szans na przeżycie - a jednak Pan Bóg chciał inaczej). Piękne i dające dużo do myślenia. Sama radość, bez masochizmu. Wzrusza mnie zdjęcie rodzinne umieszczone na stronie :) I tam takie perełki, jak:

To, co przydarzyło się z Jurkiem sprawiło, że to już nawet nie jest wiara, ale wiedza, że ten Bóg naprawdę istnieje. Po pobycie Jurka w hospicjum bardzo zmieniło się nasze podejście do życia oraz tego, kto jest dawcą życia i śmierci, kto naprawdę wie, co jest dla nas lepsze. Wcześniej bardzo bałam się śmierci, teraz już tak nie jest. Wiem, że są dusze ludzi, które czekają na nas po śmierci. Naprawdę inaczej się żyje, gdy ma się za sobą tak ciężkie doświadczenia i na jakimś etapie trzeba było pewne rzeczy poddać głębokiej refleksji. Jest łatwiej.

(...) nie przypominam sobie tego uczucia, nie zadawałam sobie pytania, dlaczego ja, przecież miało być inaczej. Oczywiście, że chciałam, żeby było inaczej, marzyłam o tym, żeby Jurek mógł grać w piłkę, normalnie funkcjonować. Ale posiadanie chorego dziecka nie oznacza, że to już koniec, że nic dobrego nas już nie czeka.
Po tym jak Jurek zachorował zaszła pani w ciążę z bliźniakami. Nie bała się pani, że kolejne dzieci mogą urodzić się chore?
Nie, urodziły się, bo najwyraźniej tak miało być. Poza tym mieliśmy z mężem takie poczucie, że skoro do tej pory sobie radziliśmy, i z dziećmi, i z chorym Jurkiem, to ze wszystkim damy sobie radę.

(...) Po doświadczeniach z Jurkiem bardzo zmieniło nam się podejście do życia. Mamy głębokie przekonanie, że to Bóg jest dawcą życia i śmierci. Nie jest tak, że podchodzimy do wszystkiego nieodpowiedzialnie, bardzo zależy nam na tym, aby dzieci wychowywały się w odpowiednich warunkach, chcemy je jakoś zabezpieczyć na przyszłość. Jednocześnie nie mamy takiego podejścia, że dziecko to problem, ciężar. Każde dziecko oprócz tego, że potrzebuje opieki, wraz z przyjściem na świat, przynosi ze sobą bochenek chleba pod pachą. Nie ma się czego bać. A obecnie ludzie żyją w dużym lęku przed potomstwem. Bardzo długo zastanawiają się, czy są na nie gotowi, czy nie odbierze im ono wolności, nie będzie ograniczać albo broń Boże, że urodzi się chore. Oczywiście, że dziecko to jakieś wyrzeczenie, ale też wielka radość.
(...) A pod względem tego, jak radzić sobie z chorobą od strony technicznej, to przede wszystkim dużo rozmawiać z lekarzami, konsultować wyniki badań z różnymi specjalistami, nauczyć się prosić innych o pomoc.
I nie bać się mieć dzieci. Nasza pani ordynator, która nie jest osobą głęboko wierzącą, jest w stanie przez 15 minut przekonywać rodziców chorego dziecka, że ono potrzebuje rodzeństwa, a oni kogoś, na kim będą mogli skupić część swojej uwagi i w ten sposób nie zafiksować się na tym jednym. Jej zdaniem idealnym rozwiązaniem jest trójka. Wtedy naprawdę czuć, że dzieci są w domu. Więc jeżeli ktoś ma jeszcze sprawną wanienkę po pierwszym dziecku, to nawet jeśli nie planuje mieć więcej potomstwa, niech jej na razie nie wyrzuca.

Szczerze mówiąc nic mnie tak nie porusza, jak historie ludzi, którzy teoretycznie znaleźli się pod ścianą, w sytuacji kryzysowej i nagle się okazało, że jest wyjście, że Bóg przeprowadza (podobnie z historiami w Piśmie Świętym, najbardziej lubię te totalnie hardkorowe - typu trzej młodzieńcy w rozpalonym piecu z Księgi Daniela)... Daje mi to ogromną nadzieję i hamuje ten lęk przed przyszłością, jaki gdzieś tam ciągle mam w sercu, odkąd zaczęłam się lata temu zmagać z nerwicą. Rzucanie się w ramiona Boga to jest właśnie to, co najpiękniejsze - nie kalkulowanie, nie plany, tylko dziecięce zaufanie, że On wie lepiej, co dla mnie dobre.

wtorek, 19 kwietnia 2016

Nie tylko o pogodzie.

Nie wiem, czy dotarła już do Was wiosna, ale w Krakowie jest tak :) Zdjęcia zrobił mój tata na jednym ze spacerów, ale takie widoki podziwiamy już właściwie wszędzie.. Pobliski lasek jest całkiem zielony, kasztany mają już liście, owocowe drzewa kwitną... Największa radość o tej porze to oczywiście magnolie. Są secesyjnie obłędne, jak balowa suknie Kopciuszka.

Pogoda jak to w kwietniu - budząc się rano nigdy nie wiem, czy ubiorę letnią sukienkę czy zimową kurtkę. Dawniej mnie ta wiosenna niestałość denerwowała, teraz ją lubię. Chyba przestało mnie przerażać to, co kruche i nietrwałe... Mieliśmy już pierwszą burzę i kilka tęcz (jedną podziwiałam dosłownie po wyjściu z niedzielnej mszy i było to niesamowite wrażenie - zwłaszcza że tego dnia bardzo potrzebowałam, żeby Bóg mnie jakoś przytulił i zapewnił, że jest obok. No to jak zwykle poszedł na całość).

Ja zaczęłam ósmy miesiąc i jestem coraz bardziej senna i ociężała... Nie raz już w ostatniej chwili zmieniałam plany i zamiast gdzieś iść, po prostu kładłam się do łóżka, bo sił brakło. Sama się czuję jak wielki pączek (na plusie na razie tylko 10 kilo, nie jest źle...), który ma pewnego dnia zakwitnąć. Ale przynajmniej do końca maja wypadałoby dotrwać. Już coraz bliżej... Nocne kopniaki są coraz bardziej bolesne i nieprzyjemne.

Ostatnio znowu wysyp pozytywnych informacji o mamach spodziewających się dzieci. Uwielbiam takie wieści! Zwłaszcza że tym razem kilka dotyczy rodzin, gdzie wydawało się, że już się rodzice na życie nie otworzą. A tu przyjęli kolejnego potomka i teraz są szczęśliwi :)

Ela coraz więcej mówi. Długo nie mogła się przełamać i raczej bełkotała coś po swojemu, teraz coraz więcej naśladuje. I zaczęła używać czasowników (przerobionych na swój sposób, ale jednak). Najbardziej podoba mi się dziarskie "cho!" i stanowczy ruch ręką w jej stronę, co oznacza "chodź!" (no, w jej wydaniu, przy tej mimice, raczej "chodźże no!" :P). Zaś denerwujące jest to, że podtyka mi różne rzeczy tuż pod nos z okrzykiem "pa!" ("patrz!"), od którego pękają mi bębenki w uszach. Zabawne w Eli jest to, że z jednej strony jest bardzo dziewczęca i straszna z niej strojnisia, a z drugiej ma w sobie coś z Meridy Walecznej i jest chyba największym ziółkiem z całej trójki.

Rafałek ma ten sam problem, co Gabryś w jego wieku, to znaczy chce powiedzieć za dużo i zaczął się strasznie jąkać i zacinać. Aż muszę go prosić, żeby mówił powoli i wyraźnie, bo się zapowietrza. Mam nadzieję,  że przejdzie mu to samo, tak jak starszemu. No nic, w razie czego na wrzesień jesteśmy umówieni do logopedy (teraz poprosiłam o przerwę, bo już nie mam siły z nimi chodzić). Poza tym zasłynął tym, że nieraz mówi coś wrednego albo głupiego, a na czyjeś oburzenie mówi ze słodkim uśmiechem: "To żarcik taki!". Co ja mówiłam o ziółkach?

W temacie zabawnych tekstów... Wczoraj późnym wieczorem kokosimy się wszyscy w naszej sypialni, zwlekając z położeniem dzieci spać. Gabryś ćwiczy na drążku, Ela i Rafałek przewalają się po nas i po poduszkach, domagając się czytania książeczek. Nagle w radiu słychać "Lambadę" i Krzysiek mówi z nostalgią: "Miałem tyle lat, co Gabryś, kiedy puszczano tą piosenkę...". Pierworodny aż zastygł ze zdziwienia i zapytał: "To jest pierwsza piosenka świata?". Ech, ta mina Krzyśka, kiedy popłakałam się ze śmiechu...

Dla zainteresowanych - "Lambada", piosenka z epoki plejstocenu:

czwartek, 14 kwietnia 2016

Kto chciałby mieć gosposię? :)

Pierwsza przespana noc od hooo hooo i jeszcze trochę... Wczoraj byłam już w takim stanie, że ze zmęczenia trzęsły mi się ręce i robiło słabo. No ale jak się przez tydzień śpi po 4-5 godzin i to z przerwami, to można paść... A ja paść nie mogłam, bo w międzyczasie urodziny Eli były, a potem zajmowanie się rozkaszlanym Rafałkiem (niby przeziębienie, ale kaszel to alergiczny i wredny) i pomysłową Elą, robiącą w domu sajgon. Już się przyzwyczaiłam do wiecznego niedospania (to już prawie 6 lat jak nie sypiam :P), ale to co się działo w ostatnich dniach to przegięcie było jakieś.

No ale wczoraj udało mi się położyć całą trójcę po 19 do łóżek (Krzysiek wrócił późnym wieczorem do domu, jak już wszyscy spali) i wytłumaczyć, że jak zaraz wszyscy nie zasną, to ja padnę... I o dziwo zgodnie zaczęli chrapać niedługo później. A ja przyłożyłam głowę do poduszki i z miejsca film mi się urwał...

W te dni jakoś błądziłam półprzytomnymi myślami w tych czasach, kiedy kobiety-panie domu miały jakąś pomoc i w takich sytuacjach po prostu kładły się do łóżek (bo "globus" :)) albo dzień gorszy), a dziećmi i domem się zajmowały bony i służące...  Fajnie mieć pralkę, odkurzacz, czajnik, piekarnik, zmywarkę (nooo, tego one nie miały, sasasa), ale taka pomoc domowa też by się czasem przydała... Zadowolona pani domu i matka dzieciom w powłóczystej sukni mogłaby siedzieć w fotelu, czytać książkę i pachnieć, od czasu do czasu rozmawiając z dziećmi (jak ja lubię te opisy w książkach Montgomery...), a jakaś gosposia odwalałaby brudną robotę. Echhhh :)))

Swoją drogą to bardzo ciekawe, jak zmieniał się sposób wychowywania i traktowania dzieci. No i to, jak kobieta była traktowana - też (czytając niektóre teksty krew się we mnie burzy i mam ochotę wybiec na ulicę i walczyć o prawa wyborcze i noszenie stanika - po czym sobie przypominam, że już pozamiatane i nie muszę, bo mam). Na przykład takie kobiety z wyższych sfer XIX wieku, które po urodzeniu dzieci się nimi nie zajmowały i nie miały żadnej relacji, tylko oddawały opiekunkom i prowadziły dalej życie towarzyskie, od czasu do czasu co najwyżej pozując z dzieciakami do zdjęć - bo takie dekoracyjne były (koszmar). A z drugiej strony "idealne" amerykańskie housewifes z bodajże połowy XX wieku - takie co to dla siebie nic, wszystko dla męża i dzieci (bleee...).

Idom casy za casami, jak mówią górale...

Ciekawe, jak za ileśtam lat będą postrzegane kobiety naszej epoki?

A TU fajny tekst o tym, jak zmieniały się lalki dziecięce :) Poniższe ilustracje też z tej strony. Jest w nich coś... pięknego.

wtorek, 12 kwietnia 2016

Dwa latka Elusi.


Principessa :)
 I kolejne w tym sezonie dmuchanie świeczek na torcie za nami. Został nam tylko Gabryś ;) W niedzielę świeczkę w kształcie dwójki zdmuchnęła Ela i udało jej się to sprawnie i szybko jak nigdy. Chyba wyczuła moment :) 

Sto lat, Elusiu! Rośnij na mądrą, piękną kobietkę o dobrym serduszku! I pamiętaj, że Pan Bóg Cię kocha, zawsze jest przy Tobie, przytula i prowadzi Cię za rękę...

Dzięki tym urodzinom nasza kolekcja zabawek wzbogaciła się o różne laleczki i książeczki o królewnach - wreszcie mogę się bawić czymś dla siebie ;P Miecze i koparki poszły w odstawkę, rano czytam o Zuzi baletnicy i ustawiam przed lalkami serwis do herbaty. Sasasa. Tylko wieczorami, kiedy chłopcy wracają z przedszkola, zamieniam się znowu w potwora/kapitana Haka/smoka/czarownicę i gonię ich po mieszkaniu, strasząc wypruciem flaków i ugotowaniem w kotle (ta forma zabawy zachwyca ich najbardziej... no i jeszcze łaskotki, kiedy udaje mi się ich dorwać). Ale wcześniej - pełna kultura ;)

Moja mała królewno, jak dobrze, że jesteś z nami... Po trudnej ciąży, kiedy lekarze przez kilka miesięcy straszyli Twoją rzekomą chorobą i chcieli wymóc badania, które mogłyby ci zaszkodzić... I mówili, że lepiej się upewnić co do choroby, bo lepiej w razie czego wcześniej usunąć problem... To straszne, że w dzisiejszych czasach dzieci w brzuchach mam traktuje się jak produkty hodowli, które w razie jakiejś wady można odrzucić, jak nie przymierzając zgniłego brokuła. Coraz trudniej znaleźć lekarzy, którzy o te dzieci walczą do końca. A na matkę, która nie chce zabić swojego dziecka i jest gotowa nawet oddać za nie życie, patrzy się jak na wariatkę. Ech, trudne czasy...

Teraz też aż trudno mi wchodzić do internetu - zawsze trafię na jakiś uroczy tekścik o tym, jak to rzekomo pięknie jest mieć wybór i móc usunąć swoje dziecko. Swoją drogą zabawne, bo takie dzieci w brzuchu to jeszcze nie jest problem. Problemem to dopiero potrafią być te urodzone :P Co by było, gdybyśmy się zgodzili, że i je można usuwać, z powodu jakiejś wady albo np. wrednego charakteru? No czystka. I nie mówię, że sama nie raz nie miałam na to ochoty ostatnio, bo owszem, zdarzało się :) Ale te maluchy w brzuchu? No co one niby zrobiły, poza może sprowadzeniem na mamę mdłości i bólu kręgosłupa?

Ale o tym nie chcę się rozpisywać, zrobiły to już wystarczająco dobrze dziewczyny TU i TU. Popieram.

Zamiast się stresować i wkurzać (w tym momencie to zdecydowanie niewskazane...), staram się czytać o dobrych rzeczach. Np. o rodzicach, którzy pozwolili swojemu małemu dziecku się urodzić, mimo że było chore. Odeszło spokojnie wkrótce po narodzinach, przytulone, kochane, otoczone bliskimi osobami. Oto "Opowieść o Samuelu". Piękna i ryczę, ile razy czytam. Szkoda, że nie wszystkie dzieci mają tyle szczęścia. Ale dobrze, że gdzieś na świecie dzieją się też takie rzeczy.

Trudny to temat dla mnie tym bardziej teraz, kiedy sama czekam na narodziny najmłodszego maleństwa (już 30 tygodni za nami! tak niewiele zostało!). Nie wyobrażam sobie, żebym miała mu zrobić krzywdę. Dla mnie jest skarbem odkąd się pojawiło na świecie we wrześniu ubiegłego roku. I co by się nie stało, dziękuję, że je mamy. Widziałam je na usg w zeszły czwartek :) Znowu wyszło, że to piękne dziewczę. Ziewało sobie, wystawiało języczek, ssało łapkę... O dziwo na razie nie dzieje się nic niepokojącego, także po raz pierwszy na tym etapie ciąży mogę sobie spokojnie czekać i rosnąć, a nie polegiwać i modlić się, żeby nie wyszło na drugą stronę za wcześnie. 

Także tego... Królewny rosną, rycerze rosną :) Kocham ich i jestem za nich cholernie wdzięczna. Nawet dziś, po kolejnej nieprzespanej nocy, kiedy co chwilę wstawałam do kaszlącego Rafałka ;) A poszłam spać późno, bo mimo że wczoraj od 4 rano byłam na nogach po 4 godzinach snu, to o dziwo wieczorem miałam jeszcze dość siły, by towarzyszyć Gabrysiowi przy tworzeniu obrazka do przedszkola (znaczy on rysował, wycinał i kleił, a przy tym rozmawialiśmy "o życiu i w ogóle..."). Yeah! Macierzyństwo to niekiedy sport wyczynowy :) A czasami rezygnacja z takich nonsensownych przyzwyczajeń, jak jedzenie czy spanie...

czwartek, 7 kwietnia 2016

Czasem słońce, czasem... chmurka :)

Oto mała dama na spacerze pewnego upalnego dnia. To w tle to nie wieża Eiffla w Paryżu, ino słup wysokiego napięcia w Krakowie. Ale jaki efekt ;) Jakbyśmy wyskoczyły do sklepiku po bagietki i trochę żabich udek na obiad.

Lady Elisabeth w przyszły poniedziałek skończy dwa latka. Imprezę robimy w niedzielę, sasasa.

Póki co księżniczka leży z gorączką, bo wczoraj zaliczyła zaległe szczepienie. Nocka nie moja, ale w sumie już się przyzwyczaiłam, że ostatnio sypiam jakieś 5-6 godzin i to z przerwami. Gdyby nie kawa, pomalowane na czerwono paznokcie i wiosna za oknem, które poprawiają mi humor, to pewnie bym teraz legła obok młodej i spała, a nie gotowała obiad (dobrze być kobietą i mieć podzielną uwagę, można pisać i gotować jednocześnie - faceci tego nie potrafią :P).

Dzisiaj wieczorem mam badanie i usg - zobaczymy, co z najmłodszym maluchem. Staram się być dobrej myśli, ale im bliżej czerwca, tym bardziej jestem spięta w środku - z jednej strony się nie mogę doczekać tych chwil PO, a z drugiej się obawiam, co będzie zanim się maluszek urodzi, czy znowu jakiś komplikacji nie będzie. Ale może tym razem będzie ok... No i mam nadzieję, że obejdzie się bez leżenia plackiem w domu lub szpitalu. Brr.

Za mną parę dni, kiedy ciężko było dojść do ładu ze wszystkimi. Bywa. Zamiast wyglądać tak:
W oczach domowników chyba przypominałam raczej Balroga z "Władcy Pierścieni":
Uroczy, prawda? :)

Nic tak dobrze nie odkryje, co w nas siedzi, jak gromadka dzieciaków z fazą na "nie" i mąż, który akurat nie domyśla się, w jakim jesteśmy nastroju :) W dodatku wtedy wszystkie mądre teorie wychowawcze o akceptowaniu swoich dzieci wydają się z d... wzięte, a słowa o miłości do nieprzyjaciół hmmm... odległe. Przynajmniej ja tak mam w fazie totalnej furii.

W takich chwilach to można chyba tylko
a) tłuc głową o ścianę;
b) wypić butelkę wina;
c) modlić się różańcem.

Z przyczyn oczywistych wybieram miedzy a) i c), w zależności od poziomu rozgoryczenia.

Na szczęście taki stan nie trwa wiecznie i już następnego dnia można zacząć od nowa...

A o wiele łatwiej jest zaczynać, kiedy za oknem świat wygląda tak:
U nas tak właśnie wygląda. Pięknie jest :)

sobota, 2 kwietnia 2016

Kwiecień na całego :)

Gabryś pokazuje Eli pierwszego w tym roku ślimaka :)
Wiosna wybuchła na całego... Wzrusza mnie to, że nastąpiło to dokładnie po świętach Wielkiej Nocy - tak jakby cała przyroda przeżywała spotkanie ze Zmartwychwstałym.

My też przeżywamy, chodzimy i dziwimy się temu, co się dzieje. Bladzi i niemrawi po dość lekkiej jeśli chodzi o temperatury, ale jednak ciemnej, i męczącej zimie. Widzieliśmy już pierwszego motyla, pszczoły i trzmiele buszujące wśród kwiatów... Co najważniejsze, pewnego deszczowego dnia spotkaliśmy kilka ślimaków - no to był szał :D Ekscytacja chłopaków ogromna, pokazywali zdziwionej Eli małe, obślizgłe stworzonka, a ona się dziwiła o co tyle hałasu. Ale jeszcze zrozumie, że ślimaki są mega! To kwestia genów :P Mnie sentyment do tej pełzającej rogacizny pozostał do dziś, a jako mała dziewczynka uwielbiałam hodować je z słoiku i karmić mleczami.

W ogóle lubię ten moment, kiedy przyroda się budzi do życia i wreszcie jest co obserwować i pokazywać dzieciom. O ile edukacja domowa to dla mnie temat dość odległy i bym się nie podjęła sama uczyć dzieci, to jednak są dziedziny, gdzie mogę poszaleć - literatura, plastyka i przyroda właśnie. Z czego korzystam, kiedy tylko mogę :) Poza tym jeśli ja nie przekażę dzieciakom szacunku do "braci mniejszych", to niby kto to zrobi? A szczerze mówiąc wkurzają mnie dzieci, które nie są wrażliwe na piękno otaczającego świata, a zwierzaki traktują przedmiotowo. Nie jestem ześwirowaną ekomamą, przykuwającą się łańcuchem do psiej budy, ale przegięcia w żadną stronę nie są dobre. Z obrzydzeniem patrzę na mamy, które nie reagują, gdy ich pociechy czerpią radość z rozdeptania kolejnej dżdżownicy, mrówki czy biedronki. Wrr.

I dlatego jest mi bliski ksiądz Twardowski :)
    Mrówko co nie urosłaś w czasie wieków
    ćmo od lampy do lampy
    na przełaj i najprościej
    świetliku mrugający nieznany i nieobcy
    koniku polny
    ważko nieważka
    wesoło obojętna
    biedronko nad którą zamyśliłby się
    nawet papież z policzkiem na ręku
    człapię po świecie jak ciężki słoń
    tak duży, że nic nie rozumiem
    myślę jak uklęknąć
    i nie zadrzeć nosa do góry
    a życie nasze jednakowo
    niespokojne i malutkie
A dziś rocznica przejścia na drugą stronę Jana Pawła II. Dla mnie bardzo ważna data, bo, parafrazując, wtedy wszystko się zaczęło... Mój powrót do Kościoła na serio. Już jedenaście lat i tyle się zmieniło... W życiu bym nie pomyślała, kiedy czuwałam nocą na Błoniach rozświetlonych tysiącem świec, samotna i zagubiona, że Pan Bóg mi takie prezenty szykuje. Że za jakiś czas nauczę się zasypiać i budzić bez ciągłego strachu w sercu. I że za jedenaście lat będę szczęśliwą żoną i mamą czworga dzieci - to już w ogóle kosmos.

Dziękuję...