wtorek, 18 czerwca 2019

Kaczątka.

"Było sobie brzydkie kaczątko. Bardzo różniło się od innych kacząt..." - Sara naciskała kolejne guziczki książki o małym łabędziu, a ja siedziałam obok na schodach naszego domku i patrzyłam w niebo. Nagle kątem oka dostrzegłam, że coś ciemnego wyłoniło się zza rogu. Spojrzałam i z trudem uwierzyłam w to, co zobaczyłam. Dróżką wzdłuż domu szła dzika kaczka, a za nią stadko piszczących kuleczek. Nigdy nie mieliśmy na podwórku kaczek... aż do tego momentu. Jakby wyleciały prosto z baśni.

Na nasz widok oczywiście kaczuszki wpadły w popłoch. A ja musiałam zagnać je w drugą stronę, bo idąc dalej prosto natknęłyby się na psa sąsiadów. Nie podobała mi się ta rola... Kaczka syczała ostrzegawczo i uciekła pod gęsty już krzaczek magnolii, kaczuszki potykając się biegły za nią. No ale takim dzikim stworzonkom nie wytłumaczysz, że masz pokojowe zamiary. Potem udało mi się skierować je w stronę pobliskiej rzeki. Mam nadzieję, że dotarły bezpiecznie.

Tak sobie patrzyłam na mamę-kaczkę i stwierdziłam, że bardzo dobrze ją rozumiem. W normalnej sytuacji zamachałaby skrzydłami i bez problemu w minutę znalazła się nad wodą, w bezpiecznym miejscu. A tak, musiała dreptać szybko po kamienistej ścieżce, czekając raz po raz na wolniejsze kaczątka. Ale nie zostawiła ich.

Bywa taki czas, gdy - chociaż może inni mówią, że nie warto się poświęcać - ty nie rozwijasz skrzydeł. Idziesz przed siebie, potykając się raz po raz. Bo masz poczucie, że jest coś ważniejszego, niż własna przyjemność i bezpieczeństwo. A spełnić można się inaczej, niż szybując samotnie po niebie.

***

Historia z kaczuszkami wydarzyła się naprawdę, kilka dni temu. Zapisuję ją, żeby nie zapomnieć - to był naprawdę niesamowity moment :)

W tym momencie sama czuję się jak mama-kaczka, próbująca ogarnąć swoje kaczątka. Zakończenie roku szkolnego/przedszkolnego to trudny moment, zwłaszcza przy większym stadku. I najmłodszym kaczątku, całkiem już tłuściutkim, przysypiającym w wózku czy nosidełku.

Ale już jutro ostatni dzień. Gabryś odbierze świadectwo, potem pójdziemy po przedszkolaki i razem wrócimy do domu. Prognozy zapowiadają burze, ale mam nadzieję, że się mylą. Fajnie by było wyskoczyć razem na lody - każdemu się należy. A potem w lipcu - góry. A w sierpniu - moooorzeeee!!!! Razem z Kaszubiątkami :D

wtorek, 11 czerwca 2019

Trzy latka Sarenki :)

To już dziś :) Ostatnie z dzieci przeskoczyło na kolejny poziom wiekowy ;D W niedzielę dmuchanie świeczki z trójeczką, a potem będą czekali na kolejne urodziny - aż do końca lutego. Tak patrzę na te suwaczki i widzę, że w 3,5 miesiąca się mieścimy z imprezami piątki dzieci. Plus Wielkanoc, Zesłanie Ducha Świętego (też mamy nocne czuwanie), Dzień Mamy i Dzień Dziecka - również wypadają w tym czasie. Intensywnie nam się żyje wiosną, nie ma co. I dobrze, trzeba się rozruszać po zimowym odrętwieniu.

Sarunia... Wczoraj patrzyłam na naszą czwórkę bawiącą się na podwórku. Dziewczynki były w podobnych sukienkach i nagle do mnie dotarło, jak bardzo Sarenka nam wyrosła przez ten rok. Właściwie niewiele się różni od siostry, te pół głowy mniej wzrostu i troszkę inna sylwetka - ale poza tym to stały obok siebie nasze duże panienki, a ja w momencie się wzruszyłam. Dwóch silnych szkolnych chłopaków, dwie długonogie pannice z przedszkola. A przecież nie tak dawno każde z nich nosiłam i karmiłam jak małego Misia. Przyjdzie czas, że on też tak pobiegnie przed siebie, będzie miał swój świat.

W te wakacje wypada nam dziesiąta rocznica ślubu. Jakoś tak wyjątkowo się czuję, patrząc na tą gromadkę, która się pojawiła przy nas. I wspominając te wszystkie wydarzenia, te trudne i te piękne. A przecież to jeszcze nie koniec :) Oby tak dalej, oby razem... I może być jeszcze więcej małych twarzy i rąk obok. Dobre owoce.

Dla Saruni tradycyjnie jej piosenka (właśnie puściłam w tle a młoda przybiegła z wrzaskiem "Moja piosenka!").

Biegnij przed siebie i nie bój się. Nigdy nie jesteś sama :* I  niech cię twój anioł stróż prowadzi, mała śliczna księżniczko.

Od kilku dni mamy trzydziestostopniowe upały i żywimy się głównie lodami i truskawkami. Zaczyna się lato. Za tydzień już wakacje. Już snujemy plany, w którą stronę Polski nas poniesie tym razem. Trzeba odpocząć, należy nam się po tym roku :)

PS. Moniqa myślę o Was i pamiętam w modlitwie. Czekam na wieści o Igusi ;) Powodzenia!

wtorek, 4 czerwca 2019

Dziewięć.

Dokładnie tyle lat temu doszło do największej rewolucji w moim życiu. Też było tak gorąco, parno, popowodziowo :) I kwitły jaśminy.

Dziś rewolucja ma się dobrze. Jest wysoka, silna, wysportowana, właśnie słyszę, jak dyskutuje z bratem na podwórku :P

Imprezę urodzinową Gabrysia zrobiliśmy w tą niedzielę. W następną świętujemy zakończenie zerówki Rafałka (piknik rodzinny), a jeszcze w kolejną - urodziny naszej młodszej księżniczki, czerwcowej różyczki. A potem już wakacje...

Gabrysiu! Obyś zawsze wiedział, że masz moc :) I gdziekolwiek pójdziesz, jeśli tylko otworzysz się na Pana Boga, to on będzie Cię wspierał. Z nim nawet cierpienie może okazać się czymś dobrym. A radość z  nim - to kawałek nieba już tu, na ziemi.


I pamiętaj, że zawsze będę Cię kochać :* Nigdy nie trać nadziei i pokoju w sercu.

Tak to minęło... Połowa drogi pierworodnego do pełnoletności. Patrzę na Michałka i tak mi się przypomina, jak to było latem 2010... Bardzo podobny dzidziuś. Tylko ja byłam wtedy inna, dopiero na początku nowej drogi. W pewnym sensie to też moje dziewiąte urodziny, to wtedy urodziłam się tak naprawdę jako mama (jednak ten moment, kiedy mogłam mieć przy sobie, zobaczyć już tak na własne oczy moje pierwsze dziecko - wyjątkowy! i niezapomniany). Niepewna siebie, zdecydowanie mniej cierpliwa (oj, tu mnie wyćwiczyli! bardzo się zmieniłam pod tym względem), ale co ważne - zakochana w swoim małym synku (chociaż bardzo się pilnowałam, żeby tata synka nie poszedł w odstawkę i udało się, zawsze był tym pierwszym, a po nim dzieci). A potem było coraz więcej tej miłości, a wraz z nią wzrastały też pewność siebie, cierpliwość... I po prostu radość z bycia mamą.

Jak dobrze, że są z nami nasze dzieci, że mogły się pojawiać po kolei. Najpiękniejsze dary <3 Moje pięć gwiazdek z nieba :)

Dziś byłam z Elusią i Miśkiem (oraz Sarą w roli osoby towarzyszącej :P) na szczepieniu. Lu trochę przestraszona, ale nawet nie zauważyła ukłucia - zaraz było po wszystkim. Michaś oczywiście w ryk, ale szybko pocieszyłam go mlekiem i zasnął. Mój klusek, już 7 kilo waży i składa się z wałeczków ;) Plus szare (na razie) oczy i uśmiechnięta buzia :) Ze wszystkich najbardziej przypomina mi Gabrysia i Lu (migdałowy kształt oczu i podobne rysy), choć z pozostałej dwójki też coś ma. No i ten swój dołeczek ;)

W połowie czerwca minie rok, odkąd Michałek zaistniał na świecie. Jako mały okruszek, wymodlony, wytęskniony... By po roku zmienić się w małego wielorybka :)

poniedziałek, 27 maja 2019

Kruche bezy z lodami w burzowy dzień.

Poniedziałkowe popołudnie.

Po weekendowym szaleństwie nie ma śladu, dom wysprzątany. Chwilowy i nietrwały ład, bo wkrótce wpadną tu starsze dzieci.

Sara siedzi na łóżku obłożona maskotkami i przegląda książkę o księżniczkach.

Za oknem ciemne chmury, powietrze gorące. Będzie burza.

A ja w kuchni zainspirowana wczorajszymi lodami z Good Looda zrobiłam deser. Lody waniliowe posypane pokruszonymi bezami i malinami, polane śmietanką. Nałożyłam sobie porcję do ulubionej biało-złotej filiżanki. Przede mną dobra książka. Chwilo, trwaj...!

I co z tego, że parę dni temu mieliśmy powódź na ulicy i omal nie zalało nam domu ;) Ale nie zalało. Na pewne rzeczy nie mamy wpływu, za to możemy łapać to, co dobre. I nie bać się życia.

Powyższą książkę podczytuję sobie co jakiś czas na spokojnie i się zachwycam. Pomijając to, że okładka bardzo mi się podoba ;) bo jest coś pięknego w tej twarzy kobiety... Historie dziewczyn, które zdecydowały się rzucić wszystko i zaufać Panu Bogu - fascynujące.

I tak sobie tylko myślę, że fajnie by było zrobić podobną książkę z wywiadami-świadectwami, o mamach. Taką o pięknie macierzyństwa. I o tym, że można czuć się szczęśliwą i spełnioną będąc w domu, przyjmując kolejne dziecko.

A nasz Misiek na dzień przed Dniem Matki skończył 3 miesiące. Taki z niego duży facet! I coraz bardziej się uśmiecha <3

Na koniec piosenka, która ostatnio mi ciągle chodzi po głowie. Zachwyciłam się nią... 11 lat temu? Chyba tak. Zleciało. I ciągle aktualna.

czwartek, 23 maja 2019

Śmiech.

Maj w tym roku jakiś zimny i deszczowy. Trudny dla mnie. Co chwilę pod górkę.

Czekam z nadzieją na słońce, ciepło, lato... I chwilę oddechu. Takiego czasu tylko dla nas, bez gonitwy, bez wstawania wcześnie rano. Z kalendarzem pustym, a nie wypełnionym po brzegi.

Ale w tym wszystkim staram się pamiętać o wdzięczności. O małych, dobrych rzeczach. I o śmiechu.

Zmęczenie zmęczeniem, ale! ile wzruszeń za nami. Ostatni tydzień był niesamowity.

Najpierw Michaś. Taki już duży, kolejna porcja za małych ubranek powędrowała do szafy. A w ubiegłym tygodniu po raz pierwszy głośno się roześmiał. Teraz coraz częściej wypatruje naszych twarzy, patrzy ufnie swoimi szarymi pięknymi oczkami. I uśmiecha się :) Nasz mały śliczny klusek.

Rafałek i Ela mieli w przedszkolu przedstawienia dla mamy i taty. Byliśmy wszyscy. Na jednym występie stałam z Misiem na jednej ręce i aparatem w drugiej, wodząc wzrokiem za środkowym synkiem, który jak zwykle w takiej sytuacji po prostu dobrze się bawił. Drugie przedstawienie młody szczęśliwie przespał i mogłam się skupić na przebranej za małpkę Lusi, śpiewającej z poważną miną kolejne piosenki. Sara siedziała przy nas i myślałam - jesienią to będzie też jej miejsce. Ona sama nie może się już doczekać. A Rafałek dołączy do Gabrysia w szkole. Gabrysia, który obserwował wszystko z lekko wyniosłą miną - on, uczeń ;) Takich mam już dużych facetów w domu, o tylu rzeczach można już z nimi rozmawiać. Kolejny rok szkolny, kolejny obrót za nami.

Tak szybko to mija... Zaraz czerwiec, urodziny naszego blond duetu. I zakończenie roku. Pożegnalny grill w grupie Rafałka. Prezenty dla wychowawców. Kilka umówionych pikników. Może wreszcie jakieś góry?

Kolejne okruchy naszych wspólnych chwil.

wtorek, 14 maja 2019

Poszpitalnie.

Miała być notka o naszym majówkowym wyjeździe. Cóż z tego, kiedy wkrótce potem nasz Misiek tak w sumie z niczego dostał gęstego kataru. Oczka zaropiały, a potem pojawił się koszmarny kaszel i duszności... Nie czekałam dłużej, pojechaliśmy do szpitala.

I w sumie to dzięki tej szybkiej reakcji zmiany nie były zbyt wielkie i już po pierwszym dniu leczenia widać było poprawę. A po tygodniu antybiotyku - fru, do domu!

Wróciliśmy wczoraj. Dom już w miarę ogarnięty (no ale czego wymagać od taty, który nagle musiał sobie radzić z czwórką dzieci, a w dodatku pracował z domu? dzielnie się spisali, nie będę narzekać na bajzel, który wyprodukowali). A ja powoli się przestawiam na spokojny tryb domowy... Bo mózg mi podpowiada dalej tryb szpitalny "czuwaj!". I dziwnie mi, że mogę się normalnie umyć, zjeść, że wyspałam się w miękkim łóżku, a nie na rozkładanym fotelu (który koniec końców załatwił mi kręgosłup i teraz ledwo się schylam). Że nie muszę pilnować, kiedy podać leki, kiedy będzie inhalacja, a kiedy mogę na sekundę wyskoczyć do automatu z kawą.

Co mi uratowało życie? Biblioteczka z książkami! Oprócz pozycji dla maluchów było też o dziwo kilka babskich dzieł. Ale najlepsze że była seria "Samochodzików" (którą znam na pamięć, więc tylko cieszyłam oczy) i "Jeżycjada" (którą kiedyś zaledwie liznęłam i teraz mogłam uzupełnić wiedzę ;)).

A poza tym mogłam zobaczyć, że Pan Bóg trochę ze mną popracował przez ten czas. Jeszcze 7 lat temu, gdy byłam w tym samym miejscu z malutkim Rafałkiem, przerażało mnie to. A teraz jakoś tak tylko czekałam cierpliwie, kiedy wrócimy do domu. Wiem, że to kompletnie nie moja zasługa, ale naprawdę miałam w tym wszystkim pokój serca i zaufanie, że będzie dobrze. Tęskniłam za Krzyśkiem i dziećmi, ale wiedziałam, że tak naprawdę nie są sami. Bolał mnie widok pokłutych rączek i główki synka, ale wiedziałam, że nie będzie pamiętał - i że my i tak nie mamy powodu do narzekań.

W szpitalu była kaplica, ale byłam tam tylko raz. Dodawało mi otuchy, że ona jest. Ale jakoś o wiele bardziej wyczuwałam świątynię tam, gdzie były drzwi na onkologię. I w paru innych miejscach, gdzie widziałam dzieci, których buzie nie nadawały się na okładki gazet. Ale tak sobie myślę, dzięki nim niebo jest jakoś bliżej... Chociaż czasem trudno było patrzeć na ogrom cierpienia, zwłaszcza na ten specyficzny wzrok rodziców, zmęczonych i wypłukanych już z nadziei na poprawę.

Teraz znowu za oknem mam kwitnące bzy, a nie parking zapełniony samochodami, podwożącymi co chwilę chore dzieci. Ale pada deszcz. I jakoś tak znowu jest inaczej...

Czasem trudno znieść tęsknotę za szczęściem. Nawet jeśli to nie dla mnie to szczęście. Moje jest tutaj, mieszka w białej, oszklonej szafce w kuchni, razem z naszymi kolorowymi i poobijanymi kubkami. Tak myślę, bo czuję je, ile razy robię dzieciom herbatę czy zbożową kawę.

Jak dobrze znów być w domu...

PS. Dzięki Kaszubko za odzew :) A hejterskie przydługie komentarze kasuję - to blog przede wszystkim dla nas i naszych dzieci, także ten... Od złości całego świata ich nie uchronię, ale ten kawałek się da obronić. A sfrustrowanego anonima mogę tylko zapewnić, że są szczęśliwe. I mądre, czego o niektórych dorosłych nie mogę powiedzieć :P Może i wpisy wynikały z dobrych chęci (choć w moim odczuciu głównie z chęci osądu, wcale nie takiej dobrej, no i z jakiegoś totalnego niezrozumienia), ale jak wiadomo dobre chęci to materiał na bruk w pewnym miejscu. Nie zgadzasz się? To nie czytaj i daj nam spokój ;)

poniedziałek, 29 kwietnia 2019

Jaki będzie koniec gry...

Dzień po Niedzieli Miłosierdzia (dzieci wczoraj wyjątkowo grzeczne w kościele! również miały dla mnie miłosierdzie i mogłam się w spokoju pomodlić). Pada bez ustanku. Zimno, szaro. Ale za to jak pięknie pachnie bzami...

Lubię upał, ciepłe i suche dni, ale czasem potrzeba właśnie tego - zimnej wody - by wzrosnąć.

Wyjątkowy dla mnie ten czas, gdy przychodzi wiosna i po kolei wszystko rozkwita. Osiem lat temu miałam okazję się temu przyjrzeć na spokojnie po raz pierwszy, obserwując wszystko od nowa z małym Gabrysiem (no może nie takim już mały, miał prawie roczek). Jak inaczej wygląda świat, gdy patrzy się na niego z małym dzieckiem w ramionach. Ile rzeczy się nagle dostrzega...

Po ośmiu latach moje przywiązanie do wiosny wzrosło pięciokrotnie ;)

A przecież to o tej porze też rozkwitała nasza relacja z Krzyśkiem. W tych miesiącach przygotowywaliśmy się do ślubu. W tym czasie, jeszcze wcześniej, po śmierci świętego papieża, zaczęłam chodzić na katechezy, bo czułam że bez Pana Boga nie dam rady. Już od dawna było wyjątkowo i pięknie.

Czas kruchej zieloności, pachnącej sokiem. Czas życia. To cudowne, że właśnie tak wygląda w naszym zakątku świata to wspomnienie Wielkiej Nocy.

Jeśli miałabym wybrać sobie czas przejścia na drugą stronę, to byłyby właśnie te miesiące. I znaczące jest to, że właśnie teraz tak wiele zamachów na chrześcijan w różnych stronach. Straszne to, ale z drugiej strony - ci ludzie, te rodziny z małymi dziećmi od razu pofrunęły do nieba.

I cieszę się, że w brewiarzu teraz czytania z apokalipsy. Te wszystkie wizje mnie nie przerażają - czuję ulgę na myśl, że kiedyś walka się skończy. I że będzie już tylko Bóg i jego miłość. To będzie prawdziwy "Koniec gry". Chociaż Avengersów też lubię oglądać :P

W sumie to tak to jest - że nie ma nowego życia bez cierpienia i umierania (oj, jak pamiętam smak tego umierania w lutym... same narodziny Misia były szybkie, ale czas przed i po był naznaczony bólem). Tym bardziej pociesza fakt, że Chrystus zwyciężył śmierć. Że tak naprawdę to tylko porzucenie skorupki i przejście do miejsca specjalnie przygotowanego dla mnie. Że nie umieram sama, tylko z nim. Że - taką mam nadzieję - pociągnie mnie i mocno chwyci po drugiej stronie. A potem będzie już tylko wspanialej. I pełno światła. Może zapach bzów?

I tego właśnie życzę moim dzieciom. Drogi prowadzącej do tego światła.

Wszystkim innym dzieciom - też. Nie mogę ciągle przestać myśleć o najnowszym wpisie Matki Kaszubki...

wtorek, 23 kwietnia 2019

Pascha i chrzest Michałka.

Już wschodzi zorza poranna,
Zabrzmiało niebo weselem
I ziemia śpiewa radośnie,
A piekło jęczy w udręce.


Bo Król tak bardzo potężny
Zniweczył moce śmiertelne,
Podeptał władzę Otchłani
I więzy jeńców rozerwał.


Gdy kamień w grobie Go zamknął,
A żołnierz czuwał u wejścia,
Jaśniejąc blaskiem i chwałą
Opuścił mroki żałobne.


Świetlisty anioł ogłasza,
Że Pan zmartwychwstał prawdziwie,
Zwyciężył płacz i cierpienie,
Pokruszył piekła kajdany.


O stań się, Jezu, dla duszy
Radością Paschy wieczystej
I nas, wskrzeszonych Twą mocą,
Do swego przyłącz orszaku.


Niech Ciebie, Panie promienny,
Powstały z martwych po męce,
I Twego Ojca, i Ducha
Wysławia rzesza zbawionych. Amen.
(hymn z jutrzni)


Za nami najpiękniejsza noc w roku. Dla naszej rodziny znów szczególna - mamy w domu Nowego Człowieka ;) Michaś już ochrzczony. Podczas chrztu był zadziwiająco spokojny, a w białej szatce prezentował się iście anielsko :)

A ten kwiat zbierał się chyba z miesiąc i zakwitł właśnie w święta :)

Chrystus zmartwychwstał!

wtorek, 16 kwietnia 2019

Wielki Tydzień...

...a my wszyscy zasmarkani. Odliczamy dni do Paschy i mamy nadzieję, że wszyscy będziemy mogli być, że nikogo nagle nie rozłoży gorączka, czy - aaa! - zabłąkany rotawirus. Ale będzie jak Bóg da, w końcu to on tym wszystkim steruje.

Misiek ma swój pierwszy w życiu katar, a ja odciągam i liczę na to, że szybko przejdzie. Po tym, jak Rafałek w tym wieku wylądował w szpitalu z zapaleniem płuc (i musiałam zostawić w domu zdezorientowanego dwuletniego Gabrysia), mam traumę.

Za oknem znów słońce i kolory, a my siedzimy w domu. Tak, Wielki Tydzień. Ja swój krzyż chyba najmocniej teraz odczuwam w tym strachu o dzieci, w kolejnych nieprzespanych nocach, w wykonywaniu tysiąca upierdliwych a potrzebnych rzeczy (jak przetykanie po raz kolejny w ciągu nocy małego noska, w momencie gdy wszystko we mnie woła o trochę snu). I w tym, że co chwilę ktoś coś ode mnie chce. Chwila spędzona w ciszy z książką i kawą - bezcenna.

Apropos książek, to czytałam ostatnio rewelacyjną - Cesarzowa rodzi w domu A. Powideł (dzięki Aniu! :)), mamy szóstki dzieci (z których trójka nosi imiona... archaniołów ^^ a jedna z córek to Elżbieta...). Nie ze wszystkimi decyzjami czy poglądami autorki się zgadzam, ale generalnie książka napisana jest świetnie i dosłownie mnie wessała. No i zachwyciło mnie to tak bliskie mi otwarcie na nowe życie w rodzinie. I walka o bycie sobą. Polecam baaardzo!

karuzelka
Oprócz tego przeczytałam też stos książeczek dla dzieci, głównie urodzinowych prezentów Eli i Rafałka ;) Między innymi Lottę z ulicy Awanturników Astrid Lindgren, której wcześniej nie znałam, a też zrobiła na mnie wielkie wrażenie. Porusza mnie mądrość ukryta w książeczkach tej autorki. A tytułowa bohaterka - no wypisz, wymaluj nasza Ela. W dodatku też pięciolatka.

Szczerze mówiąc nieraz trudno mi nieraz się zebrać, by z nimi poczytać. Albo ułożyć puzzle. Albo zagrać w planszówkę (bo wiadomo, że przy okazji co się nagadam, to moje... wolałabym grać nie wychowując nikogo przy okazji :P). Robię to, bo wiem że to dla nich dobre. Ale jednocześnie mam ochotę na co innego. Takie tam małe rezygnowanie z siebie (albo duże, jeśli człowiek jest przeziębiony i najchętniej leżałby w łóżku). No ale po to mam te dzieci, żeby dawać im swój czas, mimo zmęczenia.

Kończę... Dobrego czasu Wielkiego Tygodnia, kochani. I spotkania ze zmartwychwstałym Chrystusem.
Michaś ze swoją ulubioną zabawką :)
Azul, gramy z chłopakami

wtorek, 9 kwietnia 2019

Kwiaty, urodziny i sny.

I znowu słońce. Po kilku deszczowych dniach świat zmienił się nie do poznania. Zielona mgiełka stała się po prostu zielenią. Nawet hibiskusy i hortensje się obudziły. Wszędzie kaskady kwiatów. I te zapachy...

Wcinamy z Sarą kaszę jaglaną z kurczakiem curry, ananasem i kukurydzą (nie ma jak dobre śniadanko ;) została mi porcja z kolacji), a potem wybędziemy z Michałkiem na spacer. Na dobry dzień puszczam znowu wakacyjne rytmy. Przypomniały mi się zeszłoroczne hity...
Za nami urodzinowy weekend. Czuję go dalej :P Ale są plusy - dom na święta mamy już wysprzątany...

W sobotę w strugach deszczu zaprowadziłam Lu na urodziny koleżanki. Lusia była tak przejęta, że aż poprosiła mnie, żebym z nią została. Tak więc spędziłam przyjemnie czas przy kawce, patrząc na rozchichotane dziewczynki (po trudnym wejściu Ela się przełamała szybko i bawiła dobrze). Ostatnio nasza przebojowa wojowniczka ma takie fazy nieśmiałości i się peszy. Dorasta mi po prostu, ech...
A w niedzielę mieliśmy wspólną imprezę Lu i Rafałka. Tłum dzieci, niektórzy rodzice. I dużo jedzenia (było sporo chłopaków, a oni to potrafią zjeść ;)). W końcu faceci wybyli na podwórko z piłką, a dziewczynki siedziały u nas w sypialni, stroiły się w moją i dziecinną biżuterię, a potem malowały obrazki. A na końcu po kryjomu narysowały sobie po kryjomu pisakami makijaż i niektóre wyglądały jak banda Indian na wojennej ścieżce (zgadnijcie, która miała najdzikszy?) :P

Teraz przed nami przygotowania do świąt i chrztu. Eleganckie ubranka dla dzieci w większości kupione. Muszę jeszcze pomyśleć o sobie, bo w moje najładniejsze sukienki niestety jeszcze się nie wbiję. Najlepsze, że wcale mi to nie przeszkadza. I tak czuję się ładnie. A dla takiego cudu warto było zafundować sobie czasowy brak talii i szersze biodra :P

Tak swoją drogą to miałam ostatnio strasznie wyrazisty sen, że urodziłam bliźniaczki. Ania i Marysia, pamiętam zwłaszcza ten moment, gdy patrzyłam na tą drugą, "dodatkową" Marysię i myślałam, jaka ona jest piękna. Taki tam sen, ale obudziłam się szczęśliwa. Tymczasem cieszę się bardzo i dziękuję Bogu za naszą piątkę. Ale fajnie mieć w sobie pokój i zgodę na następne życie, jeśliby się miało kiedyś pojawić. Ela oczywiście już męczy, kiedy dostanie drugą siostrę. W swoim czasie Luś, jeśli Bóg da. Też bym chciała mieć w domu jeszcze przynajmniej jedną małą księżniczkę.

Póki co nie mogę się nacieszyć małym rycerzem <3 Jest cudowny.

środa, 3 kwietnia 2019

Wiosenne pocałunki.

Jak widać na obrazkach, mamy już kwiecień ;)

Chodzimy, oglądamy, dotykamy, wdychamy miodowe zapachy.

Promyki słońca całują nasze nosy. 

Wkoło fruwają motyle i pszczoły (a w domu, niestety - tu będzie trochę prozy życia oprócz poezji - obudziły się mole spożywcze :P wypowiedziałam im wojnę).

Załatwiając tysiące różnych spraw, czekamy już na święta. I chrzest Michałka.

A Misiek rośnie jak na drożdżach. I patrzy zdziwionymi szaroniebieskimi oczkami na ten wielki świat. Dla niego to wszystko jest nowe.

Dziwna i trochę straszna jest myśl, że w zeszłym roku o tej porze jeszcze go nie było. W ogóle. Że dopiero w czerwcu zaczął być.

Jak dobrze, że jest!

środa, 27 marca 2019

"Kto nigdy nie żył..."

Marzec powoli się kończy... Pogoda wariuje, raz zakładamy zimowe kurtki i czapki, raz wiosenne. W przedpokoju rozgardiasz. Marzy mi się porządek i uprzątnięcie tych ciężkich, ciepłych rzeczy. Do listopada niech leżą w szafie...

W ogrodach zdecydowanie wiosna. Magnolie zakwitły. Zielona mgiełka się wyostrza. Pączki są już nie tylko na krzewach, drzewa też się budzą. Za oknem sypialni świeci mi na żółto forsycja, nawet w pochmurne dni :) A obok powoli zbiera się migdałowiec - jego czas nadejdzie już w kwietniu (i przypomni mi jak zwykle narodziny Elusi, mojego kochanego migdałka).

Michałek skończył miesiąc. Za nami parę dłuższych spacerów (takich na pół dnia... nie ma zmiłuj, różne rzeczy trzeba pozałatwiać, z wózkiem prowadzonym jedną ręką, a drugą łapiącą trzylatkę). Dziś poszliśmy wreszcie na kontrolę do przychodni. Mały waży już 4,25 kg. Tak w sam raz :) I generalnie został podsumowany jako bezproblemowy dzieciak. Póki co faktycznie taki jest. Pewnie, teraz już nie śpi jak zabity z przerwami na jedzenie i coraz częściej chce być na rękach u mamy. Ale generalnie daje mi żyć :) Chociaż przy tej ilości obowiązków mam co robić. Tylko że mimo zmęczenia i niewyspania - cieszy mnie to i daje dużą satysfakcję. Jak zwykle czuję,  że jestem we właściwym miejscu i męczyłabym się, gdybym musiała żyć inaczej.

Mam dużo sprzątania. Dużo prania. Zmartwienia - bo o każdego z piątki się martwię. Bo Gabryś znowu ma duszności (w zeszłym roku biegaliśmy po pulmonologach i alergologach, w sumie to chyba nie pisałam o tym :P ale tak to jest, gdy tyle się dzieje). Bo Rafałka męczy suchy kaszel, jak zwykle o tej porze roku, a przez zatkany nos też słuch mu się pogorszył. Bo Elusia ma charakterek mocny i czasem trudno się z nią dogadać, a ostatnio ma fazę na obrażanie się. Bo Sarulka też potrafi być uparta i muszę się starać być konsekwentna wobec niej (co jest trudne, bo straszny z niej słodziak i przytulas). Bo Michaś jest taki malutki i po prostu boję się o niego, żeby mu się jakaś krzywda nie stała. I o wiele innych rzeczy, te akurat mi przyszły teraz na myśl. O, przyjęcie urodzinowe przedszkolaków jeszcze! Czy goście przyjdą, czy dzieci będą zadowolone, czy się uda... Jak co roku o tej porze mam nerwa, choć powinnam być spokojna i cieszyć się tym czasem. Urządzanie imprez zawsze mnie stresuje i chyba już mi to nie przejdzie.

Ale w tym wszystkim jest też masa radości. Takiej, której nie doświadczyłabym żyjąc bez dzieci, bez Krzyśka... Bo w tych wszystkich zmaganiach i zmartwieniach chodzi o to, że mam kogo kochać. Gdybym nie miała, nie zamartwiałabym się po nocy, nie wsłuchiwała w ich oddechy, nie modliła nad śpiącymi dziećmi. Ale czy byłabym szczęśliwa?

Tak bardzo chciałabym okazać im miłość mądrze... A wychodzi różnie. Chciałabym być takim aniołem dla dzieci i wygładzić im drogi, ale nie potrafię, nie mogę (i dobrze). Pan Bóg to chyba mądrze wymyślił, że rodzice też są słabi i popełniają błędy. To znaczy czuję się z tym okropnie, ale mam nadzieję, że moja słabość i potknięcia mają sens. I że on wyprowadzi z tego dobro. W końcu to nie ja mam być bogiem dla moich dzieci i centrum ich świata. Choć pokusa jest duża, oj duża...

Żeby nie było wątpliwości: nie mam na myśli przyzwolenia na grzechy i zaniedbania wobec dzieci. Ale chyba każdy kto mnie zna wie, że bardziej mam problem z zamartwianiem się za bardzo i wyniesioną z domu wizją nadopiekuńczości wobec dzieci, niż z tą drugą skrajnością. Tak bardzo przeraża mnie podcinanie skrzydeł w białych rękawiczkach, pod przykrywką dobrych chęci...

To brzmi fajnie, być taką super mamą. Idealną, spokojną, sexy, wysportowaną i jedzącą tylko warzywa ;) i co tam jeszcze... No ale ja taka nie jestem. Czasem udaje mi się być cierpliwą w obliczu domowych katastrof, a czasem wybucham przy jakiejś głupocie. Bywam leniwa, choć często nie mam na to czasu :P I na pewno nie zrezygnuję z mięska raz na jakiś czas ;) Chciałabym, żeby dzieciaki też wiedziały, że nie muszą być idealne i mogą być sobą... Jeśli mi się nie uda (chęci to jedno, a rzeczywistość to drugie...) - to mam nadzieję, że ktoś inny im to przekaże. Że będą się czuły kochane. I że jednak będą dobrze wspominały nas, rodziców. Nawet jeśli zawalimy pewne rzeczy... Bo każdego dnia tyle razy stajemy przed dylematami w stylu upomnieć czy przytulić, ochrzanić czy przymknąć oko, że nawet nie ma opcji, żebyśmy zawsze wybrali ten dobry sposób i nie popełnili błędu. Dzieci uczą pokory.

Przytulam małego Michasia, patrzę na jego słodką minkę, gdy zasypia, albo gdy mi się przygląda - i przypomina mi się ta kolęda "Mario czy już wiesz". Zastanawiam się, dokąd pójdą kiedyś te małe stópki, co zobaczą oczy, czego będą dotykać ręce... Mogę mieć tylko nadzieję, że mały urośnie do czegoś dobrego, podobnie jak pozostałe dzieci. Nie ma chyba większego bólu dla matki, niż widzieć pogubione dziecko. Nawet choroba chyba tak bardzo nie rani...

O tym samym myślę, gdy starsze dzieci wychodzą rano do szkoły i przedszkola. Teraz z plecaczkami idą tam, zmierzyć się ze swoimi dziecięcymi problemami, sprawdzić, uczyć relacji. Dokąd pójdą kiedyś? I Sara, która wygląda już tak inaczej w bereciku i płaszczyku w gwiazdki (pamiętam, jak nosiła je Ela te dwa lata temu i byłam dumna, że mam taką dużą córkę) i która już odlicza, kiedy wyjdzie rano ze starszymi...

Czas biegnie i naprawdę go szkoda na bycie tylko dla siebie.

Tak w tym temacie, ta piosenka mi się ostatnio przypomniała. Właśnie z tą porą roku mi się kojarzy. I dawaniem życia.

czwartek, 21 marca 2019

Wiosenny bałagan.

To dziś - pierwszy dzień wiosny. Na krzewach zielona mgiełka, w trawie fiołki, stokrotki i krokusy. Czasem pierwiosnki i żonkile. Słońce ostre, a powietrze jeszcze zimne. 

Wczoraj gdy wracałam z Sarą z zakupów, szłyśmy w stronę ogromnego, okrągłego księżyca. Wyglądał jak przyklejona do nieba srebrna złotówka. Ptaki śpiewały jeszcze na drzewach. Michałek spał w wózku zawinięty w kocyki. Dziecko przedwiośnia, mój prywatny przebiśnieg :) Za kilka dni skończy miesiąc i przestanie być noworodkiem. Dziwnie mi z tym. Jak oni śmigają...

Dziś tylko Gabryś wybył rano z Krzyśkiem z domu. Przedszkolaki zostały z czerwonymi gardłami i teraz dokazują. Czeka mnie ciekawy dzień...

Jak zawsze o tej porze roku czuję życie. Jeszcze zielone, trochę gorzkie w smaku, ale pachnące słodko. Szorstkie. Lubię ten moment, kiedy po sterylnej zimie przychodzi wiosna ze swoim nieładem i niepewnością. Mówi się o wiosennych porządkach, ale dla mnie ten czas to eksplozja nowego życia, na wyścigi - i trudno dopatrzyć się jakiegoś porządku w przyrodzie.

U nas w domu też wiosennie. Na parapecie w kuchni białe doniczki z ziołami. I rzeżucha wysiana dla dzieci. I kaktus, który zbiera się do zakwitnięcia.

A w naszej sypialni dodatkowy kosz na pranie, pełny kocyków i małych ubranek. I paczka pieluch pod łóżkiem. To też wiosna ;)

Jak zawsze o tej porze roku przypomina mi się Poświatowska i jej poezje. Właśnie takie, piękne i niedokończone. Zawsze wolałam ją od "idealnej" Pawlikowskiej-Jasnorzewskiej.

Na za­ku­rzo­nej dro­dze szu­kam two­ich ust.
Schy­lam się i za­glą­dam pod każ­dy omsza­ły ka­mień.
W wil­got­nym cie­niu zwi­nię­te krą­gło śpią śli­ma­ki.
Bu­dzę je i py­tam gdzie on jest? Prze­cią­ga­ją za­spa­ne
rogi wy­chy­la­ją się z łu­pin mru­żą oczy od słoń­ca
i nik­ną nie mó­wiąc nic. Py­tam ka­mie­nia gła­dzę
chro­pa­wą po­wierzch­nię cie­płą spra­gnio­ną ręką. mil­czy.
Py­tam słoń­ca. Po­chy­la gło­wę na za­chód i idę
za słoń­cem na za­chód żeby zna­leźć cie­bie.

***

po­wlo­kłam la­kie­rem pa­znok­cie
i moja pal­ce błysz­czą
pa­nie mój bądź mi­ło­ściw
moim my­ślom

ob­ry­so­wa­łam ciem­ną kred­ką po­wie­ki
i nie­bo gwiaź­dzi­ste od­bi­ja się w mym spoj­rze­niu
memu pra­gnie­niu

przy­wi­ta­łam cię po­ca­łun­kiem
naj­pro­ściej
pa­nie mój bądź mi­ło­ściw
mo­jej mi­ło­ści  

***

mam szczę­ście!
krzy­czą dzie­ci
chwy­ta­jąc pił­kę
z nur­tów wody

a ono - na nie­bie świe­ci
ro­ze­śmia­ne zło­tem - mło­de

wy­cią­gnij rękę - za­mknij
pło­ną­cy krą­żek w pię­ści
i gło­śno - gło­śno krzyk­nij
- mam szczę­ście -

czwartek, 14 marca 2019

Sto lat, Rafałku!

I już... Drugi z moich chłopców skończył siedem lat i przeskoczył w moich oczach nagle do tej innej kategorii dzieci szkolnych. Niby jeszcze do czerwca zerówka i przedszkolne klimaty, ale widać, że to już nie przedszkolaczek. Nie ten mały trzylatek, który kiedyś odważnie na własne życzenie powędrował za starszym bratem z plecaczkiem. Chociaż sytuacja się powtórzy, bo na jesieni znów będą w jednym budynku... I dobrze, że do Eli dołączy Sara, bo inaczej byłby szloch :P A ja na szczęście zostanę z Michasiem, bo tak całkiem bez dzieci też bym nie była szczęśliwa...

Rafał jesienią i zimą nauczył się czytać i ostatnio nawet z własnej inicjatywy czytał na głos Sarze. Pisze swoje pierwsze małe dzieła (drukowanymi literami ofkors) ;) Świetnie rysuje, ma też dużo cierpliwości i robi to starannie. Lubi składać modele oraz grać w piłkę nożną (treningi ma w poniedziałki i gdy jest chory, to trudno mu zrozumieć, że nie może iść) i planszówki. Gdy się go o coś poprosi, pomaga (ostatnio kilka dni był ze mną w domu z powodu choroby i przyjemnie było patrzeć, jaki się z niego uczynny chłopak zrobił). Jest naszym pogodnym, kochanym przytulasem, nic się w tej kwestii nie zmieniło. I podobnie jak w przypadku starszego brata, wiem, że mogę na nim polegać. Pewnie, chłopaki często świrują, ale generalnie mam do nich duże zaufanie. Mam nadzieję, że mimo różnicy wieku będą wzorem dla Michałka i że będą mieli fajną relację.

Jutro piątek... A potem weekend. Plan na niedzielę - starsza czwórka do dziadków, a my łapiemy chwilę oddechu tylko z naszym maluszkiem. Mam nadzieję, że będziemy zdrowi i się uda.

A tu fajna parodia piosenki, tym razem nie o ciąży (pamiętacie "Wielkoformatową"?), tylko już po :P Wiele rzeczy przestało być aktualnych dla mnie (np. picie zimnej kawy czy asysta w kibelku - jednak nauczyłam się dbać też o swoje potrzeby w ciągu tych ostatnich lat i nie łamią mnie jęki dzieci pod drzwiami :P), za to baaardzo podoba mi się zakończenie :D To w chuście na głowie ;) Cała wredna ja, sasasa.

Ok spadam, poduszka wzywa...

Aha, jeszcze jedno - z powodu kasacji bloxa dużo Was pisze teraz gdzie indziej i nie u wszystkich mogę komentować (nie ogarniam tego, czemu mój komp blokuje wysyłanie komentarzy, tyle opcji sprawdzałam i nic). Ale czytam, czytam... Milcząco :)

Pozdrawiam ciepło!
Złapana za palce i serce <3

poniedziałek, 11 marca 2019

Wichrowy marzec.

Dwa tygodnie Michałka. Jak to pisałam nie tak dawno? Pstryk... Czas leci.

Pępek już prawie całkiem wygojony, odetchnęłam. Dziecię jeszcze żółte, ale wcina dużo, więc za jakiś czas żółtaczka powinna iść się bujać.

Pan Wielka Stopa :)
Za mną weekend w domu z chorym mężem i piątką małych ludzi, którzy co chwilę czegoś ode mnie chcieli. W efekcie ucierpiał mój ulubiony kubek (a mogłam w nerwach stuknąć czymś innym, tyle gorszych obok było...). Inna sprawa, że w moim przypadku stłuczenie kubka skutecznie resetuje złość i po sekundzie zbieram skorupy już o wiele mniej wkurzona. Jeśli ktoś jest cholerykiem (i ma dużo kubków w kuchni :P), to polecam.

Ech, a kiedy dzieci się denerwują, to staram się, by uczyły się panować nad emocjami. Hmmm. Chyba jednak powinnam być bardziej wyrozumiała, nawet wobec totalnej histerii.

Jednak trudno mi akceptować słabości swoje i swoich bliskich. I jakoś wyczuć, w którym momencie przycisnąć i wymagać, a w którym odpuścić. Ech wychowanie...

Najgorsze jest to, że po takiej akcji mam schiza, że się zdenerwowałam. I zapominam (a chyba nie powinnam), że wcześniej od rana (a w zasadzie przecież w nocy też) byłam dla dzieci cała i stawałam na głowie, żeby było im miło. Gofry, kawa zbożowa i herbata, wspólne czytanie, układanie puzzli, rozmowy, oglądanie bajki (na pierwszą niedzielę postu poszedł "Książę Egiptu", chyba nie przestanę nigdy się przy nim wzruszać)... Do tego sprzątanie bez przerwy, gotowanie, patrzenie czego Krzysiek potrzebuje. No tak, chyba powinnam być bardziej wyrozumiała też dla siebie oraz swoich nerwów.

W czwartek Rafałek skończy 7 lat. Siedem! Będzie torcik, prezenty i świętowanie w rodzinnym gronie. Przyjęcie dla kolegów przeniesiemy na kwiecień, bliżej urodzin Eli, bo wtedy Michaś będzie miał ten miesiąc skończony i będę spokojniejsza.

Swoją drogą brakuje nam tylko urodzin majowych i byłaby impreza za imprezą :P Może kiedyś to naprawimy :P

Chwilowo za oknem wiatr, w nocy dziś znowu szalała burza (uwielbiam zasypiać słysząc wyładowania za oknem, serio) i huragan. Siedzimy w domu.

A szkoda, bo w ogródkach przebiśniegi już przekwitają, za to jest pełno krokusów, a krzewy budzą się do życia już na całego. Marzec <3 Chciałoby się słoneczka i długiego spaceru. Kiedy wreszcie będę mogła wytoczyć nasz nowy czerwony michałkowóz z garażu (kolejny wózek, ile ich już mieliśmy w ciągu ostatnich 9 lat...)?

W zeszłym roku od kwietnia aż do jesieni było ciepło. Mam cichą nadzieję, że w tym będzie podobnie... I że to będzie mało chorobowy sezon. Ja i tak mam przed sobą wizytę u laryngologa - przez cała ciążę miałam z tym spokój, a zaraz po porodzie znowu odezwały się zatoki. No kocham to uczucie ucisku pod czaszką...

Ale jak mawiał pan Michał (Wołodyjowski, nasz własny jeszcze nie mówi :P), nic to ;) Teraz byle do lata. Trzeba nam się wygrzać w słońcu.

piątek, 8 marca 2019

8 marca.

Piątek. Jednocześnie Dzień Kobiet i pierwszy piątek Wielkiego Postu. W sumie jak dla mnie w sam raz, żeby się odnaleźć.

Bo z jednej strony po porodzie znowu czuję się sobą, kobietą. Czuję smaki i mogę cieszyć się dobrym jedzeniem (a wraz ze smakiem wróciła ochota na normalną zdrową żywność, a nie różne zapychacze). Znowu cieszą mnie ładne ciuchy, kolczyki, pomalowane na czerwono paznokcie. Nie mogę się doczekać, kiedy wchłonie się poporodowa oponka i będę mogła założyć normalne spodnie ;) I w ogóle tak mi lekko i wiosennie, mimo osłabienia. Marzy mi się tylko piękna pogoda i spacerki wśród kwiatów z moją piąteczką (btw na komodzie mam filiżankę z dwoma przebiśniegami, pierwszy w tym roku minibukiecik dostałam od Rafałka).

A z drugiej strony, choć wszystko we mnie śpiewa po tym czasie zawieszenia i trudności, cieszę się na ten Wielki Post. Bo tak sobie myślę: kurcze, Pan Jezus był ze mną przez ten cały czas, gdy było mi ciężko. Teraz moja kolej, żeby chociaż troszeczkę, na ile się uda, pobyć z nim.

Na ten czas polecam Szustaka, zwłaszcza poranna seria Wstawaków w wielkopostnym wydaniu mnie urzeka, bo opiera się o cytaty bardzo mi bliskiego ojca Joachima Badeniego. Także ten, warto...

poniedziałek, 4 marca 2019

Tydzień.

Michaś jest z nami po tej stronie brzucha już tydzień. Nie do wiary, jak szybko to zleciało, dopiero co szłam zdenerwowana na blok porodowy...

Za nami spokojny rodzinny weekend. Odbijamy sobie czas niepewności i oczekiwania. Jest wesoło :) Dzieciaki nie mogą się nacieszyć braciszkiem. Ja mogłabym się wpatrywać godzinami w słodki łepek i całować włoski. Jak dobrze móc go widzieć, dotknąć. Jak dobrze, że jest z nami. Że jest.

Dziś starsi rano wybyli z domu, a ja zostałam z młodszą dwójką. Odpoczęłam sobie. Mały głównie je i śpi, póki co jest bezproblemowy. Oczywiście trochę się stresuję, żeby mu minęła już żółtaczka i pępek się zagoił (u dziewczyn z tym drugim był problem). Ale mam nadzieję, że będzie ok. Teraz wieczorami i nocami będę się martwić o pięć osób, a nie o cztery. Taka cena bycia mamą :) Na samą myśl o tym, że któremuś z nich mogłaby stać się krzywda, czuję gulę w gardle i ucisk w piersi.

Oczywiście o Michałka bałam się już wtedy, kiedy był w brzuchu, ale inaczej. To tak działa, że od kiedy maluszek na mnie spojrzy po raz pierwszy swoimi małymi oczkami - wszystko się zmienia. Nagle się znamy i wiem, że zrobiłabym dla niego wszystko.

Jest piękny.

czwartek, 28 lutego 2019

Czas przedstawić Michałka :) Czyli historia dziwnego porodu.

Dziś Tłusty Czwartek i po pączku zjedliśmy, ale tylko tak sobie, przy okazji. Nie pączki nam były w głowie, bo - tadam! - wróciliśmy dziś do domu, ja i Michaś :) Wesoły to był powrót, bo odebraliśmy po drodze pozostałe dzieci i sobie jechaliśmy samochodem razem, tak po raz pierwszy w tym składzie... Ale od początku :)

W zeszły weekend czułam się strasznie dziwnie i źle już, jakby coś się miało zacząć. I brzuch pobolewał, ale bez szału. Nocami zwłaszcza nasłuchiwałam brzucha... coś tam się działo, ale potem przestawało. A ja cała w nerwach. Żeby o tym nie myśleć, działałam jeszcze w domu. I udało się wyskoczyć na miasto z Kasią, Alberto i ich chrześniakami (czyli Gabrysiem i Elą :)) do Słodkiego Wenzla na dobre ciacho i gorącą czekoladę.

Na poniedziałek 25 lutego miałam umówione ktg w szpitalu, więc pojechałam rano, odwożąc od razu starszaków... A tam się okazało, że już mnie nie wypuszczą, bo mam mega rozwarcie (na 6 centymetrów, fajnie że nic nie czułam...) i lekarka się zeschizowała, że może się wdać zakażenie. Także ten, cała w stresie poszłam załatwiać formalności i zadzwoniłam po Krzyśka, żeby się zjawił... Z jednej strony byłam przerażona (bo zaraz będzie bolało), a z drugiej czułam ulgę, że się skończą te nieprzespane noce i podłe samopoczucie. Papierkowa robota trochę trwała, znalazłam się na sali, hegar na pobudzenie skurczy... i nic :) Chodzę sobie, trochę gdzieś tam mnie boli, ale bez szału. Czekam na męża i staram się nie panikować, co będzie, jeśli nie zdąży (jasne, niby on nic nie ma do roboty, ale dla mnie bardzo ważne jest, żeby wtedy po prostu BYŁ).

Krzysiek dojeżdża, chodzimy sobie razem po sali, żartujemy. Dalej nic.

Ja już na wnerwie, kilka razy prosiłam lekarkę i położną o czas, bo chciały dawać oksytocynę.

W końcu się poddałam. Jeszcze raz ktg, przebicie wód płodowych i kroplóweczka z oxy. Od razu mega ból, taki że chce się zdechnąć (jak ktoś jest już mamą, to wie jaki ;)).

A jakieś niecałe 10 minut później (w książeczce mam napisane 5 minut, ale wierzyć mi się nie chce... pięciominutowy poród?!) miałam na brzuchu mojego małego synka. Michał Mikołaj urodził się o 14.30, błyskawicznie (tiaaa, a które nasze dziecko rodziło się powoli?) i szczęśliwie. Może nie był to idealny poród, bo wolałabym normalnie i bez tych przyspieszaczy, ale... ważne że wszystko udało :) Trochę tylko w szoku byłam, że jeszcze się dobrze nie zaczęło, a już się skończyło.

Zaraz po tym, jak zostałam przeniesiona na salę, przyszedł ksiądz z komunią. A ja sobie leżałam w białej pościeli na szpitalnym łóżku i mimo tego cholernego bólu czułam się jak w niebie... Potem zobaczyłam jeszcze, że akurat nad moim łóżkiem ktoś wetknął mały obrazem Marii z Jezusem na rękach. Pan Bóg jak zwykle miał poczucie humoru i pokazywał mi dyskretnie, że jest i prowadzi pewną ręką.

A teraz po tych kilku szpitalnych dniach jesteśmy już w domu. Dzieci śpią, Krzysiek śpi, Michaś właśnie się przyssał i wcina mleko (jak dobrze, że już dawno nauczyłam się jednocześnie karmić i pisać na komputerze :P), a ja piszę, żeby pamiętać. 

Jaki jest nasz mały rycerz? Bardzo podobny do rodzeństwa :) A jednocześnie taki jedyny w swoim rodzaju. Póki co (bo jak wiadomo to się wszystko może zmienić) ma raczej ciemniejszą cerę, ciemne włosy (jak Rafał i Ela na tym etapie), ciemnoszare oczy. Coś bardzo Gabrysiowego w rysach i spojrzeniu. Sarę też przypomina bardzo. Widać, jaka to linia produkcyjna :P Michałek ma dołeczek w brodzie, dzięki czemu wygląda jak jakiś gladiator czy inny heros :P Taaaki męski. To jego znak rozpoznawczy w naszym stadzie.

Ok, mały zaczyna się wiercić, idziemy się położyć i jeszcze trochę na siebie pogapić (nie mogę się nim nacieszyć! i tym, że jestem już w domu ze wszystkimi, tak bardzo za nimi tęskniłam). Zdjęcia wrzucę następnym razem :) Bardzo Wam wszystkim dziękuję za pamięć!!! Ściskam :))

czwartek, 21 lutego 2019

Niecierpliwie.

I dalej nic... Skurcze od czasu do czasu, z których nic nie wynika. Ile razy już prawie dostawałam zawału, że trzeba zaraz jechać do szpitala? Aaaaa... ;)

Dziś szary i chłodny dzień, ale była u nas Renfri z moim przyszłym chrześniakiem Elim (wreszcie będę chrzestną, jupiii :D) i pograłyśmy w "Kanagawę". Byle tylko nie siedzieć i nie myśleć... A w tak zwanym międzyczasie ogarnęłam trochę rzeczy w domu. Znowu działam, mimo zadyszki i ciężkiego tobołka z przodu. Gniazdo gotowe, mogę jechać, w razie czego poradzą sobie beze mnie. Nawet skarpetki i majtki dzieci odszukane i zaniesione na miejsce (czy tylko u nas te części garderoby znikają w dziwnych miejscach i są upychane pod szafami i za kaloryferami przez właścicieli jakoś mimochodem? a potem wyjmuję je puchate i szare od kurzu, jak kocie ogony).

Okna umyte, kwiatki podlane, podłoga odkurzona.

Za nami ładne przedwiosenne dni i pierwszy długi spacer z Sarą. Wizyta na placu zabaw w słońcu, wyglądanie krokusów i przebiśniegów, pokazywanie pączków i bazi na gałązkach... Nawet do kościoła weszłyśmy na chwilę się pomodlić. Bardzo mi to pomogło i dodało otuchy. Ikona Michała Archanioła... No komu jak komu, ale jemu powinno zależeć teraz, żeby się nami opiekować ;)

Gabryś opanowuje tabliczkę mnożenia i bardzo go to cieszy, myśli o jakimś konkursie matematycznym. Rafałek z kolei miał prezentację (o ziemi, ruch planety, budowa, wędrówki kontynentów itp) i też przeżywał, że takie ma już poważne rzeczy na głowie ;) (sam się zgłosił, podziwiam go, bo lubi takie występy publiczne, podczas gdy ja i pierworodny na samą myśl bledniemy :P i wolimy działać po cichu, na piśmie).

Eluśka ostatnio nerwowa i chwilowo trudniejsza w obsłudze, zachowuje się czasem jak dziki źrebak (i wszystko jest na nie, a o sprzątaniu to można pomarzyć). Inna sprawa że po kilku wizytach u logopedy poprawna wymowa idzie jej coraz lepiej, więc też czegoś się uczy i czymś spina... Skoki rozwojowe ech...

Whatever, jutro ostatni dzień w tym tygodniu wczesnego wstawania, a potem weekend. Może to będzie TEN WEEKEND? Niezapomniany? Tak bardzo chciałabym już mieć siłę do szaleństw z dzieciakami. Obiecaliśmy sobie, że będziemy wcinać sushi, tańczyć, śpiewać, spacerować... W trzecim trymestrze zawsze rośnie lista rzeczy, za którymi się tęskni. Połóg? Pff. Pewnie, będę uważać, ale... Przede wszystkim chcę działać. Już się naodpoczywałam :P Wystarczy, mam dość leżenia i slow life'u. Powrotu do intensywnego życia mi się chce.

A tego dziś sobie słuchałyśmy. Piękne:
Takie z innej bajki ;)

A tu z jeszcze innej bajki i jeszcze innego kontynentu - Szustak. O tym, co najważniejsze. Słuchać, oglądać! :)

poniedziałek, 18 lutego 2019

Ktg, wróble i przebiśniegi.

Minął kolejny tydzień, a maluch dalej grzecznie siedzi w brzuchu. Teraz to już czekamy - na wyjście ;) Zwłaszcza ja. Pewnie, jest stresik, kiedy i jak to będzie, ale marzy mi się już oddział noworodków z tym swoim specyficznym zapachem i małe zawiniątko. No i ja lżejsza, potrafiąca założyć sobie spodnie i skarpetki bez problemu :P

Dziś byłam w szpitalu na ktg i kontroli.. Jak się sytuacja nie rozwiąże, to mam się zgłosić na kolejne za tydzień. Wody w normie, dzieciak grzecznie współpracował podczas zapisu i generalnie czeka sobie cały czas łebkiem w dół. Tylko ja miałam nerwa, żeby mi lekarka nie wywołała porodu podczas badania, tak jak się to wydarzyło przy Eli, bo Krzysiek daleko :P Ale udało się przetrwać i wrócić do domu.

W szpitalu pytania zdziwionych pacjentek: ale jak to, piątka dzieci, jak pani daje radę, jak mi z dwójką trudno? I ta odpowiedź, w którą trudno uwierzyć, zanim się nie doświadczy - z trzecim jest łatwiej, a potem to już w ogóle z górki :P

Od kilku dni mamy ciepłe, słoneczne dni (choć rano przymrozki). Wracałam w płaszczu narzuconym na koszulkę (jak lekko bez swetra!), widziałam ogródek pełen przebiśniegów kiwających na wietrze białymi główkami i słuchałam śpiewu wróbli i sikorek w żywopłotach. Zima powoli dogorywa :)

Kiedy dotarłam do domu, popatrzyłam ze zgrozą na nasze okna - ło matko, jakie brudne! No więc tego, w pokoju dzieci już umyłam, w naszym zaraz będę myć :P Już mogę, a co :)

Czekam na Krzyśka i starszą trójcę. Jednak spokojniejsza jestem, gdy są w domu - w razie gdyby coś się zaczęło, łatwiej ogarnąć sytuację...

W ten weekend będzie szantowy festiwal w Krakowie, ale niestety w tym roku ewidentnie nie damy rady iść. Nic to, posłuchamy sobie grzecznie szantów w domu.

wtorek, 12 lutego 2019

Wielkoformatowa ja... still :)

Pytacie, co na froncie :)

Otóż nic, dalej czekamy. Ale jak widać na suwaczku powyżej - zaczął się 37 tydzień, także już raczej luzik. Proszę o modlitwę za szczęśliwe rozwiązanie ;) A kiedy ono będzie, to już zobaczymy. Może niedługo, może dopiero początkiem marca... Może w Walentynki? :) Albo w urodziny taty (4.03)? Chociaż chyba wolałabym jeszcze w lutym. I wreszcie odetchnęła, bo to napięcie wyczekiwania mnie już dobija, a poród śni mi się po nocach (kiedy już uda mi się zasnąć).

Żeby mi się nie nudziło tak całkiem, to dzieci dostarczają atrakcji. Wczoraj na ten przykład byłam z Gabrysiem u dentysty. Pierwszy raz coś mu się działo zębowego, ale jak już, to szybko i z przytupem. Stan zapalny i przetoka w dziąśle. Mam wyciskać ropę i smarować dentoseptem, a za dwa tygodnie kontrola. Jupi... Tyle dobrze, że to w mleczaku. Mam nadzieję, że to tylko tak... i że nie odziedziczył ząbków po tacie, bo pójdziemy z torbami (ja u dentysty byłam tylko kilka razy w życiu z czymś konkretnym, Krzysiek lata aż za często i rwać musi, bo leczenie nie działa).

Poza tym właśnie w tej końcówce stanu błogosławionego (jak ja "kocham" to określenie... :P) znalazłam piosenkę idealną:

Wielkoformatowa ja
Wielki format mam bebzona
Wielkoformatowa twarz
Roluje mi się druga broda 

Myślałam, że wyglądam dość CUTE
W mojej czarnej obcisłej sukience
Ale na zdjęciach okazało się
Odcięte majtki i otyłe ręce 

Wiem o dietę teraz muszę dbać
Sałata, ryba, pasztetowa
Lecz co poradzić na to mam
Gdy myślę „pizza i uczta lodowa”

„Och jak cudownie musisz się czuć
To przecież niesamowite
Że w brzuchu twoim jest mały cud”. 
Tak, ale dotkniesz brzucha i nie żyjesz! 

Znowu wkurza mnie twoja twarz
Znowu zgaga w przełyku
Znowu myślę o imieniu Tomasz
Znowu muszę iść siku
Znowu widzę poród online
Znowu żrem kwas foliowy
Znowu czwarta nie mogę spać
Znowu wafel ryżowy 

Już nie pamiętam jak to jest
Zobaczyć swoje własne stopy
Emocje to już level hard
Wzruszyła mnie reklama Skody

Bo rozum jakby znika mi
I ciągle czegoś zapominam
Gdzie wsteczny a gdzie pierwszy jest bieg
Te dwie stłuczki to nie twoja wina

Wciąż staram się pamiętać, że
Tak chciałam się tym wszystkim cieszyć
Lecz śmiech to dla pęcherza wróg
Ja śmieję się a coś mi leci 

Ten czas już trochę dłuży się mi
No bo ile można być w ciąży?!
Jak mnie natną do szyi to nic
Byle przed wywoływaniem zdążyć

Znowu wkurza mnie twoja twarz
Znowu zgaga w przełyku
Znowu myślę o imieniu Tomasz
Znowu muszę iść siku
Znowu widzę poród online
Znowu w brzuchu obcego mam

Buahahaha, padłam, zwłaszcza przy reklamie Skody :P Cóż dodać... Nie wiedziałam, że istnieje coś takiego, jak Mama Lama (za dużo tego wszystkiego do odczytania i wysłuchania w sieci, nie ma szans ogarnąć), ale muszę nadrobić i poznać.

Za oknem przed chwilą coś sypało na biało. Ale! Pod Wawelem został wypatrzony pierwszy fioletowy krokus, widziałam na zdjęciu. Także ten. I ptaki już śpiewają tak inaczej, kiedy tylko nie ma mrozu. I błotko pachnie. Ta zima kiedyś musi minąć... Jeszcze troszkę.

Jak w moim kochanym filmie... ;)

czwartek, 7 lutego 2019

Wzrastanie.

Już prawie północ. Wszyscy śpią. Maluch w brzuchu chwilowo też, choć jeszcze przed chwilą mocno wierzgał. Jakiś mały Chuck Norris mi rośnie... Urodzi się pewnie kopiąc z półobrotu i już z zarostem :P Masakra, boooli, kiedy tak się wierci. Już mi się tak marzy, żeby było po wszystkim, a tu przecież muszę uważać, żeby jeszcze trochę wytrzymać. Może się uda. Każdy kolejny dzień jest ważny.

Oczywiście powinnam leżeć, no ale... Leżeć to sobie mogłam w pierwszej ciąży, potem już tak łatwo nie było. Teraz mam o tyle dobrze, że starsi rano wychodzą, a Sara w zasadzie jest łatwa w obsłudze. Teoretycznie, bo dziś na przykład przytrzasnęła sobie palec drzwiami i zastanawiam się tylko, czy zejdzie jej kolejny paznokieć (tak, zaliczyła już taką przygodę i jeden z paznokci ma całkiem świeży... może kurcze wystarczy takich atrakcyjnych widoków?). Po godzinie płaczu, że boli - zasnęła, ale potem obudziła się znowu z fochem na świat i teraz pokazuje każdemu, jaki to ma zraniony paluszek. Tyle dobrze, że tym razem to wskazujący, bo nie tak dawno wymachiwała każdemu przed oczami środkowym, zmieniającym kolory w odcieniach kojarzących się z Halloween :P

Za nami przedstawienia naszych przedszkolaków dla babci i dziadka (opóźnione nieco w tym roku z powodu ferii). Było pięknie i strasznie się cieszę, że udało mi się być. Maluch grzecznie siedział w brzuchu i tańczył tylko podczas piosenek :P a ja mogłam podziwiać występy. Jak oni urośli, jakie już mają poważne role... Dopiero co byli malutkimi trzylatkami. A przecież jak dobrze pójdzie, to za rok na scenie zobaczę Sarę... Ela będzie poważną (ehem, już to widzę) sześciolatką, a Rafał pierwszoklasistą. Nie, nie mam tej tendencji charakterystycznej dla wielu mam, żeby żałować upływu czasu. Bardzo się cieszę, że oni rosną i są coraz bardziej samodzielni. Ale jest to dla mnie naprawdę fascynujące, jak z takiej fasolki w brzuchu wyrasta osobny, coraz bardziej świadomy siebie człowiek. Nie maluszek mamusi, uwiązany pępowiną na wieki wieków, ale ktoś, kto ma swój świat, swój charakter, wrażliwość. Z kim można się wymienić doświadczeniami i nie tylko dać siebie, ale też wyjść z tego spotkania ubogaconym - bo w nie tak dawno małym człowieku odkrywa się nagle kogoś z zupełnie odmiennym, ciekawym i niepowtarzalnym spojrzeniem na rzeczywistość. Dorastanie kojarzy się z trudem i zmaganiem, utratą dziecięcej niewinności i ufności, ale w sumie jest czymś niesamowicie pięknym. Potrzebnym. I niebezpiecznym też, owszem.

Przerażają mnie historie kobiet piorących skarpetki swoim trzydziestoletnim (zdrowym) synom i mówiących, że to mężczyźni ich życia. A także tych szczęśliwych, że "cała rodzina poszła w świat, tylko córka mi na szczęście w domu została i będzie wspierać na stare lata". Bo "syna się wychowuje dla obcej kobiety, ale córka to zawsze przy matce!..." Brrr. Skąd ludzie biorą takie makabryczne pomysły?

Whatever, tak mi się myślami wybiegło w przyszłość, a na razie jest teraz. I tylko to teraz jest pewne i ważne. Można tylko prosić Pana Boga, żebyśmy - jakkolwiek by się nasze drogi nie ułożyły - spotkali razem w niebie. On już tam najlepiej widzi, co nam jest potrzebne, żebyśmy dotarli.

Moje tu i teraz chwilowo jest już nerwowym (przyznaję!) oczekiwaniem. Jest i radość, że to tak blisko, i niepewność, i strach przed cierpieniem (według Coelho gorszy niż samo cierpienie, ale w przypadku bóli porodowych nie byłabym tego taka pewna :P). Krzysiek też w napięciu, niewiele mówi, robi swoje, ale widzę, że przeżywa. I dzieci również coraz bardziej niecierpliwe, bo chciałyby zobaczyć i przytulić już, zaraz, teraz. Taki specyficzny czas.

Bardzo znaczące jest dla mnie to, że Pan Bóg znowu dał mi się zgrać z cyklem przyrody, taki prezent od niego... Kto jak kto, ale on to najlepiej wie, jak bardzo jestem wyczulona na to wiosenne oczekiwanie i pojawianie się nowego życia, zaglądanie do ogródków czy (później) wzruszanie się widokiem jajek w gniazdach. I znowu bach! Jestem jak ziarno, które ma się rozpaść, żeby dać życie. Mało to przyjemne i przyznaję, wolałabym jakoś tak łatwiej to załatwić, bezboleśnie, bez tracenia kontroli nad własnym ciałem. Bohaterka ze mnie żadna i boję się bólu. Ale po trudzie tym większa radość z daru... Nie ma zmartwychwstania bez krzyża. Ani krzyża bez niedzieli wielkanocnej. Dla tego doświadczenia warto poświęcić swoją wygodę i poczucie bezpieczeństwa.

W kalendarzu karnawał, a u mnie już zaawansowany Wielki Post w tym roku. To akurat się trochę rozjechało ;) Rekolekcje też mi już trwają, potem może nie będę miała na nie czasu :P

czwartek, 31 stycznia 2019

Pstryk.

Ostatni dzień stycznia. Już jutro zaczyna się najkrótszy miesiąc w roku, przedwiosenny luty, który lubi zaskakiwać przebiśniegami :) Czekam, czekam... na te cieplejsze dni, roztopy, zapach ziemi i kiełków... Za nami już kilka takich dni zwiastujących wiosnę i naprawdę dodały mi otuchy. Tak bardzo tęsknię za ciepłem, światłem, kwiatami, spacerami z dziećmi... Ostatnio udało nam się tak wyrwać na pobliski plac zabaw, stado się wyszalało, a ja mogłam tylko patrzeć i odpoczywać. Uff...

W ogóle dziwnie, dopiero co witaliśmy nowy rok, a tu już pierwszy jego miesiąc minął, ot tak. Pstryk.

Jeszcze kilka pstryków i będzie lato...

A w międzyczasie urodziny dzieci. 9, 7, 5, 3. W tym roku nieparzyście. Rośnie fantastyczna czwórka... No i maluch do nich dołączy, ciekawe kiedy?

Mam nadzieję, że nie wcześniej, niż za dwa tygodnie... Wczoraj byłam u lekarza i mam na siebie uważać, bo tradycyjnie już jest opcja przedwczesnego porodu. No cóż, tak już mam. Ze wszystkich dzieci do tej pory wcześniakiem był tylko Rafałek, resztę udało mi się jakoś donosić (choć do terminu nigdy nie dotrzymałam :P). Oby do 37/38 tygodnia. Może się uda...

Z jednej strony jestem mega podekscytowana, że to już tak blisko. A z drugiej, nie oszukujmy się - przerażona. JAK TO BĘDZIE TYM RAZEM? W końcu tego się nie da zaplanować i pozostaje tylko ufać, że będzie dobrze. Ale stresik jest :)

Tak bardzo chciałabym mieć to już za sobą...

Luty w tym roku w całości karnawałowy, ale mnie wyjątkowo już imprezy nie interesują :P Tańce też nie. Ani pączki (zgaga...). Cóż, będę nadrabiać później.

Ale zamiast tego balowania marzy mi się słońce. Pączki - te na krzewach. I spokojne czekanie na małego człowieka.

A w utrzymaniu spokoju, zamiast melisy, pomaga mi dalej Szustak w ilościach hurtowych. Tutaj w Australii: