środa, 26 listopada 2014

Ostatnie urodziny z dwójką z przodu ;)

Ano tak... 29 lat temu koło południa przyszła na świat Tusia - czyli ja :)

Między brzozami.
W butach taty :)
Imprezy urodzinowej nie organizuję, bo nie lubię. Ale rano otworzyłam sobie ewangelię.

Nie sądźcie, że przyszedłem pokój przynieść na ziemię. Nie przyszedłem przynieść pokoju, ale miecz.
Bo przyszedłem poróżnić syna z jego ojcem, córkę z matką, synową z teściową;
i będą nieprzyjaciółmi człowieka jego domownicy.
Kto kocha ojca lub matkę bardziej niż Mnie, nie jest Mnie godzien. I kto kocha syna lub córkę bardziej niż Mnie, nie jest Mnie godzien.
Kto nie bierze swego krzyża, a idzie za Mną, nie jest Mnie godzien.

Kto chce znaleźć swe życie, straci je, a kto straci swe życie z mego powodu, znajdzie je.

Poczułam się wolna.

Poza tym  czuję od rana, że to mój dzień. Nawet jeśli muszę go spędzić w domu z dziećmi. Gabryś nie poszedł do przedszkola, bo ma chore gardło, a Ela jest na antybiotyku i martwię się o nią (oskrzela...).  Ale będziemy się dobrze bawić :) Szkoda tylko, że Krzysiek dziś wróci późno z pracy.

Jak zawsze tego dnia, wrzucam "coś dla mnie":

...i spadam do swoich zajęć. Trzymajcie się ;)

sobota, 22 listopada 2014

Jak Bóg precyzyjnie spełnia marzenia.

Sobota. Miało być tak, że Krzysiek z Gabrysiem jadą na eucharystię, a ja z dwójką chorowitków zostaję w domu. Ale wyszło inaczej... W trakcie ich przygotowań do wyjścia zauważyłam, że Gabryś jest jakiś nieswój. Okazało się, że ma gorączkę.

Perspektywa zostania samej (tak dla odmiany, po tygodniu odsiadki...) z pakietem chorych dzieci doprowadziła mnie do mega doła. Wobec tego Krzysiek w nagłym przebłysku zadeklarował, że może z nimi zostać, a ja mam jechać. Nie wiem, czemu wcześniej nie przyszło mi to do głowy. Jakoś nie mogę się przyzwyczaić, że Ela te parę godzin beze mnie umie już wytrzymać.

Telefon do znajomych. I już po chwili jadę z nimi na eucharystię. Zdziwiona, niby więzień wypuszczony nagle na wolność. Tyle że więźniowie nie mają chyba czerwonych bluzek z cekinami, cygańskich spódnic i kozaczków.

Na eucharystii dociera do mnie, że to ostatnia niedziela tego roku liturgicznego i że to przypomnienie, że Jezus jest Królem Wszechświata. Także bajka o Kopciuszku, który ląduje na balu u króla nagle się zaktualizowała... Kopciuszku, który zakopał się w pieluchach i syropkach na kaszel. A tu taki Król... Nie musiałam gubić pantofelków i się tłumaczyć, on sam wiedział, czego mi trzeba i za czym tęsknię.

Po pięknej eucharystii (na której nawet prezbiter w trakcie homilii zaśpiewał po góralsku i się rozpłynęłam) okazało się, że mam okazję wybyć ze znajomymi na miasto, żeby świętować zaręczyny znajomej. Telefon do Krzyśka jak tam w domu i czy mogę jeszcze zostać... A potem szczęśliwa jadę tramwajem i ROZMAWIAM Z LUDŹMI - takimi, którzy mają więcej niż 4,5 roku ;)

Wisienką na torciku był ten moment, kiedy się zorientowałam, gdzie wylądowaliśmy. W knajpie na Kazimierzu, tuż obok synagogi, której zdjęcie pojawiło się w ostatnim poście. A w tle leciała moja ukochana piosenka Grechuty, którą zresztą dopiero co przypomniała mi Rut. I nagle świeczki stanęły mi w oczach. Jak niewiele trzeba (a może wiele?), żeby nagle poczuć się tak szczęśliwym i dopieszczonym. Przepełniło mnie poczucie wdzięczności...

A kiedy wróciłam do domu, wszystko było w najlepszym porządku, dzieci przeżyły :) I dostałam smsa, że znajomi spodziewają się maleństwa (szóstego :)). To się nazywa dobry dzień...

Teraz mam siłę, żeby znowu się zmagać z codziennością. I się nią cieszyć.

czwartek, 20 listopada 2014

Przy karmelowej kawie...

Jest druga po południu.

Od godziny siedzimy z Elą i Rafałkiem przy zaciągniętych do połowy roletach i zapalonym świetle. Za oknami ciemno. Od rana szaro, buro i ponuro. Już któryś dzień.

Żeby było weselej, smarkamy wszyscy w trójkę. Na dodatek Ela kaszle jak gruźlik. Dobrze, że Gabryś zdrowy i siedzi teraz w przedszkolu niczym w sanatorium, żeby mieć z nami jak najmniej do czynienia i się nie zarazić. Pewnie w przedszkolu dzieci też smarkają... ale przynajmniej ja tego nie widzę :) Poza tym z tego co wiem, to chodzi teraz jednak trzecie grupy, reszta też poległa...

Jakoś mi smętnie ostatnio. Czasem fajnie tak przysiąść w domu, w cieple, rozgrzać się herbatą z malinami i dobrym obiadkiem (dziś u nas kurczak curry ;))... Ale po jakimś czasie to się robi męczące. I ten cholerny brak słońca. Ja chcę na Karaiby...

W dodatku przeczytałam trzecią część "Bridget Jones" i jestem w żałobie po Marku Darcy'm.  I jestem zła na Helen Fielding. Jak można uśmiercić idealnego faceta?! To moja miłość z czasów liceum (jedna z wielu, ale jednak! :P).

Żeby jakoś sobie poprawić humor, siedzę przy kompie z dużym kubkiem kawy karmelowej. To znaczy zwykłej kawy z mlekiem i dużą ilością karmelowego syropu (mój ostatni wynalazek, syrop i mieszankę przypraw do kawy upolowałam w Lidlu). Czas na przerwę... Mogłabym robić teraz milion rzeczy, które na mnie czekają (na przykład zrobić porządek ze stertą wypranych ubrań na moim łóżku), ale - ileż można. Wolę mieć artystyczny nieład w mieszkaniu, niż pogrążyć się w depresji z powodu wyczerpania niekończącą się domową robotą.

Marzy mi się włóczęga po mieście... Na przykład po Kazimierzu. Mój tata zrobił tam ostatnio dużo zdjęć. I zatęskniłam za zapiekankami z Placu Nowego i grzańcem w którejś z tamtejszych knajp.

czwartek, 13 listopada 2014

Dialogi. Z sercem.

Wchodzę do pokoju. Elula siedzi, obłożona zabawkami i poduszkami. Na mój widok uśmiecha się szeroko.
- Mamamamamama!
No ładnie. Dopiero co czekałam na jej narodziny, a ona już do mnie gada i czaruje. Prawie słyszę, jak świszczy w uszach przepływający czas. Kolejny schodek za nami.
- Co tam, Elusia? Bawisz się  grzechotkami?
- Blwwwww! Glugluglu, gwwwww - odpowiada zadowolona Ela, a ślina ścieka jej po brodzie.
Skończył się etap pisków i krzyków... Już niedługo usłyszę prawdziwe "mama" :)

***

Rafałek  siedzi przy stole i majstruje coś z klocków z zafrasowaną miną.
- Co to jest? - pytam, patrząc na tajemniczy stożek.
- Lakieta! - odpowiada młody.
No tak, co innego mógłby zbudować... Na ciuchcię to wszak nie wygląda.
- A dla kogo to rakieta? - drążę temat, bo a nuż będę musiała się przygotować na rychły wylot na księżyc.
- Eluli!
- To Ela tym poleci?
- Tak. Sięzyc!
- Poleci na księżyc? A nie będzie się bała?
- Nieeeeee. Ona miła!
Tak. Dla Rafałka "miły" oznacza wszystko: od fajnego, przez dobrego, na odważnym kończąc. "Miłe" są też wszystkie groźne stwory, których Rafałek się nie boi (tak twierdzi, pokazując np. na krokodyla w książce).
- A ty też polecisz rakietą?
- Tak! Duzą.
- Dużą? Sam taką dużą polecisz?
- Nie... Ja i Plaple. Lazem! Lakietą taką duzą. Polecimy!
Co to za wycieczka na księżyc bez brata :)
Urzeka mnie to, że - mimo iż często lecą wióry w trakcie kłótni - nasza trójka tak o sobie myśli.

***

Popołudnie. Idziemy naszą uliczką. Jest już ciemno, zapalają się latarnie. Dywan mokrych liści tłumi odgłos kroków. Pcham wózek z dwójką maluchów, obok podskakuje mój pierworodny z plecaczkiem na plecach. Czapka znowu przesunęła mu się na bok.
- Co tam dziś robiliście w przedszkolu? Tańczyliście?
- Uczyliśmy się dziś nowych kroków. O tak! I jedliśmy jabłko na deser, i ciasteczka z pestkami dyni.
- A bawiłeś się z kimś?
- Tak, z Łucją i Tereską, i Arturem, i Dominikiem... I innymi dziećmi. I zgubił się w sali magnetofon. A tutaj popatrz, pani mi przykleiła naklejkę z pieskiem!
Mój malutki Gabryś... Taki już duży :) Dobrze za nim tęsknić cały dzień, ale jeszcze lepiej móc z nim w końcu porozmawiać.

sobota, 8 listopada 2014

Moja skrzynia wspomnień.

Sobotni wieczór. Wróciliśmy z eucharystii, położyliśmy dzieci spać. Krzysiek też padł przy okazji ;) A ja wysprzątałam kuchnię na jutrzejsze śniadanie i wspólne laudesy (genialna okazja do wspólnej modlitwy i mówienia dzieciom o Bogu). Wykąpałam się (nic mnie tak nie odpręża jak wejście do... no prawie wrzątku ;)). A teraz - siedzem i piszem.

Zauważyłam, że ostatnio głównym powodem mojego blogopisania jest to, że nie mam czasu pisać maili... Odpisywać wszystkim tak, jak bym chciała. Więc liczę na to, że znajomi tu wejdą i przeczytają (wiem, że wiele osób tak robi...). I nie będą mieli za złe, że nie piszę osobiście.

W ogóle staram się nie tracić za dużo czasu na neta... Mogłabym tu siedzie3ć i siedzieć, bo lubię czytać, lubię szukać nowej muzyki, inspiracji. Ale kurcze czasu to w nadmiarze nie mam :) No i wolałabym, żeby komputer był w dalszym ciągu tylko narzędziem, a nie moim idolem. Tak samo ten blog - niestety nie mam czasu nawet na komentarze odpisywać (choć zawsze mnie cieszą), ale wolę robić inne rzeczy, niż żyć w sieci. Dlatego też nie mam profilu na FB, hehe.

Ale notki piszę. Dawniej, jak zaczęłam pisać, to się zastanawiałam, czy będę kiedyś czytać stare teksty, wspominać. I faktycznie, to działa. Teraz często sprawdzam, co się działo te parę lat temu, jak zachowywali się chłopcy, jak to było na początku... O wielu rzeczach bym zapomniała, a tak, to mam pamiątkę :)

Tak więc dziś chyba napiszę parę rzeczy ku pamięci. O dzieciach właśnie.

Zacznę od Eluni, bo póki co nasza gwiazdka nami rządzi :) W sposób uroczy, jak mała Arwen... Bez krzyku, bez fochów. Po prostu jest z nami, uśmiecha się do każdego, patrzy uważnie swoimi szarymi oczkami, dotyka coraz częściej łapkami... I wszyscy mają świra na jej punkcie. Elusia siedzi już pewnie i intensywnie poznaje otoczenie. Raczkuje póki co do tyłu, ale widać, że coraz lepiej jej to wychodzi. No i bystra jest, wszystko bierze do rączki, analizuje z powagą ^^, a jak coś jest poza zasięgiem łapek, to rzuca się jak mały szczupak. Czasem kończy się to uderzeniem nosem w podłogę i chwilowym płaczem, ale - nie rezygnacją z poszukiwań. Już nie pamiętam, czy chłopcy też byli tacy uparci :) Co do jedzenia, to póki co rządzi mleczko mamy. Nowe dania służą głównie do wyplucia. Jakoś mnie to nie martwi, tak jest taniej ;D A tak na serio, to na wszystko przyjdzie czas.

Rafałek... Tak długo czekałam, aż zacznie mówić, tak się zastanawiałam, jak to będzie... Teraz nie mogę się nacieszyć :D Dlatego kolejny raz o tym piszę. W dodatku jest trochę jak w kawale ("A gdzie kompocik?"). Bo wprawdzie długo nic nie mówił, ale za to jak zaczął, to od razu poprawnie. Gabryś mówił bardzo dużo i szybko, ale wiele rzeczy po "gabrysiowemu". Dużo słów znaliśmy i rozumieliśmy tylko my. Np. słynne "bamędzie" (czyli po prostu banany). Rafałek takich neologizmów raczej nie popełnia i wymawia nowe słowa precyzyjnie, z całkiem niezłą dykcją. "Mleko", "kocyk", "maliny"... Zasypuje mnie słowami, które musiał kiedyś zapisać w głowie  i nagle zaczął używać bez problemu - jakby otworzył jakiś kuferek czy coś. Co poza tym o Rafałku... Jest fanem rakiet i ciągle ogląda bajki o lotach kosmicznych. Oczywiście pasjonują go też ciuchcie, ale nasi chłopcy generalnie są nieuleczalnie chorzy na lokomotywy, więc już nie zwracamy na to uwagi. A wieczorami modli się za nas, a także... za myszkę Miki, Pluta i Donalda. I ulubionego Goofy'ego :D Jest małym, odważnym rozrabiaką i w dalszym ciągu lubi psocić, a potem się wykręcać z uśmiechem. Ale ma dobre serduszko i jak się coś komuś dzieje, to pierwszy leci pocieszyć.

Gabryś. Najtrudniejszy skarb, bo pierwszy i większości rzeczy uczymy się na nim. Ale mimo problemów typu: mega narzekanie i zwracanie na siebie uwagi od czasu do czasu, no i tendencji typowo introwertycznych (które mam i ja, i Wilkołak, więc wszystko w rodzinie...) - to nadziwić się nie mogę, jaki mi się mądry i wrażliwy chłopak trafił. Już się przyzwyczaiłam do tekstów typu: "Te liście nie są żółte, są złote, bo w świetle błyszczą się jak złoto" czy "Zastanawiałem się nad tymi chmurami i doszedłem do wniosku, że porusza je wiatr". Poza tym dalej jest ostrożny i nie lubi nowych sytuacji, rozkręca się dopiero po pewnym czasie. Ale wtedy działa energicznie. A jeśli kogoś pozna, to może zagadać na śmierć. I trzeba go prosić, żeby na chwilę posiedział w ciszy (co wychodzi mu średnio...). Bardzo lubi być chwalony i wiele rzeczy robi, żeby się wykazać (maluje, buduje, pomaga - żeby go docenić). Potrzebuje słyszeć, że coś zrobił dobrze i sam kilka razy się upewnia, czy podobało mi się to, co zrobił. No i na siłę próbuje robić śmieszne rzeczy, żeby być w centrum uwagi (odkąd pamiętam mam to samo, zawsze chciałam uchodzić za "tą zabawną"), więc póki co zasypuje nas nie zawsze zgrabnymi żartami czterolatka, czasem zasłyszanymi w przedszkolu. Ale to też ma swój urok :)

I takie to są nasze skarby na początku listopada tego roku.

Kończę, czuję już zew poduszki... Wrzucam jeszcze moje niedawne odkrycie, miłego  słuchania. Chociaż może lepiej posłuchać rano, bo pobudza jak kawa ;)

czwartek, 6 listopada 2014

Świetliście.


Gabryś od wczoraj wrócił do przedszkola. Rafałek też już zdrowy. Tylko Ela dalej zakatarzona i kaszląca. Mam nadzieję, że to minie. I że wrócimy do normalnego trybu życia. W zeszłym roku w ogóle nie chorowaliśmy... Teraz to pewnie zasługa przedszkola. Cóż robić, może w końcu się uodpornią dzieciaki.

Co poza tym? Cieszymy się niezwykłą pogodą :) O tej porze roku, kiedy niebo jest bezchmurne, a światło pada pod dziwnym, zimowym kątem, wszystko jest takie... piękne i niezwykłe. Zupełnie inne, niż w lecie, ale urzekające. I ten miodowy blask o wschodzie słońca... Niby dni krótsze, ale za to człowiek w tej ciemności bardziej cieszy się światłem. I jakoś je... celebruje.

Zwykle w takie dni lubiłam się zakopywać pod kocem z książką i kubkiem herbaty z miodem. Teraz takie wylegiwanie się to nieosiągalne marzenie :P Ale biegając po domu wypijam jeden kubek zielonej herbaty z miodem za drugim. Trzeba sobie jakoś rekompensować braki ;) Poza tym "zwykle" - czyli dawniej, przed dziećmi - to ja budziłam się późno i z tego dnia niewiele miałam, żyłam nocami. A teraz mogę się budzić przed świtem i cieszyć jasnym dniem.

...i padać ze zmęczenia przed północą. Hurra! xD

sobota, 1 listopada 2014

Kochany Listopad.

Zaczął się jeden z moich ulubionych miesięcy w roku. Wprawdzie ciemny i zimny, ale pachnący nadzieją... I nowym życiem.

Chyba tak to już jest, że mamy sentyment do miesiąca, w którym się urodziliśmy. Moje urodziny są właśnie pod koniec listopada. W dodatku już trzy razy w listopadzie byłam na początku ciąży i z małym jeszcze brzuszkiem przeżywałam... przedsmak adwentu :)

No i jak tu nie lubić miesiąca, który zaczyna się tak pięknym świętem? Dzień, kiedy wszyscy święci są jakby bliżej nas, kiedy Niebo jest prawie namacalne... To znaczy przecież zawsze to wszystko jest blisko - ale tego dnia człowiek bardziej to widzi.

Dziś udało mi się urwać na parę godzin i iść na cmentarz. Jutro zamierzam zrobić to samo.

Zostawiłam kaszlących chłopaków (leki działają i na szczęście jest już lepiej) i zasmarkaną (niestety...) Elusię z Krzyśkiem i wybyłam. Pomodliłam się przy grobie mojego ukochanego dziadka. Kupiłam bukiet róż i świetlisty, jakby elfowy znicz. I długo tam stałam. To jeden z tych grobów, przy których mogłabym spędzić godziny...

Dziadek odszedł na drugą stronę w listopadzie. Pod koniec listopada ma swoje urodziny dla Nieba.

Długo dziś myślałam o tych wszystkich bliskich, którzy są po drugiej stronie. O wspólnych Wigiliach, urodzinach... Pocieszająca jest myśl, że kiedyś znowu spotkamy się przy długim stole.

A na razie obrót - teraz to my musimy pokazywać dzieciom to wszystko, co sami wspominamy. Robić wspólne spotkania z dziadkami, chodzić na groby, gotować razem barszcz wigilijny, ubierać choinkę, śpiewać kolędy i opowiadać o Bogu. No i troszczyć się o to, żeby było komu to przekazywać ;)

Ze wspomnień i jakiegoś smutku wyrwał mnie powrót do domu i śmiech dzieci. Jak to dobrze, że mamy siebie...

A tak jeszcze w temacie przemijania, nasz prywatny kalendarz mówiący o upływie czasu:

2010
2012
2014