piątek, 25 listopada 2016

Jutro 31 na torcie.


Tak jak w tytule. Jutro moje 31 urodziny. Cieszę się :) Ciekawe, czy przyjdzie taki czas, kiedy będę myśleć "o kurczę, ale stara jestem". Czy może uda mi się zachować młodość ducha i nie zestarzeję się nigdy? Chciałabym. Whatever, 30 urodziny minęły przytłumione poważnie ciążowymi mdłościami, także mam nadzieję, że odbiję to sobie jutro.

Za mną długi tydzień z piątką dzieci :) Opiekuję się synkiem znajomych przez jakiś czas, a dodatkowo miałam w domu zakatarzonych chłopców. I standardowo dwie piszczące dziewczynki. Sara ostatnio postanowiła dołączyć do domowego chóru i razem z rodzeństwem przyczynia się do tego, że czasem muszę zatykać sobie uszy watą, żeby nie ogłuchnąć.

Momentami było trudno. Ale to dobre doświadczenie. Jak każde, które pokazuje, jak mało mam cierpliwości do innych i jak bardzo zależy mi na mojej wygodzie. Były chwile, kiedy wstanie z łóżka od nakarmionej, usypiającej Sary (rozkosznie miękkiej i cieplutkiej) wydawało mi się wyczynem ponad siły. Ale trzeba było się zwlec i iść do rozwrzeszczanego towarzystwa w drugim pokoju. Pogodzić pokłóconych, poczytać im książkę, wytłumaczyć zasady planszówki, w której rebelianci z "Gwiezdnych Wojen" walczą z siłami imperium. Ciężko mi na sercu, kiedy dzieciaki znudzone pobytem w domu robią się trudne i chwilami bezczelne. Nie lubię tych kłótni wtedy i poczucia, że muszę w nimi walczyć. Ustalanie granic bywa męczące. Pewnie, czasem można sobie darować, zwłaszcza kiedy wszyscy są już zmęczeni i awantura wisi w powietrzu. Ale generalnie nie lubię odpuszczać sobie i dzieciom i staram się pilnować pewnych zasad. Pod wieczór jestem wyczerpaną zdartą płytą i oczywiście nie widzę efektów swojej pracy. Może zobaczę ją za wiele lat, a może wcale. To jedna z tych rzeczy, które robi się wbrew wszystkiemu, bo gdzieś tam ma się poczucie, że warto. Boże, proszę, pomóż mi wychowywać moje dzieci... Przekazać im wiarę, miłość i nadzieję na niebo. Pomóż wyrywać z nich egoizm i siać nasionka dobra... I daj mi cierpliwości choć trochę.

Tak czy inaczej, mamy już piątkowy wieczór. Jutro sobota. Urodziny. Mam wolne :) Trójka dzieci starszych jedzie do dziadków, dziecię dodatkowe do cioci, a my zostajemy tylko z Sarunią. Mam nadzieję nie robić nic. Nie sprzątać, nie gotować, nie uspokajać dzieci (ha!). Leżeć, czytać książkę, pojechać sobie na zakupy, porozmawiać z Krzyśkiem bez przerywników typu ("zrobiłeeem kupęęę!", "mamooo powiedz jej żeby mi to oddała!", "to on zaczął!"). Jupi!

A już w grudniu zamierzam przyzwyczaić Sarenkę do pierwszych posiłków i zostawić całą czwórkę, żeby wybyć do kina - tylko we dwoje. Can't wait. :) Ta melodia z "Foggy Dew" tak bardzo kojarzy mi się z nami... Ta na początku notki zresztą też. Mam za co dziękować Bogu po tych 31 latach, nie ma co.

niedziela, 20 listopada 2016

Chichotek, Grzebieluszek, Świetliczka i Huhunia. Witamy w Szepczącym Lesie :)

Wsiąkliśmy... Siedzimy i czytamy. W wolnej chwili miast oglądać bajki czy bawić się w budowanie bazy z klocków - dzieciaki przyłażą i domagają się książki. Niby nic niezwykłego, bo wszyscy lubimy czytać, ale ostatnio książki wygrywają nad wszystkim. I nawet ja odkładam swoją (właśnie zaczęłam "Tajemnicę Skyle" Agnieszki Grzelak, a w kolejce czeka "Blondynka na Bali"  Beaty Pawlikowskiej) i czytamy wspólnie. A Ela pokazuje paluszkiem na okładkę i mówi wyraźnie "Tapi!".
Zaczęło się niewinnie - pewnego wieczoru przechodziłam przez księgarnię i zauroczona kolorową okładką przedstawiającą wikinga i reniferka, kupiłam "Wyprawę Tappiego na Ognistą Wyspę". Strzał w dziesiątkę... Ta książka ma chyba same plusy. Ładnie wydana (aż przyjemnie trzymać ją w rękach), zabawna nawet dla mnie, napisana pięknym językiem, z ekipą świetnych bohaterów... W serii o Tappim jest coś naprawdę dobrego i właściwie trudno mi ubrać w słowa, co takiego podoba się w niej najbardziej. Przypomina urocze książki Astrid Lindgren. Dużo ciepła (główny bohater to wiking o zaiste wielkim sercu) miesza z szalonymi przygodami i tworzy mieszankę wybuchową, która jednocześnie uspokaja i rozbawia.
Zdążyliśmy już przeczytać wiele książeczek o Tappim i na szczęście jeszcze kilka przed nami. Osobiście będę w żałobie, gdy poznamy wszystkie i nie będzie nowych przygód do czytania... Właśnie przed chwilą zamówiłam przez internet trzy zbiory opowiadań i większą książkę - "Wędrówki Tappiego po Mruczących Górach". Sama nie mogę się ich doczekać :)

Tak więc świat Tappiego wciągnął nas na dobre. I każde z nas (tzn ja i dzieci, bo Krzysiek jakoś ostatnio nie miał czasu na wspólną lekturę) ma teraz imię wzięte z którejś książki. Ja zostałam Tappim (tą rolę przydzielili mi chłopcy, na szczęście nie z powodu brzucha :P ale opiekuńczego charakteru postaci. No i, jak dodali, jeśli zbiorę włosy pod brodą, to ponoć wyglądam podobnie :P). Gabryś to psotny reniferek Chichotek, Rafałek to wilczek Grzebieluszek. Ela została elfką Świetliczką. A Sarunię sama przezwałam sową Huhunią (może młoda średnio przypomina ciocię-sówkę, ale imię brzmi uroczo...).
Bawimy się świetnie i książki o przygodach Tappiego polecamy każdemu :) Krótsze opowiadania z kolorowymi ilustracjami są idealne dla dzieci w wieku Rafałka, zaś te dłuższe części (jak "Przygody Tappiego z Szepczącego Lasu", "Podróże Tappiego po Szumiących Morzach" czy "Tarapaty Tappiego w Magicznym Ogrodzie") dla trochę starszych. Młodsze rodzeństwo zaś może sobie pooglądać śliczne obrazki - Eli baaaardzo się podobają :) I tak coraz dłuższe wieczory spędzamy z mieszkańcami Szepczącego Lasu i Szumiących Mórz...

sobota, 12 listopada 2016

Drużyna w podróży.

Powyżej zdjęcia z wypadu do moich rodziców. Jak widać, nasz pięciomiesięczny Sarulek przymierza się do siedzenia (generalnie przymierza się do wszystkiego, bo ileż można patrzeć bezczynnie, jak inni się bawią? jeszcze kilka miesięcy i zacznie się śmiganie po domu, wtedy dopiero będzie wesoło!). Oczywiście podpórka w postaci poduchy, mamy lub rodzeństwa musi być, ale o wiele lepiej wszystko wygląda tak, niż z nudnej pozycji leżącej (po latach to się zmienia, ja sobie świat widziany z wysokości łóżka bardzo cenię - a najlepiej,gdy pod głową poduszka, a przed oczami książka, to już w ogóle cielo, niebo). Na zdjęciach jest też Ela, która dorwała telefon babci i w kółko puszczała muzykę z "Indiany Jonesa". Oraz próbowała nauczyć siostrę obsługiwać komórkę (Elusia lubi zajmować się małą i nawet ostatnio sama karmiła ją zupką, całkiem fachowo). 

A teraz jesteśmy u drugich dziadków. Przyjechaliśmy pociągiem. Ostatnio wolimy dwugodzinną podróż w przedziale tylko dla nas (6 osób :)), niż gniecenie się w samochodzie. Dzieciaki mogą się ruszać, jeść bez choroby lokomocyjnej, no i iść do toalety bez zatrzymywania pojazdu :P Nie ma też problemu z karmieniem i przewijaniem Sary. Jak dla mnie, same plusy. Zwłaszcza że od dziecka uwielbiam jeździć koleją (a nawet jako nastolatka sentymentalnie mówiłam, że chciałabym umrzeć właśnie na dworcu, słysząc w tle szum pociągów). 

Fajnie tak, ledwie wróciliśmy z jednego wypadu, a już zaliczamy drugi. Lubię podróżować. A jeżdżenie z całą gromadką, choć trochę męczące (bo trzeba pilnować i uspokajać towarzystwo), jest równocześnie ciekawsze i bardziej satysfakcjonujące, niż samotne wojaże. W naszych dzieciach podoba mi się wiele rzeczy. Na przykład to, że nas nie ograniczają. Choć może po  prostu już przywykły do ciągłego spotykania różnych ludzi, spacerów i podróży - i lubią to. No i mają siebie nawzajem i czują się raźniej, gdzie by się nie znalazły. Pamiętam, że zawsze pomagała mi obecność mojego brata, ale jednak brakowało jeszcze kogoś, by poczuć się jak niezależne stado. Trójka to już drużyna, a jak jest nas jeszcze więcej, to tym lepiej.

Dobra, trzeba kończyć i zejść na dół, zobaczyć co tam porabiają. Swoją drogą to zabawne - sama mogę zostać ze swoją czwórką, a nawet zajmować się jeszcze cudzymi dziećmi i nie uważam tego za nic wielkiego. A jak zostawiam maluchy na chwilę mężowi i jego rodzicom, to zastanawiam się, czy sobie poradzą i czy to nie samolubne z mojej strony tak ich obciążać :P Obawiam się, że dla własnego zdrowia muszę sobie robić od czasu do czasu przerwy od bycia mamą.

Wrzucam Cohena, który już dotarł na drugi brzeg. Będzie go tu brakować.

wtorek, 8 listopada 2016

Gdzie anioł mówi dobranoc.

Na początek absolutna rewelacja, czyli połączenie Czubówny i Szustaka. Padłam :D Dobrze odsłuchać do końca, bo na końcu najważniejsza rzecz....
A taki widok z okna miałam przez kilka dni ostatnio. Skomielna Czarna. Kapucyni. Góry dokoła. I stary drewniany kościółek (nie ten ze zdjęcia).

Było pięknie. Komórki nie działały, bo nie było zasięgu. Nie łapał mnie świat, tylko mogłam się skupić na najważniejszym. Pewnie, demon straszył i robił wszystko, żeby to zatrzeć. Dzieciaki chorowały po kolei. Oczywiście nic im się nie stało. Tak to już jest ze złym, że straszy na potęgę, ale koniec końców nic zrobić nie może. Poza próbami odciągnięcia nas od Pana Boga oczywiście. Jak nie za pomocą leku, to pod przykrywką zdrowego rozsądku. Jeśli słyszysz w głowie głos "Ale nie bądź głupi, jaki Pan Bóg, człowiek rozsądny powinien...", a jednocześnie czujesz mega niepokój oraz złość na tych, którzy odważą się być nierozsądni i zaufać - to na bank ktoś cię atakuje. Tak to wygląda. A jeśli decydujesz się na szaloną rzecz, ale modlisz się i czujesz niewytłumaczalny spokój - to Pan Bóg sam wyśle aniołów i świętych, żeby cię strzegli i pomogli.

Dużo się ostatnio słyszy, że powinno się mieć wybór. Problem w tym, że wyborów musimy dokonywać cały czas. I lepiej prosić Pana Boga, żeby pomógł dokonywać dobrych wyborów. A nie od razu polec z hasłem złego na ustach, że przecież "nic nie jest czarno-białe". Szatan lubi a) udawać, że go nie ma b) zacierać różnice między dobrem i złem - i tłumaczyć, że w zasadzie to wszystko jedno, co wybierzemy (a już na pewno nie powinniśmy od siebie wymagać zbyt wiele, przecież wybór dobra to w tej sytuacji nieosiągalny heroizm). Ojciec kłamstwa.

W Skomielnej u kapucynów oprócz kaplicy i wielu pięknych rzeczy był też mały sklepik, gdzie można było kupić między innymi książki i miód. Kupiłam słoiczek lipowego. I miałam już w ręku książkę o kobiecie, o której przez przypadek kiedyś przeczytałam i się zachwyciłam - o Wandzie Boniszewskiej. Tej ze Zgromadzenia Sióstr od Aniołów (! dobrze, że wcześniej nie wiedziałam o tym zgromadzeniu, bo mogłabym wybrać inne powołanie:P). No więc już miałam kupić tą książkę (nie pamiętam jej tytułu, ale chodziło o coś w stylu "jestem nieznana i niech tak zostanie"). I wtedy zauważyłam inną, "Ojciec Pio i aniołowie" - i kupiłam, tamta odkładając na półkę. W ten sposób Wanda zgodnie z życzeniem pozostała dla mnie nieznana, a ja mogę poznać lepiej ojca Pio - przeczytałam już prawie połowę i bardzo mi to pomaga.

Dobrze, że są aniołowie. Czasem czuję, jak mnie trącają. Normalnie bym pomyślała, że to przypadek. Ale zdarza się, że  coś mnie budzi wtedy, gdy trzeba wstać. Że nagle idę tam, gdzie komuś trzeba pomóc. A nawet zdarzyła się banalna sytuacja - nalewałam wodę do wanienki, jednocześnie przygotowując dzieciaki do spania. Zapomniałam o wodzie w wirze spraw do zrobienia. Nagle coś mnie tknęło i wróciłam w samą porę. Popatrzyłam na pełną wanienkę i zaczęłam się śmiać. To akurat było ewidentne - normalnie w takiej chwili byłabym zła na siebie. A tu pełna radość trudna do wytłumaczenia, bo czułam że anioł jest obok uśmiechnięty i że nie chciał, żebym miała jeszcze na wieczór podłogę do wytarcia :P

Polecam opiece aniołów nasze dzieci i jestem spokojniejsza. Ja, która boję się tak wielu rzeczy. W chwili lęku myślę o ogromnych, świetlistych postaciach trwających przy nas i jest mi lżej. Dobrze, że Bóg ich nam dał do pomocy... Aniołowie to idealne opiekunki do dzieci (co oczywiście NIE znaczy, że mamy się dziećmi nie zajmować i zrzucać wszystko na nich - już widzę oburzenie niektórych osób nie czytających między wierszami :P).

Do anioła dobrze się zwrócić przed spaniem i poprosić o spokojny sen. Niech to anioł mówi nam dobranoc, a nie ten drugi.