poniedziałek, 30 grudnia 2013

Ostatnia notka w tym roku.

To już chyba ostatnia notka w tym roku... Wypadałoby coś napisać na granicy starego i nowego :)

W drugim dniu świąt pojechaliśmy do rodziców Krzyśka. I wróciliśmy dopiero dziś, bo Krzysiek nagle stwierdził, że chce z nami spędzić jeszcze trochę czasu i wziął urlop. No kocham go za to :D Także do środy mamy luz.

Odpoczęłam przez ten czas bardzo, jak my wszyscy zresztą. Święta były bardzo udane. 

Wigilia u nas, więc było "po naszemu", mogliśmy czytać ewangelię i modlić się bez schizów, a nie grzecznie skupić się na jedzeniu karpia i życzeniu "zdrówka, które jest najważniejsze" (przyszli do nas moi rodzice i brat).  Chłopcy ubrali ze mną choinkę. Rafałek rzucił bombką jak granatem i się rozprysła na wszystkie strony. Ale poza tym ofiar nie było :) Najbardziej spodobały im się choinkowe lampki. Podzieliliśmy się opłatkiem, zjedliśmy wigilijne dania, które wychodzą nam coraz lepiej :) Chłopaki najbardziej polubili barszcz z uszkami. Ryba za to prawie w całości była dla nas, co mi bardzo odpowiadało.W tle leciały góralskie kolędy i było super.

Następnego dnia zaczęło się zwiedzanie szopek. Chłopaki mają oczy jak talerze, kiedy widzą Betlejem, pastuszków i drewnianą stajenkę. Dzięki temu możemy w miarę spokojnie przeżyć eucharystię w kościele, a i oni coś więcej z niej wynoszą... Zwłaszcza Gabryś bardzo to przeżywa, podobnie jak widok choinek i innych świątecznych atrakcji.

Poza tym miałam okazję doświadczyć, że o własnych siłach nie jestem w stanie kochać mojego teścia i swoimi uwagami "jacy to inni są beznadziejni, a księża to sami pedofile, a sąsiadowi to bym pokazał" doprowadzał mnie do szału. Pewnie, gdzieś w środku mu współczuję i mi go żal, ale przebywanie z nim na dłuższą metę... Cieszę się tylko, że Krzysiek nie wdał się w tatę :P Pozytywne aspekt jest taki, że przestała mnie już wkurzać moja teściowa. Pewnie dlatego, że już nie ma tej chorej rywalizacji co na początku ("to mój synek!" "a mój mąż, wrr!") i ja jako kobieta czuję się pewnie i spełniona, więc mam większy luz i dystans.

Co jeszcze... Rafałek się wreszcie rozkręcił z mówieniem :) To bardzo ważne dla mnie, bo do tej pory rozumiał wszystko, ale mówił praktycznie tylko "mama"... i trochę się martwiłam. Nie jakoś bardzo, ale jednak fajnie jest pogadać z dzieckiem, a nie tylko domyślać się, o co chodzi. Teraz wprawdzie jeszcze jakiś konkretnych słówek nie ma, ale przełom widać. Wyrazy dźwiękonaśladowcze idą jak burza ("ihaha", "miau", nawet "chrum chrum", a ryk dinozaura czy lwa plus groźna mina to majstersztyk!). Poza tym próbuje ewidentnie naśladować mowę, wreszcie. Śpiewa. Dziś śpiewał "ciu ciu tlei" (czyli train, tak tak, moje dziecko pociąg nazwało najpierw po angielsku...). Przy modlitwie wieczornej ostatnio wypalił głośno "amen!" i teraz tylko czeka, żeby razem z nami to powiedzieć. Echhh miodzio :) Także się chwalę, a co!

A najmłodsza pociecha stała się widoczna dla otoczenia :) Wczoraj zanim poszliśmy spać, mogliśmy obserwować istny taniec brzucha (mojego), wywołany mocnymi kopniakami. No sama się wzruszyłam, że o Krzyśku nie wspomnę. Wreszcie może mieć większy kontakt ze swoim trzeciaczkiem. Coraz częściej śni mi się szpital i... że to już. Jejku, chciałabym mieć już też tego szkraba po tej stronie brzucha i móc patrzeć, jak rośnie...

I tak to żegnamy rok 2013. Dla nas był naprawdę dobry i spokojny... Cóż mam nadzieję że i w kolejnym będziemy doświadczać mocnej opieki z Góry.

Na zakończenie kolęda z Boliwii, dobrego słuchania i dużo nadziei na ten nadchodzący 2014...

piątek, 20 grudnia 2013

Zaprowadź mnie prosto do Betlejem!

Uff, dobrnęliśmy do piątku... Teraz przed nami ponad tydzień odpoczynku, bo Krzysiek wziął urlop. Przestałam się bać, że nie ogarniemy tego wszystkiego...

Wigilia już we wtorek, a my jeszcze w proszku. Nie mamy choinki, zakupy nie zrobione, prezenty nie kupione, okna brudne, wszędzie bajzel. Ale za to plan działania jest. Damy radę - tak, damy radę! (to Bob Budowniczy, nowe odkrycie chłopaków).

Jeśli chodzi o świąteczne akcenty, to prowokują je głównie chłopcy. Gabryś nauczył Rafałka mówić "bim bam bom" i teraz mały łazi po domu i wydaje dźwięki jak mały dzwoneczek, tudzież Kubuś Puchatek ("im bardziej sypie śnieg bim-bom..."). Poza tym chłopaki uwielbiają oglądać teledysk do piosenki Arki Noego "Świeć gwiazdeczko, świeć" i muszę im puszczać kilka razy dziennie. Jako że sama uwielbiam tą piosenkę, to zawsze się wzruszam i przeważnie ryczę. Zwłaszcza przy słowach "narodził się, by uratować mnie... i nie zostawił mnie!". Polecam sobie posłuchać przed świętami...


Szczerze mówiąc cieszę się na te święta jak dziecko. Nie tylko dlatego, że będziemy świętować z dziećmi w domu. Że znów nadejdzie ten mocny moment i przypomnimy sobie kolędy, będzie kolorowa choinka, dobre jedzenie itd. To wszystko jest fajne, ale największy dreszcz, odkąd pamiętam, budził widok szopek w kościele. I świadomość, że Bóg faktycznie stał się człowiekiem i urodził się w stajence, by być blisko nas. Wszystkie te świecidełka okołoświąteczne to pikuś w porównaniu z tym. I najbardziej chyba cieszy mnie to, że dzień po dniu będzie eucharystia. A w te dni jakoś przeżywam ją szczególnie, odkąd w ciąży z Gabrysiem właśnie wtedy do mnie dotarło, że przestałam się bać być mamą i jednak kocham to nienarodzone jeszcze dzieciątko. To samo, które właśnie dokazuje obok i prosi o puszczenie "piosenki o gwiazdeczce". Mam nadzieję, że dostanę pokój i na koniec tej ciąży, na wszystkie sprawy związane z przyjęciem kolejnego dziecka.

A przed nami póki co ostatnia niedziela adwentu. Hihi właśnie w ostatnią niedzielę adwentu się zaręczyliśmy te pięć lat temu. Jak to stwierdziłam wtedy: "Maria powiedziała TAK, to co ja niby miałam powiedzieć???".

Dla mnie te czytania właśnie w tą niedzielę zawsze są mocne. Dwie kobiety, którym Bóg pozwolił doświadczyć bycia mamą. Jedna, która nie poszła do łóżka z facetem i druga dobrze po menopauzie. Bo dla Boga nie ma nic niemożliwego. Czego sama doświadczyłam nie raz i bycie mamą też jest dla mnie takim cudem. Biorąc pod uwagę, że kiedyś panicznie bałam się ludzi, zwłaszcza facetów i nie byłam w stanie być w żadnym związku... Do czasu :)

Dobrych świąt kochani, niech Wam Pan Bóg błogosławi! Dużo radości ze spotkania w stajence... I świadomości, że przy żłóbku było biednie - nasze porządki i świąteczne ozdoby nie są w tym czasie najważniejsze ;)

niedziela, 15 grudnia 2013

Rośniemy, żyjemy i takie tam - czyli bałagan nasz powszedni.

Tak patrzę na suwaczki... W grudniu jakoś mi dzieci urosły. Gabryś skończył 3,5 roku. Rafałek od wczoraj ma rok i trzy ćwiartki. A ja z Maleństwem wkroczyłam już w szósty miesiąc. Jeszcze trochę i będziemy kończyć drugi trymestr ciąży, ten najprzyjemniejszy. No rośniemy w siłę!

Moja przytulanka :)
Właśnie korzystam z chwili spokoju, bo Krzysiek usypia chłopców (jest weekend, to dbam o to, żeby jak najwięcej skazywać ich na siebie, nawet jeśli oznacza to wrzaski). W kuchni bajzel, bo wcześniej wszyscy trzej mężczyźni kleili model samolotu. No i jedliśmy jak zwykle z hobbicią pasją, jeden posiłek za drugim. Ech, zmywarko, przydałabyś się... Nic to, posprzątam później. Dziś czeka nas jeszcze przygotowanie do jutrzejszej katechezy, akurat z Krzyśkiem jesteśmy za nią odpowiedzialni. To tak, żeby nam się nie nudziło :)

Wczoraj chłopcy poszaleli z dziadkami, a my poszliśmy na święcenia syna znajomej. Dwugodzinna mocna eucharystia, było... wzruszająco. Jak zawsze na ślubach, czy to zakonnych, czy małżeńskich ;) Dla mnie bardzo ważny był moment na końcu. Kolumna prezbiterów szła przez cały kościół, na końcu szedł biskup. Rozglądał się za dziećmi i błogosławił, wszyscy musieli czekać na niego. My z Krzyśkiem staliśmy z tyłu, gdzie już dzieci nie było, sami starsi. Nagle biskup się zatrzymał przy nas, popatrzył mi w oczy i zapytał: "A wy nie macie dzieci?" Pokazałam na brzuch i wyszczerz: "Tu jest jedno". Pobłogosławił. No ciary  miałam, skąd niby miał wiedzieć... I tak Bóg mi daje znać, żebym się nie bała, że on się troszczy o moje dzieci, że są dla niego bardzo ważne. Każde z nich. Dziś byliśmy na mszy prymicyjnej, tym razem całą paczką, to zgarnęliśmy jeszcze błogosławieństwo nowo wyświęconego ;) Rafałek wszystko przespał, a Gabrysia nosiło i myślałam, że coś mu zrobię, wrrr... 

Gabryś w swoim żywiole, z lokomotywą.
Tak nam weekend na imprezach minął. I na malowaniu kuchni, zdążymy ją jednak ogarnąć przed Wigilią. Od jutra kolejny szalony tydzień, wychodzi na to, że tylko piątkowy wieczór mamy póki co wolny. Tak to grafik napięty do niemożliwości. Ale to już końcówka, od soboty odpoczywamy i przygotowujemy się do świąt. Zaczynamy już kombinować, co zrobimy sami w domu, a co kupimy. W planie oprócz gotowania barszczu jest lepienie pierogów i robienie łazanków :) Z uszkami, rybą itd. to jeszcze zobaczymy. Zależy od: dzieci, czasu i pieniędzy (w tej kolejności, co nie znaczy, że kasy mamy pod dostatkiem :P).

wtorek, 10 grudnia 2013

Wszystko w porządku :)

Jak w tytule notki. Radość z usłyszenia tych słów podczas badania usg w szpitalu - bezcenna...

Jeszcze w niedzielę na samą myśl o wizycie w klinice drżałam i powierzałam sytuację Matce Bożej. Skuteczność działania przewyższyła moje oczekiwania, jak zwykle. Wprawdzie dwa dni z rzędu spędziłam czekając w parogodzinnych szpitalnych kolejkach, ale się opłacało. Na dzień dobry spotkałam znajomą, która jak się okazało też została skierowana na patologię ciąży. Nie byłam już sama, w dodatku zyskałam przewodnika - bez tego bym się zgubiła na bank, to był labirynt, a nie szpital. Wczoraj udało mi się po długim czekaniu dostać termin usg na dziś. A dzisiaj po nerwowych paru godzinach ległam na wyrku i oglądałam na ekranie moje najmłodsze dziecię w tonacji czarno-białej. I doczekałam się werdyktu nieco zdziwionej pani doktor - owszem, lekka asymetria komór bocznych jest, ale bez szału i generalnie w normie. Dziwne, bo na tamtym usg wyraźnie wyszło inaczej. Albo sprzęt był nie taki, albo znowu złe zmiany się same zmniejszyły, tak jak na początku ciąży. Mam przyjść na kontrolę za miesiąc, ale się nie schizować. Ech, kamień z serca, bo już gdzieś w głowie miałam czarne scenariusze.

Ech, mój najmłodszy Maluszku, tak samo boję się o Ciebie, jak o Twoich braciszków. Dziś całą noc śniło mi się, że już się rodzisz. Chciałabym już doczekać kwietnia i móc Cię przytulić, moje wyczekane szczęście...

Oczywiście pani doktor zapytała, kogo oglądamy. A ja na to, że niespodziankę i w razie czego proszę nie mówić, czy to chłopczyk czy dziewczynka. Chcę się o tym przekonać w dniu narodzin, tak jak się przekonam o kolorze oczu, włosów, wyglądzie buzi i w ogóle.

Braciszkowie spędzili ten czas z tatą (w poniedziałek) i babcią (dziś). Coraz częściej myślę o tym, czy by ich w przyszłym roku jednak nie posłać do przedszkola, Gabrysia zwłaszcza. Są bardzo kontaktowi, generalnie dwa bystrzaki (to nie tylko moja opinia, także otoczenia hihi). Rafałek uczy się od brata błyskawicznie (i oczywiście próbuje naśladować we wszystkim, ze stawaniem na głowie włącznie), a Gabryś dzięki niemu wyleczył się z pewnej nieśmiałości czy niepewności, razem brykają na całego. Pewnie będziemy potrzebować tego, żeby się mogli wyszaleć gdzieś z dziećmi i zatęsknić. A ja będę mogła ogarnąć dom i Maleństwo przez ten czas. Powoli dojrzewam do tej decyzji. Aczkolwiek nic na siłę, nie należę do osób, które uważają, że trzeba wysyłać do przedszkola jak najwcześniej, żeby się "uspołeczniło i przyzwyczaiło do kieratu". Ja tam stawiam na indywidualizm i poczucie własnej wartości - a o to czasem w tłumie trudno.

I tak to u nas przed świętami, zaczynam już myśleć o Wigilii. Dziś kupiłam płytę z kolędami, żeby chłopaków przyzwyczaić i nauczyć (często śpiewamy we trójkę, Rafałek przeważnie samogłoskami ;)). Choinkę trzeba będzie kupić jakąś bezpieczną (niezbyt dużą), żeby Rafałek sobie krzywdy nie zrobił. Za rok będzie już mądrzejszy, to poszalejemy. Tylko na myśl o gotowaniu mi się odechciewa, ale liczę na pomoc Krzyśka. Dobrze mieć faceta, który nie boi się prac domowych. Inaczej bym już dawno wywiesiła białą flagę...

Dobrego adwentu, obyśmy nie zgubili w tym czasie tego, co najważniejsze.

poniedziałek, 9 grudnia 2013

Maria i Mikołaj. Początek grudnia.

Miałam napisać, jak chłopcy spędzili Mikołajki... Ale zanim to zrobię, napiszę o dniu dzisiejszym. Czyli uroczystości Niepokalanego Poczęcia mamy Pana Jezusa. Szczerze i bez żadnych uniesień czy frazesów - świadomość, że jest Maria, że poleciłam jej już na początku tą ciążę i zawsze mogę się do niej zwrócić z prośbą o wstawiennictwo, bardzo mi pomaga. Zwłaszcza w takich chwilach niepewności, oczekiwania na kolejne dzieciątko. Również wtedy, kiedy czuję, że zawodzę jako mama, że nie mam wzorca, że samo słowo "mama" kojarzy mi się niekoniecznie dobrze... Właśnie wtedy wiem, że jest mama, która była dobra, która mi może pomóc i mnie nie osądza. Nie myśli, że jestem zbyt leniwa, nieuważna, nieodpowiedzialna, po prostu ma do mnie miłość i cierpliwość. Tego bardzo potrzebuję, pocieszenia, nie "dobrych rad".

Także na początek pieśń właśnie niej... Gdybym mogła w Niebie śpiewać to tańcząc w koło wraz ze wszystkimi bliskimi - co za wspaniała wizja ;) Niewiasta obleczona w słońce:


A teraz o Mikołaju. Gabryś czekał już od rana, mówiąc że w nocy przyjdzie święty Mikołaj i da mu prezent. Zastanawiał się tylko, czy był wystarczająco grzeczny. Rafałek przebywał w stanie błogiej nieświadomości, bo tak abstrakcyjne rzeczy go jeszcze nie ruszają. A rano obudził mnie okrzyk Gabrysia: "A cóż to? Prezent!" :D Przy łóżeczkach obu chłopców stały duże paczki z prezentami, postarał się święty. Rafałek dostał dużą, błyszczącą straż pożarną i książeczkę o piesku (ostatnio uczy się, jak mówią zwierzątka, najlepiej wychodzi mu chrumkanie i szczekanie), a Gabryś samochód transportujący wyścigówki i książkę o smokach. Wzięli prezenty, wpakowali nam się do łóżka i tak bawili chyba z godzinę, przewalając się po nas. A potem przenieśli się do swojego pokoju. Na szczęście wyjątkowo ładnie wymieniali się zabawkami i obyło się bez kłótni...

I tak nam minął pierwszy tydzień grudnia. Do świąt coraz bliżej. W tym roku zamiast robić kalendarz adwentowy, codziennie mówię Gabrysiowi o tym, na co czekamy (już wie, że mamy adwent) i opowiadamy sobie o narodzinach Pana Jezusa. Zauważyłam, że najbardziej teraz do niego przemawiają opowieści, niech tak będzie. Może za rok zrobimy kalendarz adwentowy już razem :)

A w tym tygodniu czeka mnie badanie w CMUJ, mam nadzieję że z najmłodszym dzieciątkiem będzie wszystko ok. No ale... - patrz pierwszy akapit tej notki.

czwartek, 5 grudnia 2013

Żywy adwent czyli po usg.

Wczoraj, a właściwie już dzisiaj, wróciliśmy z Krzyśkiem do domu po pierwszej w nocy... Cóż, różne już kolejki u lekarzy widziałam, ale ta do usg pobiła wszystko. Z gabinetu wyszliśmy po północy.

Ale po kolei. Wizytę miałam umówioną na 20.40, na szczęście gabinet obok naszego kościoła. Urwaliśmy się w trakcie katechezy adwentowej. U tego lekarza byłam pierwszy raz, więc trochę się zdziwiłam, widząc tłum oczekujących kobiet w ciasnym przedpokoju-poczekalni. Nie sądziłam, że przyjdzie nam czekać 2 godziny na wizytę... Kiedy już weszliśmy, było dobrze po 23, byłam zmęczona i chciałam tylko załatwić to i jechać do domu się wyspać.

Kiedy położyłam się do usg, byłam bardziej zdenerwowana, niż ucieszona. Bo co, jeśli lekarz coś znajdzie, jakąś wadę i się zacznę martwić, a tu do rozwiązania tyle czasu? Pewnie, fajnie było zobaczyć Maleństwo, ale teraz i tak je czuję i mam z nim kontakt. To nie to, co na początku. Kiedy lekarz je badał, myślałam że zejdę z nerwów. Na szczęście z serduszkiem, kręgosłupem itd. wszystko ok, także odetchnęłam. 

Niestety, żeby nie było za różowo, okazało się, że komory boczne mózgu są asymetryczne, bo lewa jest poszerzona :/ Także trzeba będzie to zbadać jeszcze. Cóż, zostało mi modlić się i mieć nadzieję, że zmiany zanikną i że to efekt np. ucisku pępowiny. W sumie może to dobrze, że znowu muszę się bać o Maleństwo i być w tej niepewności. Widzę, że dobrze mi to robi i że jestem wtedy bliżej Boga. Bo jak jest wszystko dobrze, to zapominam i w ogóle jestem leniwa strasznie...

A kiedy wyszliśmy z gabinetu, było jak wspominałam po północy. Podczas naszej wizyty zdążył spaść śnieg i świat był cudownie pobielony. Wróciliśmy nocnym tramwajem i miałam dziwne wrażenie, że Pan Bóg jest z nami i ten wieczór to też taki wyjątkowy dar od niego. Zwłaszcza, że nie stać nas było na taksówkę i w środku mroźnej nocy szliśmy przez miasto na przystanek, nie mając gdzie się podziać, prawie jak Maria z Józefem.

Także zaczęliśmy Adwent ożywionym czekaniem. I znowu mogę się łączyć z Marią i Elżbietą, oczekującymi narodzin swych dzieci. Dzięki temu bliżej mi do oczekiwania na narodziny Jezusa. W tle też katechezy trwają i bardzo nam to pomaga wyjść ze swojego światka i robić coś dziwnego. Teraz nawet nie mam czasu na przedświąteczne porządki, na planowanie też nie. Żyjemy z dnia na dzień, ale te dni są dobre i jakieś treściwe - choć po ludzku patrząc, nie zawsze przyjemne.

Tak w tematyce adwentowej jeszcze, chciałam polecić pomysły na spędzenie tego czasu przed świętami: TUTAJ, TUTAJ i jeszcze TU :)) Dla mnie to wszystko nowość, a wydaje się bardziej trafne niż zjadanie codziennie czekoladek - choć i to jest dobre (zwłaszcza, że uwielbiam czekoladę...).

Dobrego czasu oczekiwania, proszę o modlitwę za nas i Maleństwo!

sobota, 30 listopada 2013

Ostatni dzień listopada.

Leniwy sobotni poranek...

Krzysiek widząc moją minę rano zlitował się i pozwolił mi odpocząć. Wziął chłopaków i pojechali samochodem pozałatwiać różne sprawy, z zakupami na kolejny tydzień włącznie (tradycyjnie sobotę witamy pustą lodówką). A ja zrobiłam sobie śniadanie i wróciłam do łóżka. Normalnie pewnie bym się wzięła za sprzątanie, ale czuję już, że muszę przystopować. Jestem to winna Maluszkowi, zwłaszcza po tak ciężkim i pełnym wrażeń tygodniu. Wczoraj wieczorem długo nie mogłam zasnąć. Bolał mnie kręgosłup, kark był cały sztywny od nadmiaru emocji, no a Maleństwo stwierdziło oczywiście, że to wspaniały czas na trening umiejętności :)

Tak więc siedzę sobie wygodnie obłożona poduszkami i napawam się spokojem ostatniego listopadowego dnia. Już wieczorem startujemy z Adwentem, także muszę nabrać sił. Zjadłam cały talerz zapiekanek, popiłam lekką kawką (nie zawsze mam ochotę na zdrową żywność :P), a teraz sączę herbatkę z miodem i staram się przesłać najmłodszemu dzieciątku dużą porcję uśmiechu. W zamian za ten stresik, którego mu dostarczyłam w czwartek - kiedy razem ze mną mówiło ludziom, że Pan Bóg ich kocha i jest blisko nich. A może ono wcale się nie bało, tylko cieszyło, że mama robi coś konkretnego?

Wczoraj wieczorem włączyłam radio i akurat leciały wiadomości na RMF. Usłyszałam zdanie, które mnie rozwaliło. Brzmiało mniej więcej tak: "W wigilię świętego Andrzeja rusza kolejna edycja kursu dla wróżek, zajęcia dotyczą między innymi numerologii". Padłam. Ciekawe, ile osób kupiło tą informację i przełknęło bez zdziwienia? Bo ja tylko współczułam biednemu Andrzejowi (btw bliskiemu mi, bo tak miał na imię mój kochany dziadek), że jego osobę łączy się beztrosko z czymś tak niebezpiecznym, jak czary... I wiem, co mówię, kiedy piszę o niebezpieczeństwie, bo sama kiedyś byłam zafascynowana ezoteryką, latałam do sklepu CUD i podziwiałam różne kadzidełka, wahadełka, piramidki i łapacze duchów. Rany leczę do dziś. Teraz Andrzejki to dla mnie tęsknota za spotkaniem z dziadkiem, a nie lanie wosku i inne bzdety. Ale zaiste, żyjemy w ciekawych czasach.

Co poza tym u nas słychać? Chłopcy są kochani :)) i chociaż łobuzują na maksa, a ja codziennie zaliczam przynajmniej jednego megawnerwa, to jednak przekonuję się o tym często. Naprawdę super chłopaki i aż się dziwię, że to właśnie mi się trafiły takie cuda. W tym tygodniu jakoś często się przewijał motyw czekania na dzidziusia. Bo rozerwali jedną z siatek z ubrankami dla Maleństwa, którą dostałam od znajomych ostatnio. I Gabryś się pyta, zdziwiony widokiem małych ciuszków, kto to będzie nosił. Na co ja z wyszczerzem: "A jak myślisz?". Zastanowił się, a potem ucieszył i: "Dzidziuuuuś!". Rafałek włożył sobie na głowę małą sukienkę (jej widok sprawia, że chciałabym mieć córeczkę, falbaneczki echhhh) i latał po pokoju. Obawiałam się trochę, jak zareagują, kiedy w końcu zobaczą Maleństwo. Ale ostatnio była u nas znajoma z dwójką dzieci (mniejsze miało 5 miesięcy). I chłopcy większą część czasu siedzieli przy foteliku malucha, głaskali go po główce i rączkach, zabawiali i kołysali. Normalnie miód na moje serce :)) Małe urwisy, ale jakie opiekuńcze... A wczoraj Gabryś stwierdził, że chce braciszka i siostrzyczkę. Na raz. Ale chyba w końcu go przekonałam, że musi być na raty :P

Wojownik Świetlisty...
... i Wojownik Uśmiechnięty.
 Czyli Gabriel i Rafał w całej okazałości ;)

Ciekawe, jakie oczy i uśmiech będzie mieć Maleństwo... Na razie wiem jedno - ma mocne nóżki i niezły wykop. I lubi słuchać i podrygiwać do muzyki. Jak my wszyscy. A tak w tym temacie, to mam małe marzenie: na wiosnę jak już dojdę do siebie, to chcę iść na kurs tańca. Same wesela się szykują, a ja umiem się tylko spontanicznie gibać. Trzeba to zmienić.

wtorek, 26 listopada 2013

Mój dzień.

No i się zestarzałam ;)

Od rana mam wyjątkowo dobry humor, choć nic niezwykłego się nie dzieje. Jakoś tak cały czas jestem wdzięczna za to wszystko, co mam. Za Krzyśka, którego zobaczę dopiero późnym wieczorem, ale wiem, że gdzieś tam jest. Za chłopaków, którzy rozrabiają jak zwykle, ale dziś mnie to nie drażni. Za Maleństwo, które coraz częściej kopie mnie w pęcherz i wierzga nieraz dość boleśnie, ale... już nie mogę się doczekać, kiedy będzie z nami. Za ten dom, w którym jest wieczny bałagan, ale dobrze się tu czuję, bo jest jakoś tak... przytulnie i po naszemu. Generalnie za całość, bo dużo jest do doceniania.

W sumie to właśnie tak lubię przeżywać urodziny. Nie musi być tortu i imprezy. Wolę mieć taki cichy, spokojny dzień w domu z dziećmi. Cieszenie się chwilą, dobrym jedzeniem (na przykład dzisiejszą zapiekanką makaronową z brokułami) i tym, że nigdzie mi się nie spieszy.

Dziś chłopcy zaliczyli pierwszą paczkę od Mikołaja - na chwilę wpadł mój brat, mama i babcia. Chłopaki dostali dwa zestawy Lego Duplo (cyrk i zoo), dźwig, koparkę i dużo słodkości. I nieśmiertelną u nas zupkę pomidorową :)

Także nie nudzi nam się, bo cały dzień bawimy się nowymi zabawkami. Mnie cieszy zwłaszcza Duplo, bo jako dziecko zawsze marzyłam o tych klockach ;) Wyciągnęliśmy wszystkie zestawy, jakie mamy i budujemy. Korzystając z nowego dźwigu i koparki, rzecz jasna.

Tak sobie myślę... o czym bym myślała, dmuchając świeczkę na torcie. Gdyby był jakiś tort i jakaś świeczka. I w sumie to prosiłabym o trzy sprawy chyba, a Bóg niech robi z nimi, co chce:
- żeby z Krzyśkiem "razem dożyć starości",
- żeby dzieciaki wyrosły na mocnych ludzi, z wiarą,
- i oprócz naszej trójki hmm nie odmówiłabym w przyszłości kolejnej trójeczki (zawsze mi się szóstka marzyła hihi).

Oki kończę, bo zabawa w pokoju obok zaczyna się zamieniać w wojnę o torebki na prezenty (a raczej w tym momencie namioty). Na koniec piosenka, która ostatnio za mną chodzi:

niedziela, 24 listopada 2013

Między jednym tygodniem a drugim.

Za nami długi, pracowity tydzień. Przed nami... taki sam :) 

Tyle że wyjątkowy, bo we wtorek stuknie mi 28 latek. W sumie to urodziłam się też we wtorek, koło południa. Nie pamiętam, co miałam wpisane w książeczce. Moja mama na pewno pamięta dokładnie. Jak to jest, że dzień narodzin dziecka tak mocno się wbija w pamięć matki? Jak dzień decydującej bitwy dla żołnierza. Można wspominać bez końca. Dla mojej mamy to był trudny czas, pełen przykrości - tamto pokolenie musiało rodzić na leżąco, dziecko dostawało tylko na karmienie i generalnie nie miało wiele do gadania. Nasłuchałam się tak przykrych opowieści o porodzie, że sama w pierwszej ciąży miałam niezłą traumę. Babcie też wspominały to jako coś okropnego i upokarzającego. Może dlatego, wbrew wszystkiemu, tak bardzo chciałam Gabrysia urodzić naturalnie (groziła mi cesarka). Żeby przekonać się, jak to jest. Okazało się najpiękniejszym doświadczeniem mojego życia. A potem powtórzyło, przy Rafałku. I teraz mam nadzieję na trzeci taki piękny dzień.

Poza tym w czwartek czeka mnie dłuższe wystąpienie przed większą ilością nieznanych mi ludzi. To tak w ramach ewangelizacji, mówiąc ogólnie :) Aż mi się wierzyć nie chce, że do tego dochodzi. Że Pan Bóg się posługuje tą małą dziewczynką, która całe życie walczyła z nieśmiałością i kompleksami i była totalnie niezdolna do powiedzenia choćby słowa przy ludziach. Jeszcze w liceum miałam całkowity paraliż w takich momentach, czułam się jak śmieć (i w sumie tak byłam tam traktowana), czerwieniłam i jąkałam. Coś zaczęło się zmieniać na studiach, kiedy powoli się dałam Bogu leczyć ze wszystkich zranień. Dziś mogę mówić i o dziwo sprawia mi to przyjemność, choć oczywiście kosztuje trochę nerwów. Ale w takich momentach, kiedy mówię do tłumu ludzi o Bogu i słowa przychodzą same, a ja jestem spokojna, widzę ten moment z filmu "Forrest Gump", kiedy nagle chłopiec, który nie mógł chodzić, zaczyna biegać. I odtąd biega zawsze i wszędzie.

Chłopcy mają trudniejszy czas teraz i ciężko z nimi wytrzymać. Wiem, że to minie wkrótce i że mają do tego prawo, ale nie jest miło słyszeć ryki i dąsy od rana do wieczora. Więc też już chodzę i warczę. Rafałkowi chyba będą szły zęby, bo od czwartku chodzi i zawodzi, jak nie on. Ciekawe, trójki czy piątki. Długo czekaliśmy na przypływ uzębienia (roczny Rafałek miał chyba tylko 2 ząbki), ale teraz skubaniec ma już prawie komplet. I dobrze, bo jego ulubionym zajęciem jest jedzenie. Whatever, nie wiem, co dolega Gabrysiowi, ale też się zrobił mega marudny. Czy przez smętną pogodę czy po prostu taki etap w jego życiu, ciągle mu coś nie pasuje i zrzędzi z byle powodu jak stara babcia :P Mam nadzieję, że to minie, bo już mnie trafia. Dziś sobie mogę zostawić ich z tatą i wyskoczyć do miasta, ale od jutra znowu będę siedzieć sama na posterunku i sobie radzić. Praca zajmuje Krzyśkowi tyle czasu, że czuję się nieraz jak samotna matka. Tyle tylko, że w nocy jest się do kogo przytulić :)

Kończy się rok liturgiczny, Rok Wiary. Już za tydzień adwent. Ale jaja, nie? ;)

środa, 20 listopada 2013

O dzieciach, tak dla odmiany. I ocenianiu matek.


To filmik, który mnie ostatnio rozczulił. I wzbudził mega tęsknotę za naszym Maleństwem. Za tym, żeby doczekać kwietnia i wreszcie je zobaczyć, przytulić. Często myślę o tym i powiem szczerze, że nawet nie boję się porodu. W poprzednich ciążach się bałam, teraz już tylko czekam na ten fantastyczny moment, kiedy po dużej dawce bólu jest jeszcze większa dawka radości.

Poza tym te bliźniaki przypominają mi naszych chłopaków. Jasne, oni bliźniakami nie są, ale przytulają się ostatnio na wyścigi i mają bardzo silną relację. Ciekawe, czy będą też tak ściskać młodsze rodzeństwo?

Ja mam ostatnio jakiś dołek, choć w zasadzie winne temu zmęczenie. Prawie półmetek ciąży, opieka nad dwójką urwisów praktycznie non-stop, nasze (naprawdę liczne ostatnio) zajęcia. Często wracamy do domu koło północy, potem Krzysiek zawozi opiekunkę do domu, no i padamy. A potem od rana znowu kierat. Cóż przynajmniej czujemy, że żyjemy.

Wczoraj wieczorem, kiedy położyłam spać Rafałka, wróciłam do kuchni, gdzie Gabryś oglądał bajkę. Byłam zmęczona i rozgoryczona, bo wcześniej puściły mi nerwy, nakrzyczałam na nich i czułam się jak wyrodna matka. Siadłam koło Gabrysia, gapiąc się smętnie w ekran. A wtedy on odwrócił się do mnie, przytulił mocno i powiedział "Kocham Cię, mamo..." Aż mi ciarki przeszły. Skąd wiedział, że właśnie tego potrzebuję? A najlepsze, że na pewno zrobił to nie wiedząc, jak się czuję i nie pamiętając naszego spięcia. Takie momenty sprawiają, że przestaję się bać, że zawodzę jako matka. Podobnie jak wtedy, kiedy przychodzi Rafałek i uśmiecha się rozbrajająco, z ufnością...

Bo czasem naprawdę trudno jest czuć się dobrze jako mama. I to nie z powodu dzieci, ale... innych mam. Otoczenia. Tych wszystkich oceniających spojrzeń. Głupawych artykułów w gazetach. Ostrych komentarzy na blogach (innych, ale boli i tak). Dziś na przykład tak się czułam. Nie rozumiem, po co ta cała nagonka na mamy, teksty w stylu "matka wrogiem dziecka" i straszenia policją w przypadku, kiedy np. jakaś kobieta krzyczy na dziecko w autobusie? Paranoja, aż się chce wyjechać z tego kraju, od tych wszystkich nadgorliwców, polityków, ludzi wścibiających nos w życie rodziny. Ech.

Na szczęście radość z posiadania dzieci jest mocniejsza, niż te wszystkie przykrości.

piątek, 15 listopada 2013

Jeszcze o trzeciaczku :)

Wczoraj byłam na badaniu. Po przyłożeniu słuchawy do brzucha usłyszałyśmy bicie małego serduszka. Ech, muzyka...

Generalnie póki co wszystko ok, dostałam namiar na badanie usg 3d, muszę zrobić w pierwszym tygodniu grudnia. Idziemy razem z Krzyśkiem, trza sobie popatrzeć na małe cudo.

Od środy wieczorem czuję już wyraźnie małe kopniaczki :) W dodatku dość często, czyżby rósł kolejny wiercipiętek? To tylko Gabryś był taki flegmatyczny, że tylko spał i nawet podczas ktg trzeba go było budzić.

Także od ostatniego wpisu (w ciągu zaledwie kilku dni) nieco się zmieniło, wkraczamy powoli w inny wymiar ciąży - ten z komunikacją z Maleństwem. Czuję to także fizycznie, od ciężaru z przodu zaczyna mnie boleć kręgosłup, zwłaszcza wieczorami. Nie wiadomo jak się ułożyć, bo z bólu trudno zasnąć. A to jeszcze pięć miesięcy do terminu zostało, ech.

Gabryś się wczoraj ucieszył, że słuchałam serduszka dzidziusia i stwierdził że następnym razem on też chce :)

A poza tym przygotowujemy się powoli do świąt (psychicznie) i oglądamy zimowo-świąteczne bajki. Rządzi Kubuś Puchatek. Wczoraj zapytałam Gabrysia, co on chciałby od Mikołaja. Odpowiedział, że taki prezent, w którym będzie zupa pomidorowa i deserek. Padłam :D Jak znam żarłoka Rafałka, to też chciałby podobny. I na co dzieciom zabawki, hę?

Dziś w ramach załatwiania spraw zaległych idziemy z Rafałkiem do szczepienia. Ciekawe jak zareaguje, bo do tej pory to skrzywił się na chwilę po zastrzyku i tyle, zaraz śmiał się znowu Ale teraz już jest większy i potrafi już robić sceny (buncie dwulatka, nadchodzę!).  No zobaczymy :)


***
Dopisek: dostałam od Celta namiary na fajny test osobowości. Tytuł: "Jakim jesteś niedźwiedziem?" :D Może właśnie dzięki temu absurdalnemu podejściu go zrobiłam i o dziwo wynik jak zawsze się zgadza...

No więc jestem GRIZZLY :)

"You’re normally solitary, some may even consider you to be a loner, but that’s because you don’t care for big social groups (or what other people think of you, for that matter). You surround yourself with those you love, generally family members, and you have your priorities straight. Your answer to “What’s most important in life?” is undoubtedly: family, survival and food. Yes, in that order.

Fun Fact: Grizzlies are defensive by nature and very territorial. Most of their attacks on humans are a result of us invading their space. Habitat preference: western Canada and northwestern U.S." 

 Znowu poczułam się jak skrzyżowanie indiańskiego wojownika z troszczącym się o brzuch i rodzinę hobbitem. Czyli jednym słowem jak ja.

Test można zrobić TUTAJ, miłej zabawy :)

wtorek, 12 listopada 2013

O czekaniu i co słychać w naszym domku.

Na suwaczku mam napisane, żebym zwracała uwagę na swoje emocje, bo wpływają na Maleństwo. Tiaaa. A ja oczywiście już się denerwuję - bo w czwartek mam badanie kontrolne i już się schizuję, czy z dzieckiem wszystko ok. Zawsze tak miałam i już w pierwszej ciąży nazwałam to syndromem napięcia przedbadaniowego :P

Byłabym spokojniejsza, gdyby dziecko było już większe i kopniakami dawało znać o sobie - że żyje i ma się dobrze. A tak to jednak gdzieś mam niepokój, co tam u niego słychać. Ruchy pewnie niedługo poczuję, już mam czasem wrażenie, że coś tam się dzieje. Jakby motylki latały. Ale nigdy nie mam pewności, czy to na pewno dziecko, a nie jakieś bulgotanie w brzuchu. Ech, nie mogę się doczekać, kiedy w końcu Maleństwo się urodzi. Coraz częściej myślę o tym, jak to będzie, jak będziemy jechać do szpitala, jak będziemy z niego wracać już razem... 

Nie lubię być w ciąży, naprawdę. Ciągłe napięcie, różne niedogodności, od mdłości na początku po obolały kręgosłup na końcu. Można zapytać, czemu w takim razie jestem już w trzeciej, zamiast dać sobie spokój. No więc ciąży nie lubię, ale dzieci owszem :) Dzień narodzin jest dla mnie czymś najpiękniejszym i nie mogę się doczekać kolejnego razu, odpakowania tego wyczekanego prezentu. Pierwszego dotyku, spojrzenia. Karmienia, przewijania, ubierania. Widoku małych ciuszków w szafie i kolorowego łóżeczka w sypialni... Can't wait...

Póki co kiedy patrzę w lustro, to już nie mogę się oszukiwać. Widać, że jestem w ciąży. Kształtem zaczynam przypominać boginię z epoki kamienia łupanego (taką szerszą w biodrach i powyżej, mogącą wykarmić pół plemienia :P). Boginię, żeby nie było ^^ Trza szukać pozytywów (choć znajomi i tak mówią, że tylko patrząc z boku widać zmianę kształtów, z tyłu jakbym nie była w ciąży :)). Dobrze, że mam pewność, że już na wiosnę będę znowu szczupła i zwiewna. I  nie będę mieć problemów z pochylaniem się...

Cóż, po raz trzeci adwent zaczął mi się trochę wcześniej. Trudno nie myśleć w takich okolicznościach o narodzeniu w stajence... Jak dobrze pójdzie, to Wielki Post też będzie szczególny. Ja to się zawsze wstrzelę w kalendarz liturgiczny :P

Oprócz tego powoli idziemy do przodu z malowaniem i ogarnianiem mieszkania. Co też mnie cieszy, bo raz że już bym chciała przygotować gniazdko dla trzeciaczka, dwa że z chłopakami przez najbliższe parę miesięcy większość czasu spędzimy w środku. A widok mega bałaganu (w odróżnieniu od artystycznego nieładu) działa na mnie równie depresyjnie jak brak światła. Także przed nami jeszcze odnawianie kuchni i pokoju chłopców. I będzie piknie.

Za nami długi weekend. W sobotę chłopcy byli z dziadkami nad Wisłą karmić łabędzie, potem na Wawelu (Gabryś wspiął się z dziadkiem na wieżę i zobaczył Dzwon Zygmunta), a potem na gorącej czekoladzie w Bonarce. A myśmy mieli dzień wolny (czyli sprzątaliśmy chałupę). W niedzielę byliśmy w Zoo zobaczyć nowe żyrafy i całą resztę ;) I było super, a chłopaki znają chyba Zoo już na pamięć. Gabryś mnie prowadził i mówił gdzie co jest, a Rafałek też cały czas pokazywał paluszkiem na zwierzątka. Nigdy jeszcze nie byłam tam o tej porze roku, kiedy czuć już zimę w powietrzu. O dziwo jest co oglądać, a las listopadowy też ma swój urok... A wczoraj odpoczywaliśmy w domu, piekliśmy ciasto i generalnie - dogadzaliśmy sobie :)

Czekamy... Na święta, na Mikołaja, na wiosnę... Czekamy i cieszymy się chwilą. Chłopaki dorwali się właśnie do miodu i się kleją niczym Kubuś Puchatek. Trzeba iść umyć towarzystwo.

Piękna piosenka na koniec. Znowu mnie wzięło na Enyę. I cykl o Enderze, już czwarty tom czytam. Żeby nie było, że tylko sprzątam i zmywam ;)

środa, 6 listopada 2013

Listopadowo, domowo...

Leje. Już któryś dzień siedzimy w domu, bo nie ma jak wyjść. Na kalosze i taplanie się w kałużach za zimno. Już wolę jakoś przeżyć od rana do wieczora w czterech ścianach i nie walczyć z kolejnymi przeziębieniami. Kiedyś się spinałam, bo we wszystkich genialnych dziecięcych poradnikach pisało, żeby wychodzić codziennie bez względu na pogodę. Już mi przeszło. Ech, zaczął się czas domowy... I tak pewnie do marca. Kwietnia? W każdym razie mam nadzieję, że kiedy nasze najmłodsze dzieciątko przyjdzie na świat, będzie już wiosna :)


W ruch poszły różne kolorowanki i uzupełnianki, które w lecie leżały odłogiem. Nauka literek i cyferek, choć z tym się nam nie spieszy. Jakoś nie mam ambicji wychować małych geniuszy. Wolę, żeby się bawili, uczyć się będą w szkole. Chłopaki mają fazę na samoloty, powyciągali wszystkie modele, jakie mamy i wożą pasażerów po pokoju.


Przed chwilą Gabryś się uderzył w palec i rozpłakał, na co przyleciał Rafałek i zaczął go głaskać po głowie :)
Wcześniej jedliśmy zupę pomidorową i nagle Gabryś odłożył łyżkę i powiedział z powagą:
- Wybacz, mamo, już więcej nie mogę zjeść.
Generalnie mimo zimna na zewnątrz, dom mamy ciepły :) Pewnie, chłopaków rozsadza energia i chyba najlepiej byłoby postawić ściankę wspinaczkową na środku pokoju. Co chwilę to się śmieją i biegają w kółko, to ryczą, bo próbują wyrywać sobie zabawki. A ja zastanawiam się coraz częściej jak to będzie, kiedy dojdzie trzeci rozrabiaka (rozrabiara?). Domowe przedszkole na całego...


Poza tym już gdzieś w środku się cieszę na listopadowo-grudniową serię przyjemności, czyli: moje urodziny, adwent, Mikołajki, święta. Zawsze lubiłam ten czas i cieszę się jak dziecko. Już mimochodem planuję, co kupię chłopakom w prezencie i jak będziemy świętować Wigilię. I pewnie w połowie grudnia będę mieć usg połówkowe i zobaczę znowu Maleństwo. Sasasa. A póki co - przygotowania do katechez trwają...

sobota, 2 listopada 2013

Tęsknota i piosenka.

Wszyscy święci i inni zmarli mają teraz swój czas - wczoraj, dzisiaj. W tej całej gonitwie nieraz o nich zapominamy, ale oni są tam ciągle, czekają, tęsknią...

Wczorajszy dzień był specyficzny - chłopcy pojechali z moimi rodzicami do Zoo, myśmy mieli czas dla siebie. Kiedy smażyłam na obiad naleśniki (z czekoladą i orzechami ;) jak święto to święto), nagle dotarło do mnie bardzo mocno, jak wyjątkowe to święto. Było jakby bliżej Nieba. I wtedy usłyszałam słowa tej piosenki, które bardziej do mnie trafiają, niż niejedna modlitwa. I się poryczałam, bo też tak bardzo zatęskniłam - za Bogiem, za nimi. Za tym czasem, kiedy już będziemy wszyscy razem po tej drugiej, lepszej stronie.

Póki co mogę być tylko wdzięczna za to, co jest.

I jeszcze zanim zostawię Was ze wspomnianą piosenką, urywek z "Gościa": o Józku. Też tęsknię. I za Karolem latającym nad bacówką.


For all those times you stood by me
For all the truth that you made me see
For all the joy you brought to my life
For all the wrong that you made right
For every dream you made come true
For all the love I found in you
I'll be forever thankful baby
You're the one who held me up
Never let me fall
You're the one who saw me through through it all


You were my strength when I was weak
You were my voice when I couldn't speak
You were my eyes when I couldn't see
You saw the best there was in me
Lifted me up when I couldn't reach
You gave me faith 'cuz you believed
I'm everything I am
Because you loved me


You gave me wings and made me fly
You touched my hand I could touch the sky
I lost my faith, you gave it back to me
You said no star was out of reach
You stood by me and I stood tall
I had your love I had it all
I'm grateful for each day you gave me
Maybe I don't know that much
But I know this much is true
I was blessed because I was loved by you


You were my strength when I was weak
You were my voice when I couldn't speak
You were my eyes when I couldn't see
You saw the best there was in me
Lifted me up when I couldn't reach
You gave me faith 'coz you believed
I'm everything I am
Because you loved me


You were always there for me
The tender wind that carried me
A light in the dark shining your love into my life
You've been my inspiration
Through the lies you were the truth
My world is a better place because of you


You were my strength when I was weak
You were my voice when I couldn't speak
You were my eyes when I couldn't see
You saw the best there was in me
Lifted me up when I couldn't reach
You gave me faith 'cuz you believed
I'm everything I am
Because you loved me

środa, 30 października 2013

Sesja jesienna.


 To fotki z naszego wczorajszego spaceru. Niestety słońca nie było, więc kolory raczej szarawe. Ale za to dobrze oddają jesienny nastrój. Nagie gałęzie, poskręcane liście w trawach... Za kilka dni Wszystkich Świętych i Dzień Zaduszny. Czas znowu zwalnia, skłania do zadumy. Lubię ten listopadowy klimat. I zapach cmentarnego miodku.

Tak swoją drogą, duże już mam chłopaki, nie? :) Rafałek bardzo zmężniał i wygląda już jak mały mężczyzna, a nie dzieciaczek. A Gabryś też strasznie się zmienił, jeszcze na początku roku był ostrożnym, nieśmiałym chłopczykiem, a teraz jakoś się otrzaskał i zrobił taki odważny, otwarty. Rosną faceci ech, cieszę się ^^

Maleństwo też coraz większe, ruchów jeszcze nie czuję, ale nacisk owszem ;)

poniedziałek, 28 października 2013

Uzdrowiona ;)

W piątek rano wstałam o piątej i zaczęłam pakować Krzyśka i chłopaków. Mieli jechać ze wspólnotą, a ja zostać w domu i się kurować. Pierwszy raz miałam nie pojechać na konwiwencję i było mi strasznie smutno... Ale byłam na proszkach przeciwbólowych i w każdą noc ryczałam z bólu, tak bolało mnie ucho. Masakra, brałam tylko antybiotyk i modliłam się, żeby w końcu zadziałał. A Krzysiek musiał wziąć w czwartek urlop, bo byłam tak słaba, że nie mogłam się sama wygrzebać z łóżka.

Spakowałam chłopaków, obudziłam i podałam śniadanie. Popatrzyłam na zegarek, westchnęłam, wzięłam kolejny paracetamol. I dorzuciłam swoje rzeczy do plecaka. I siateczkę leków. I pojechaliśmy.

Nie byłam w stanie zrezygnować z randki z Bogiem.

O dziwo te trzy dni pomogły bardziej niż lekarstwa. Było pięknie, mieszkaliśmy w domku nad jeziorem, między górami. Chłopaki chodzili nad wodę i do lasu. Pojechaliśmy na górę Żar, gdzie latały szybowce i lotnie. Na szczyt wyjechaliśmy kolejką. Oglądaliśmy tamę. Dla chłopców same atrakcje... W dodatku pogoda piękna, chodziliśmy w samych koszulkach, tak grzało.

A my odpoczęliśmy, nabraliśmy sił... Nie tylko tych fizycznych. Mnie już na wstępie po przyjeździe rozwalił Bóg w szczególny sposób, mówiąc jak bardzo za mną tęskni i jak potrzebuje pobyć tylko ze mną. Takich chwil nikt nie potrafi dać, tylko on. W sumie nawet się nie zdziwiłam, że już po paru chwilach spędzonych tam przestało mnie boleć ucho. Czasem opłaca się zaryzykować i zrobić coś dziwnego, żeby zmienić życie na lepsze.

To był niesamowity czas. A teraz jesteśmy już w domu, ogarniamy system. Zaraz pójdziemy na spacer, korzystając z pięknej pogody.

wtorek, 22 października 2013

Chora.

O kurcze, ale się załatwiłam :( W niedzielę zrobiło mi się słabo na mszy, musiałam wyjść i ściągnąć płaszcz, bo ledwo dychałam. I oczywiście mnie przewiało. Wczoraj jeszcze jakoś to było, ale dziś umieram. Dobrze, że mama wzięła chłopców do siebie, bo nie wiem, jak byśmy dotrwali do wieczora.

Jeszcze nigdy tak potwornie nie bolało mnie gardło (a bolało nie raz). Nie mogę od rana nic zjeść, bo samo przełykanie śliny to katorga :/ W dodatku boli mnie cała szyja i nie mogę nią ruszać. Schylać też się nie mogę, bo mam wrażenie, że wybuchnie mi ucho. I mam dreszcze. Buuu, niech mnie ktoś przytuli...

Po południu idę do lekarza. Mam nadzieję, że najmłodszemu to przeziębienie nie zaszkodzi :(

A teraz spać...

środa, 16 października 2013

Napięty grafik :)

Wróciliśmy z pięknego długiego weekendu i nawet nie mam czasu o tym napisać. Zagonieni jesteśmy, co wieczór jakieś wyjście czy spotkanie. W ten weekend jedziemy do rodziców Krzyśka, w następny znowu wybywamy ze wspólnotą. W dodatku się okazało, że w tym sezonie nasza ekipa będzie głosić katechezy na mieście, pierwszy raz i niektórzy na samą myśl są zieloni ze strachu. Także zapowiada się zapiernicz aż do... świąt chyba, a może i dalej. Heh, przynajmniej czas ciąży mi szybko minie, w biegu :)

A teraz czekam na szybki obiad (spaghetti z sosem i kawa zbożowa z mlekiem do popicia), a później wracam do sprzątania. Wreszcie skończyliśmy naszą sypialnię i wszystko powoli wraca do normy. Dziś już śpimy u nas, a chłopcy znowu będą mieć wysprzątany pokój i zabawki poukładane. Uff...

Dobrze że pada, to nie mam wyrzutów sumienia, że nie wzięłam chłopaków na spacer :)

poniedziałek, 7 października 2013

Coraz bliżej zimy. Wizja odpoczynku :)

Wyszliśmy dziś z domu w kożuchu (ja) i kurtkach (chłopcy), a już na podwórku ściągaliśmy warstwa po warstwie, żeby zostać tylko w polarach. Miła odmiana po tych coraz zimniejszych dniach, które zmusiły nas do rozpoczęcia sezonu grzewczego... A już się bałam, że płynnie przeskoczymy z lata do zimy i żadnej jesieni nie będzie. Nie żebym lubiła jesień, ale im dłużej i cieplej świeci słońce, tym lepiej... Gabryś ostatnio zaczął się już szykować do budowy bałwana, bo naprawdę się wydawało, że śnieg spadnie lada dzień.

Whatever, co by nie było, musieliśmy zrobić porządki (jutro jeszcze dokończę w szafie chłopców). Trzeba się było pożegnać z krótkimi rękawkami i wyciągnąć swetry, czapki, ciepłe buty. Nie lubię tego przeskoku... Ale przynajmniej chłopcy się super prezentują w nowych ciuchach. Gabryś ma niebieską kurtkę i zielony polar, a Rafałek zieloną kurtkę i niebieski polar :) Nie mogę się napatrzeć na moje ciasteczka, kiedy idziemy na spacer. A na spacerze największą atrakcją są teraz liście. Albo je zbieramy, albo nimi szuramy...

W tym miesiącu szykują nam się dwa dłuższe wyjazdy. Odpoczniemy i nabierzemy sił, nie tylko tych fizycznych ;) Pierwszy wypad już teraz, od czwartku do niedzieli. W dodatku jedziemy bez chłopców (będą u moich rodziców), pierwszy raz się rozstaniemy na dłużej niż dzień. Dziwnie tak, ale już się cieszę, bo tym bardziej odsapnę od codziennego kieratu. A chłopaki lubią zostawać u dziadków, więc będzie dobrze.

A to moje kochane zimowe miśki:

Gabryś ciągle w ruchu...
...a Rafałek wiecznie uśmiechnięty ;)

czwartek, 3 października 2013

Uffająca Riv.

To będzie krótka notka o zauffaniu.

Po pierwsze, od wtorku jedyne, co mam ochotę mówić, to "uff...".

Byłam na kolejnym usg, szykując się szczerze mówiąc na najgorsze. A okazało się, że wszystkie złe zmiany się cofnęły, rozwarstwienie jest minimalne i mam się nim już nie przejmować. I w ogóle chyba z pół godziny się gapiłam na ekranik z moim najmłodszym dzieckiem (jak urosło!), znowu nie mogłam się nadziwić, jakie jest śliczne, jak macha łapkami, jak się obraca. No cud normalnie. 

Gdzieś też telepała się w głowie zdziwiona myśl, że to przecież 12 tydzień, a niektórzy uważają, że usunięcie ciąży do tego czasu to pikuś i że to tylko zlepek komórek. Hmm, zapraszam na usg...

W każdym razie odetchnęłam. Choć na początku byłam tak zdziwiona i przyzwyczajona do lęku o maluszka, że aż bałam się ucieszyć... Teraz powoli się oswajam ze świadomością, że może faktycznie będzie dobrze i na wiosnę będę przytulać kolejnego szkraba. Can't wait...

I w ogóle jestem Bogu wdzięczna za to, że tak zadziałał. Bo mógł nie, tyle moich znajomych utraciło swoje dzieci właśnie na początku ciąży, że w sumie mogłabym się doliczyć już nie kilkunastu, a kilkudziesięciu aniołków... Tak bywa i nawet nie mogłabym mieć pretensji, gdyby spotkało to i mnie. Ale tym bardziej  czuję po prostu mega wdzięczność za to, że dał mi znowu się cieszyć tą ciążą i mieć nadzieję na szczęśliwe rozwiązanie.

Notka miała być o "zauffaniu"... Bo oprócz ulgi jakoś nie mogę nie myśleć, że "opłaca się" szturmować i ufać mimo wszystko tym wszystkim świętym, których męczyłam przez ten czas, no i Panu Bogu w szczególności.

A to moja od 11 lat już ukochana piosenka, pasująca idealnie...

niedziela, 29 września 2013

Imieniny chłopaków.

Dziś święto archaniołów, a co za tym idzie, imieniny naszych chłopaków :)

Zaczęliśmy nietypowo, bo Krzysiek pojechał z nimi na lotnisko, żeby mogli pomachać cioci Renfri (znowu poleciała do Boliwii i nie wiadomo, kiedy się zobaczymy...). Przy okazji pooglądali samoloty i byli bardzo zadowoleni. Ja w tym czasie zrobiłam zakupy (samochodziki na prezent i dobre ciasteczka między innymi) i ogarnęłam chałupę. No tak, miałam się nie przemęczać, ale w takim dniu zawsze mam jakiegoś dopalacza.

Potem przyjechała Alnilam. Zrobiliśmy laudesy (Gabryś był bardzo zdziwiony, czemu Bogacz z ewangelii wylądował w miejscu, gdzie nie ma picia - "to deszczyk tam nie spadł?"), a potem chłopaki dostali swoje samochodziki. Zjedliśmy niedzielny obiad - kalafiorową z ryżem i łazanki (znowu mnie wzięło na kalafiora i kapustę :P). No i były ciastka od Buczka, także każdy mógł sobie wybrać, czy woli kremówkę, wuzetkę, czy innego eklerka albo naleśniczka. Ech, mniam... Chłopcy pobawili się z ciocią i ciągle kazali jej wsiadać do pociągu z misiów i poduszek, miałam niezły ubaw ^^

A teraz Krzysiek pojechał z nimi na plac zabaw, a ja mam chwilę oddechu...

Gabriel po hebrajsku znaczy: "Mąż Boży"; albo "Bóg jest moją mocą". Najczęstsze jego przedstawienia w sztuce ukazują go z przepaską na czole, z laską w ręku, ale bywa też przedstawiany z kulą ziemską.
W swej misji spełnia rolę posłańca, który przekazuje ludziom przesłanie od Boga. Po raz pierwszy Archanioł Gabriel pojawia się w Księdze Daniela jako istota niebiańska o wyglądzie mężczyzny. 
Jest on zwiastunem potężnego działania Boga w sytuacjach po ludzku niemożliwych. Mocy Bożej potrzeba było, aby starzy i niepłodni Elżbieta i Zachariasz  mogli wydać na świat Jana Chrzciciela. Mocy Bożej potrzeba było, aby dokonało się Wcielenie Syna Bożego w łonie dziewiczej Matki. Archanioł Gabriel spełnił wielką rolę w przekazywaniu Bożej tajemnicy w wydarzeniach związanych z historią zbawienia.
Nasze podobieństwo do Gabriela jest największe wówczas, gdy wołamy całym sobą: Ty jesteś moją mocą, gdy zawierzamy siebie i innych Bogu.

Rafał po hebrajsku znaczy: "Bóg uzdrawia", "Bóg uleczył". Rafał to jeden z siedmiu Archaniołów, którzy stoją w gotowości przed majestatem Pana. (por. Tb 12,15). Przedstawia się go w sztuce sakralnej jako pielgrzyma, trzymającego rybę lub butelkę.
W Księdze Tobiasza pojawia się pod postacią ludzką i przybiera popularne żydowskie imię Azariasz, towarzysząc w drodze bohaterowi księgi. To on był towarzyszem i przewodnikiem młodego Tobiasza w drodze z Niniwy do Raga w Medii. Uzdrowił ze ślepoty jego starego ojca i uwolnił od złego ducha dręczoną napaściami szatana Sarę. Poradził też młodemu Tobiaszowi, by ożenił się z nią. Uzdrowienie od zła fizycznego i duchowego mówi nam o Bogu uzdrawiającym.
Potrzeba nam lekarza, bowiem: "Od Najwyższego pochodzi uzdrowienie" (Syr 38,2). Potrzeba nam także przewodnika w drodze, byśmy nie chodzili jak ślepi, błądząc i potykając się. Choroba to nierzadko także zaślepienie, zadufanie w sobie, nieszukanie pomocy u Boga. Bóg poprzez Rafała dokonał tylu dobrych czynów tym, którzy  przyjęli uległym sercem jego kierownictwo i pomoc. 
 
I tak to jest z patronami naszych chłopaków... Trzeba przyznać, że do tej pory działali z mocą, bo bez ich interwencji musielibyśmy odwiedzać szpital o wiele częściej :)

Właśnie słucham tej piosenki i z nią Was zostawiam:

środa, 25 września 2013

Weekendowe wspomnienia :)

Środowy poranek. Siedzę przed kompem, staram się ignorować mdłości i fakt, że chłopaki właśnie robią bajzel w mieszkaniu. Przed chwilą prawie udało mi się przypalić kapustę na łazanki. Ech. Czekam na makaron, może jak zjem coś ciepłego, to życie okaże się lepsze. Zimno mi.

Ale nic to. Przed nami malowanie pokoju (już jutro, hurra!) i kolejne badania (w przyszły wtorek, mam nadzieję, że będzie dobrze...). Za nami fantastyczny weekend w Łodzi, trzy dni siedzieliśmy u mojej przyjaciółki ze studiów, jej męża i synka :) z jeszcze jednym znajomym małżeństwem ich córeczką. Trochę się bałam długiej jazdy, ale nie było tak źle. A tam odetchnęłam. Nawet nie zdawałam sobie sprawy, jak bardzo brakuje mi towarzystwa innych rodzin. Pewnie, mamy parę znajomych rodzin tutaj, ale zwykle nie ma czasu pogadać tak dłużej, zwłaszcza jeśli mają dzieci w ilościach 5+. Poza tym nasi bliscy przyjaciele jeszcze dzieci nie mają, więc też nie zawsze rozumieją, co nas gryzie, a nieraz bezwiednie bardzo ranią swoimi uwagami np. na temat bałaganu w domu. Także po paru dniach spędzonych w Łodzi jakbym zaczęła znowu oddychać... Dzieciaki szalały, faceci sobie pogadali, my też (siedziałyśmy do pierwszej w nocy, co mi się dawno nie zdarzało i poczułam się znowu jak młoda i piękna studentka :P). No fajnie było i naprawdę dobrze się czułam z dala od naszych spraw ciążowo-remontowych (przez te parę dni ani razu się nie martwiłam i spokojnie przesypiałam nocki, bez budzenia się ze strachem, że coś się stanie). Oczywiście nie byłoby tak fajnie, gdybyśmy się po prostu wszyscy tak dobrze nie dogadywali. Ech, takich wyjazdów więcej :) A o naszym szalonym weekendzie można też przeczytać TUTAJ, u Zosi i Justyny.

Hmm, makaron chyba już gotowy. Czas na łazanki. A potem wyjdziemy na podwórko pozbierać orzechy, póki tak pięknie słońce świeci. Niech chłopaki teraz tam pobałaganią, tu już chyba gorzej być nie może :P

piątek, 20 września 2013

Rafałek Demolka i jego zadziwiające umiejętności :)

Jakoś nie rozpisywałam się ostatnio o Rafałku, który przecież niedawno skończył półtora roczku i zrobił niesamowite postępy we wszystkim (za wyjątkiem może mówienia). Dlatego stwierdziłam, że wypadałoby umieścić tu notkę z serii "co moje dziecko potrafi". Zainspirował mnie dzień dzisiejszy.

Otóż Rafałek potrafi:

- wysmarować siebie (buzię, ręce i niedawno założone czyste ubranko) oraz krzesło i podłogę resztką keczupu z pozostawionej przez minutę na stole butelki, kiedy mama poszła na chwilę do łazienki (to było DZIŚ);

- podczas zabawy na podwórku upaść na plecy prosto w jedyną, niewielką, przykrytą wcześniej przez mamę liśćmi kałużę z błotem tak, żeby w błocie znalazła się głowa i czysty polarek - akurat wtedy, kiedy mama na chwilę odwróciła się, żeby sprawdzić, czy pranie wyschło (to również DZIŚ);

...poza tym...

- wrzucić  do używanego przed chwilą nocniczka swoje buciki;

- pięć minut później pobiec, by zrobić to jeszcze raz;

- wlać herbatę do talerza z obiadem, a potem szybko wylać to wszystko na podłogę;

- błyskawicznie wpełznąć pod suszarkę i ściągnąć mokre pranie na głowę;

- po zjedzeniu obfitego śniadanie rozryczeć się, że mama nie chce się podzielić jedyną kanapką, która jej została;

- wyłączyć komputer, kiedy mama pisze ważnego maila;

- wrzucić płyty CD do pralki;

- kiedy mama jest zajęta robieniem obiadu, za jej plecami wysypać większość przypraw na podłogę;

- po skończonym posiłku przypominać makaronowego potwora;

- uśmiechać się łobuzersko po każdym wybryku;

- posprzątać (!!!): ścierać mokre plamy, zamiatać okruszki, dawać śmieci do kosza itd.;

- zgodnie z poleceniem przynieść pieluszkę/buciki/czapkę, pójść do łazienki/pokoju/kuchni, zanieść zakupy na blat przy kuchence;

- zjeść samodzielnie każdy rodzaj posiłku i poprosić o dokładkę :)

- pokazywać postaci w książeczkach (np. gdzie jest konik);

- zrobić karczemną awanturę o to, że sam chce myć ząbki;

- bawić się w chowanego;

- pomagać w ubieraniu i myciu;

- drzeć się niemiłosiernie podczas mycia głowy;

- na sam dźwięk samolotu podnosić paluszek do góry i patrzeć z przejęciem w niebo;

- dawać buziaka na dobranoc mamie i braciszkowi (tacie też, jeśli zdążył wrócić do domu);

- i wiele innych rzeczy, bo podobnie jak braciszek jest bardzo bystrym chłopczykiem, ale pora już późna, więc będę kończyć ;)

Czeka nas weekend poza domem, mam nadzieję odpocząć w doborowym (ba!) towarzystwie. Do zgadania w przyszłym tygodniu. Czyli już w porze kalendarzowej jesieni. Ech, wieczory są coraz dłuższe i straszliwie zimne... Na rozgrzewkę i dobry sen:

środa, 18 września 2013

Dzidziuś w brzuszku czyli dzienne Polaków o seksie rozmowy.

Poranek. Zjedliśmy śniadanie i poszliśmy się jeszcze powylegiwać na łóżku. W trójkę, a właściwie czwórkę. Nagle Gabryś podciąga koszulkę, pokazuje na okolice pępka i mówi:
- Wiesz, co ja tu mam?
- ???
- Dzidziusia w brzuszku!
- Yyy... Tak? (nie ma jak inteligentna odpowiedź)
- Tak i on jest malutki i musi urosnąć. A potem trzeba go stamtąd wyciągnąć.
- Ale jak?
- No ty mi wyciągniesz. A Twojego wyciągnie tatuś. (słusznie! jak wsadził, to niech wyciąga!)
- Ale Gabryś, tylko mamusie mają dzidziusie w brzuszku.
- Nie, chłopcy też mogą mieć. (zwolennicy ideologii gender byliby zachwyceni)

Tym sposobem zaczęłam z moim dzieckiem pierwszą rozmowę na temat "skąd się biorą dzieci". I szczerze - było bardzo fajnie. Gabryś przyswoił informację, że do pojawienia się dzidziusia w brzuszku potrzebni są tatuś i mamusia, którzy się bardzo kochają. Aczkolwiek z własnego, prywatnego dzidziusia nie chce zrezygnować. Pewnie przejdzie mu, kiedy już doczeka się narodzin siostrzyczki/braciszka (naciska na siostrzyczkę). Kurcze, a tak zazdrościłam znajomym mającym córeczki, że są "razem w ciąży" i czekają na dzidziusie, bo myślałam, że mnie to ominie. A tu proszę :P

Oprócz tego Gabrysia fascynuje sam termin "rosnąć". I próbuje zrozumieć jak to jest, że ktoś jest straszy/młodszy, większy/mniejszy. Np. pyta, kiedy Rafałek będzie starszy od niego. Zdziwił się, kiedy mu powiedziałam, że zawsze będzie młodszy. A jeszcze bardziej, kiedy dodałam, że może kiedyś będzie wyższy od Gabrysia ^^ I tak przed obiadem nastąpiła znowu pouczająca rozmowa. Zaczął Gabryś:
- Wiesz, zrób mi do sosu makaron świderki, bo spaghetti mi się ciężko je.
- Dobrze, smyku.
- Bo ja jestem jeszcze mały, wiesz? I mi wylatuje.
- Aha.
- Ty jesteś większa i masz TAKĄ DUŻĄ głowę, to możesz jeść spaghetti.

Zaiste. Dobrze mieć dużą głowę.

Tym optymistycznym akcentem kończę. Wypuściłam starszego smyka na podwórko, żeby poskakał po kałużach w kaloszach. A młodszego muszę położyć spać. I może sama wyjdę na pole, bo wreszcie nie pada.

Na pożegnanie akcent jesienny, czyli moja ukochana o tej porze Loreena. Nie wiem, jak można jej nie lubić :)

poniedziałek, 16 września 2013

Moje Maleństwo :* i starsze dzieciaki.

Dzisiaj znowu zobaczyłam na usg moje Maleństwo. Bijące serduszko, główkę, rączki i nóżki... Widziałam, jak się rusza. To był moment przeszywającej radości, jakbym jedną nogą była w Niebie. Wiedziałam o tym już wcześniej, ale jeszcze nigdy tak mocno tego nie czułam - kocham je tak samo mocno, jak Gabrysia i Rafałka. Tak bardzo tęsknię za tym, żeby je przytulić... Tak bardzo chciałabym, żeby urodziło się zdrowe, w dobrym dla niego czasie.

Jednocześnie niestety dalej muszę się o nie bać. Sytuacja jest bez zmian, krwawień wprawdzie nie ma, ale jest przerwa między szyjką a kosmówką. Innymi słowy mam prowadzić "spoczynkowy tryb życia" (hehe... dobrze że chłopcy są wyrozumiali i jako tako jest to możliwe), brać dalej luteinę i uważać... I modlić się, żebym tego dziecka nie straciła. No cóż Panie Boże, dałeś nam to dzieciątko, to teraz rób, co uważasz za słuszne. Wiesz, czego pragnę i czego się boję. Polecam Ci całą tą sytuację i naszą rodzinę...

Poza tym przeżywam znowu moment zauroczenia moimi starszymi dziećmi. Przez ostatnie półtora miesiąca byłam tak przymulona, że nie byłam w stanie się nimi cieszyć. Czułam się zmęczona i drażniło mnie ich zachowanie. I bolała mnie ta moja niewrażliwość, nie chciałam tego. Na szczęście, zgodnie z przewidywaniami, w końcu to powoli mija. Dziś mimo strasznie silnych mdłości znowu patrzyłam na chłopaków z miłością i dumą. Bo naprawdę są niesamowici. I jestem strasznie wdzięczna Bogu, że mi ich dał.

Mam tylko marzenie, żeby mogli za te pół roku z kawałkiem cieszyć się z nowo narodzonej siostrzyczki czy też braciszka. Dziś już się za to wieczorem modlili. Gabryś na wieść, że mam w brzuszku dzidziusia, rzucił się do mnie z okrzykiem: "Pokaż!". Myślałam, że padnę :) Ale już wie, że dzidziuś musi najpierw urosnąć i się urodzić.

sobota, 14 września 2013

Czekanie. Jesienne wspomnienia.

Sobota... Wreszcie chwila oddechu. Chłopcy są u moich rodziców, Wilkołak szaleje po domu i sprawia, że koniec naszego wiecznego remontu już bliżej niż dalej... Jak się uda, to w tym tygodniu pomalujemy naszą sypialnię (jest w najgorszym stanie). A później po kolei pozostałe pomieszczenia. I wreszcie będę mogła czekać na kolejne dzieciątko w przytulnym gniazdku, a nie jaskini rozbójników.

W poniedziałek mam kontrolne usg. Czekam. Od tego będzie zależeć bardzo dużo... Z jednej strony się boję, co będzie, jeśli faktycznie coś jest nie tak. A z drugiej mam dużą nadzieję, że jednak wszystko w porządku i nie trzeba się będzie martwić. Póki co to "oprócz tego, że czuję się źle (mdłości), to czuję się dobrze" :) Krwawień żadnych nie było. I w ogóle. Ech, oby można było spokojnie czekać na narodziny dziecka, tak jak w ostatnich ciążach. W sumie to najspokojniejsza była ta z Rafałkiem. Z Gabrysiem też były jakieś problemy, ale dopiero od szóstego miesiąca.

W związku z czekaniem mam oczywiście zawias. Poza tym nic mi się nie chce i mam ochotę bez przerwy spać. Ale to mam nadzieję minie z końcem pierwszego trymestru. No i lato się skończyło i jest melancholijnie. Przypominają mi się różne dziwne rzeczy, o których dawno nie myślałam. Zbieram kasztany dla dzieciaków i myślę o czasach, kiedy jeszcze byłam wolna i ślebodna. Nie, żebym tęskniła za tym, ale jednak. Smak piwa z sokiem imbirowym na przykład. I widok Plant nocą. Długie wieczory z książką, herbatą z miodem i Loreeną McKennitt. To wszystko stało się równie odległe jak czasy łąk i te, kiedy mieszkałam jako mała dziewczynka na Królewskiej. Jakbym była teraz po drugiej stronie lustra, w jakimś innym życiu. Nie wiem, kiedy było to przejście. W dniu ślubu? Urodzenia Gabrysia? Od tamtej pory wszystko jest inne. I ja jestem jakaś inna. Bardziej zmęczona, bardziej szczęśliwa. I mniej niepewna.

Whatever, za wspomnienia :) (wzniosłabym toast herbatą, ale mam ostatnio herbatowstręt i generalnie odrzuca mnie od napojów wszelkiej maści... masakra, staram się pić wodę, żeby nie uschnąć)

 

PS. Rafałek ma już półtora roku!!! Ale mam duże dziecko :)