sobota, 22 grudnia 2012

Moje cztery kolędy.

Wróciliśmy z eucharystii. Jutro chyba ubierzemy już choinkę, kupiliśmy dziś ładnego świerka w doniczce. Nawet nie sądziłam, że taki duży jest.

Kulinarnych przygotowań nie mamy wiele, bo idziemy na dwie Wigilie w gości (chciałam odpocząć od gotowania). Za to bardzo ważne dla mnie jest przygotowanie kolęd. Muszę wyciągnąć te zakurzone płyty. I dać posłuchać Gabrysiowi, bo to on ostatnio robi za DJa i sam już umie włączyć płytę.

W rodzinnym domu nie dawaliśmy sobie prezentów pod choinkę (od tego był Mikołaj). Za to dzień Wigilii oznaczał: ubranie drzewka, słuchanie kolęd od rana, przygotowanie potraw. I aż coś w brzuchu łaskotało z radości...

Każdy ma jakieś ulubione kolędy. Jakoś tak dziś pomyślałam, że mogę wskazać takie, które miały dla mnie największe znaczenie na poszczególnych etapach życia.

Kiedy byłam malutka (a choinka była ogrooomna), zawsze poruszała mnie tradycyjna kolęda "Lulajże Jezuniu" - uwielbiałam ją śpiewać jako dziewczynka. I zawsze płakałam, kiedy myślałam o małym Jezusku w żłobie.
Potem po przeprowadzce na obrzeża Krakowa, kiedy już z bratem byliśmy więksi i życie naszej rodziny się zmieniło (byliśmy bardziej niezależni od dziadków i było więcej nowości), Wigilii zawsze towarzyszyła płyta Grzegorza Turnaua  i Ewy Małas-Godlewskiej "Witaj Gwiazdo Złota". A najbardziej działała na moją wyobraźnię ta piosenka... Kiedy ją słyszę, widzę siebie z czasów podstawówki i białe, mroźne zimy na naszym osiedlu pod lasem.
 
Później, w czasach liceum, już z Alnilam słuchałam z nadzieją "Kolędy dla nieobecnych". To był dla mnie trudny czas, skończyło się dziecinne przeżywanie Wigilii i zaczęła walka o to, by święta były naprawdę świętowaniem urodzin Pana Jezusa (moja rodzina zaczęła wtedy odchodzić od Kościoła). Jest coś w tej nucie, co odpowiada tęsknocie w moim sercu - żeby jednak zasiąść kiedyś za stołem ze WSZYSTKIMI, których kocham.
 
I na koniec taka, która kojarzy mi się z naszym nowym życiem, nową rodziną, z dzieciakami i Krzyśkiem. I takimi świętami, kiedy mogę spokojnie czytać ewangelię, śpiewać znów kolędy, modlić się, życzyć błogosławieństwa Bożego. A w tym roku chcę jeszcze opowiedzieć Gabrysiowi, jak to było, kiedy urodził się Pan Jezus. Bo teraz już słucha takich opowieści i je pamięta. A to radosna, budząca do życia kolęda w wykonaniu Arki Noego - idealna na ten czas :)
Dobrego kolędowania! W końcu kto śpiewa, ten modli się dwa razy ;)

czwartek, 20 grudnia 2012

Kolorowo mi :)

Ciemno za oknem.

W pokoju kolorowo. Zabawki rozsypane na podłodze, chłopcy jeszcze się bawią. Zaraz pójdą spać.

Od wczoraj znowu są w gorszej formie, katar, gardła czerwone... Jutro slalom po lekarzach, rano umówiona od dawna wizyta u kardiologa (obaj mają szmerki na serduszku), potem przychodnia - niech ich pediatra obejrzy. Żeby na święta tylko wydobrzeli... Ale taki urok zimy, że dzieci przeważnie są chore.

Jem zmielone orzechy z cukrem i cytryną (mniammm), piję ciepłą herbatę.

Jestem zadowolona, bo:
- święta już blisko,
- wczoraj byłam u spowiedzi,
- Alnilam i Alberto są już w Polsce!!! :)

Już niedługo wspólna Wigilia!

wtorek, 18 grudnia 2012

Tylko orły szybują nad granią...

W tym całym bólu, jaki odczułam ostatnio, zauważyłam wyraźnie - to pieczęć adwentu. Dopiero dziś do mnie dotarło, że to wszystko było po coś... Żebym zobaczyła, kim jestem i dokąd idę. I przestała się bać o siebie, Krzyśka i chłopców.

Ciężko mi było, ale przecież i Miriam nie było łatwo, kiedy jechała na osiołku w dziewiątym miesiącu ciąży, nie wiedząc, kiedy i gdzie urodzi. A przecież wszystko poszło dobrze, najlepiej jak mogło. Cieszyła się swoim dzieciątkiem w ciepłej grocie, z dala od ludzi. Przyszli tylko ci, których przysłał Bóg.

Wiem, że się mną nie gorszy i nie ma mi za złe tego strachu. Ale i chce pocieszyć i przygotować na swoje przyjście.

Bo nie tylko narodzi się jak co roku, symbolicznie. Pewnego dnia przyjdzie jako Król. I muszę być na to gotowa.

Do tych rozmyślań natchnął mnie filmik, który znalazłam na znajomym blogu. Zobaczcie i wy. Może też poczujecie powiew wolności, która płynie z Tamtego Świata.

poniedziałek, 17 grudnia 2012

Wszyscy mają kryzys, mam i ja xD (czarny humor)

Weszłam w końcu na neta, żeby zobaczyć, jak wspaniale sobie radzą wszyscy oprócz mnie. A tu same wpisy kryzysowe. Lol, to ta pogoda czy zmęczenie przedświąteczną gorączką? :)

A że wredna ze mnie bestia i stadna w dodatku, od razu poczułam się lepiej. Sorry, ale jak już cierpieć, to razem ^^

Ja dziś od rana nic nie jadłam, a wręcz przeciwnie nawet :P bo się strułam czymś. Przy tym karmiłam Rafałka cały dzień i o dziwo miałam masę pokarmu. Karmicielka ze mnie idealna, chociaż to mi zawsze wychodziło ;) Możecie mi mówić Alma...

Teraz dopiero piję pierwszą od rana herbatę i pogryzam ciasteczkami, bo kryzys już chyba za mną.

Nie muszę mówić, że dzień był arcyciekawy... Bieganie między brzdącami a toaletą. Jakimś cudem wszyscy przeżyli.

Gabryś złapał jakieś paskudztwo i musi brać antybiotyk. Kurcze szkoda... Ale z drugiej strony, to ostatnim razem miał jakiś rok temu, więc jakoś to przeżyjemy.

Oby do soboty i zaczniemy odpoczynku czas...

czwartek, 13 grudnia 2012

Dołek. Rafałek 3D. "Kocham Cię, mamo!"

Blogu, terapio ty moja...

Od paru dni dołek psychiczny i fizyczny. Źle mi, nerwica znowu daje znać o sobie. Nie mam pary, żeby wyjść z domu i rozmawiać z ludźmi. Na szczęście się podziębiłam i nie muszę tego robić. Z tym, że kichająca mam mniej siły, by ogarnąć dom... Ech, mam nadzieję, że to minie. Staram się dawać z siebie wszystko - dzieciom. I dotrwać jakoś do świąt. Wilkołak będzie miał dłuższy urlop, to odpoczniemy. Bo to też zmęczenie daje znać o sobie. I brak światła. W każdym razie - jadę na oparach, że się tak samochodowo wyrażę (w końcu oglądałam dziś z dzieciakami disnejowskie "Auta").

W ramach ponoszenia się na duchu napiszę, co z dzieciakami. Tu zawsze się znajdzie coś, co poprawia humor. Przynajmniej styrany człowiek widzi, że robota nie idzie na marne.

Rafałek bardzo szybko opanował sztukę raczkowania. Zasuwa jak wyścigówka po mieszkaniu i nic go nie zatrzyma. Oprócz zamkniętych drzwi :) Nauczyłam się doceniać jego prędkość, kiedy wyskoczyłam dosłownie na sekundę z Gabrysiem do łazienki (po drugiej stronie mieszkania, bo byliśmy w pokoju) i zaraz potem usłyszałam znajome posapywanie w drzwiach. Zachwycony swą nową umiejętnością ścigania mamy po domu Rafałek pokonał z gracją ostatnie metry przedpokoju (jakimś cudem nie wlazł w kałużę po mokrych butach) i wdrapał się do nas.

Oczywiście zdolność poruszania się po powierzchniach płaskich szybko przestała mu wystarczać... Teraz jego marzeniem jest wspinaczka. Próbuje się wdrapać dosłownie na wszystko. Dosięgnąć coraz wyższych przedmiotów. Niezapomnianym widokiem była łapka Rafałka nagle wynurzająca się z drugiej strony stołu i zgrabnie ściągająca kartki z naszymi rysunkami na ziemię. Brakowało tylko muzyki ze "Szczęk" :P

Jak widać, mogę teraz podziwiać - dosłownie i w przenośni - wielowymiarowość osiągnięć mojego młodszego dziecka. W dodatku jego brązowe oczka patrzą z taką niesamowitą przenikliwością, jaka cechuje tylko małe dzieci :) Przewiercają na wylot. W dodatku Rafałek wykazuje ostatnio jasno, że nie pozostanie w cieniu brata i też będzie mądrym dzieciaczkiem. Jest ciekawy świata, uparty, na swój sposób już wyciąga wnioski z tego, co uda mu się zaobserwować. Bystry jest i jak coś sobie upatrzy, to jego (ostatnio upatrzył sobie odkurzacz i uparcie dąży do poznania jego mechanizmu... za pomocą ust. A ja równie uparcie staram się go zniechęcić).

Co do Gabrysia, to wyraźnie nudzi mu się w domu (mi też) i tęskni za ciepłymi dniami spędzonymi na placu zabaw... Bywa marudny. Bawimy się, czytamy bajki, oglądamy kreskówki, ale pod wieczór mamy dość, skazani tylko na siebie i swoje pomysły. Na szczęście jest coś, co nam wynagradza chwile złości i nieporozumienia - przytulanie. Nie ma jak Gabryś chwytający mnie za nogi, albo obejmujący łapkami i mówiący przeciągle: "Kocham Cię, mamuś. Wieeeesz?". Zawsze łzy stają mi w oczach, kiedy to słyszę. Z tego jednego jestem dumna, że moje codzienne zapewnienia, że go kocham, mają sens. Że też nauczył się to mówić. Mnie w domu nikt nie nauczył i nie mówił tego (mama pewnie myślała, że to oczywiste i nie trzeba się rozczulać nad sobą, czy coś)... Także nawet, jak się żremy, to potem się godzimy. I każdego dnia wstajemy uśmiechnięci, z nowymi siłami do zabawy.

Nie ma piękniejszego widoku, niż moje Skarby, bawiące się razem na dywanie :)

wtorek, 11 grudnia 2012

Zimowe dylematy.

Przede wszystkim chciałam wszystkich zachęcić do zajrzenia na stronę o małym Szymonku, zmagającym się z ciężką chorobą. Chłopczyk miał trzecie urodzinki teraz, myślę że ciepłe słowa dla niego i mamy jak najbardziej wskazane... Wszelka inna pomoc również, jeśli to możliwe. Z góry dziękuję :)

Chłopcy już w lepszej formie. Byliśmy dziś na spacerze. Rafałek spał w wózku, Gabryś bawił się ze mną na śniegu. Mam tylko nadzieję, że znowu się nie podziębimy - jakoś mi zimno w nogi teraz. Ech, ale ileż można siedzieć w domu?

W niedzielę byliśmy na wystawie modeli kolejek. Gabryś był wniebowzięty, a potem się popłakał, kiedy wychodziliśmy. Miniaturowe stacje, tory, mosty i przejazdy, domki, samochody, a co najważniejsze - pędzące malutkie pociągi. Siedzieliśmy z godzinę i podziwialiśmy. A potem poszliśmy do Galerii Kazimierz, coby w Smyku kupić wreszcie zimowe buty dla Gabrysia, bo wyrósł ze starych. Fajnie było :)

A teraz jest późny wieczór, Krzyśka nie ma w domu dalej, a chłopaki nie chcą spać. I dalej mi zimno. Staram się nie eksplodować.

***

Dopisek: Kończę pisać notkę, wchodzę do pokoju (tak, zostawiłam chłopców samych w pokoju, niech się dzieje, co chce :P), a tam Rafałek zachwycony klęczy przy łóżeczku Gabrysia, a Gabryś całuje go po łapkach. I śmieją się przy tym jak szaleni.

I jak tu ich nie kochać, mimo krańcowego wyczerpania? ;)

czwartek, 6 grudnia 2012

Co dał nam Mikołaj? :)

Wczoraj wieczorem Gabryś nie mógł zasnąć z emocji. W końcu w nocy miał do niego i Rafałka przyjść święty Mikołaj i dać prezenty! Położyłam go spać, zajęłam się Sasulcem. Po jakimś czasie poszłam do pokoju Gabrysia, żeby go przykryć (przekonana, że już śpi), a tu młody siedzi na łóżku z wypiekami na twarzy i mówi:
- Bardzo lubię prezenty. A ty?
Zapewniłam, że też i położyłam go pod kołderką. Na szczęście w końcu zasnął. A rano, jak się obudził, był przeszczęśliwy. Przy łóżeczku stała torba z Kubusiem Puchatkiem, wypełniona po brzegi. Mikołaj był. I dorzucił do zestawu jeszcze kalendarz adwentowy (sądząc po ilości zjedzonych czekoladek, będzie nam służył maksymalnie do połowy adwentu) ;)

A ja? Dla mnie ten dzień był idealnym prezentem. Za oknem słońce i błękitne niebo, choinki skrzyły się od śniegu. Chłopcy dochodzą do siebie po przeziębieniu, więc siedzieliśmy w domu i bawiliśmy się od rana do wieczora. Udało mi się też trochę posprzątać, co ostatnio jest nie lada osiągnięciem - w poniedziałek Rafałek nauczył się raczkować do przodu i muszę bardzo na niego uważać. Generalnie mam co robić :)

Po prawej piosenka, którą mnie ostatnio zauroczyła - a raczej jej wykonanie. Serbski zespół Orthodox Celts i tradycyjna muzyka irlandzka. Miodzio :)

Polecam też stronkę Polki mieszkającej w Kolumbii i jej ostatnią notkę dotyczącą Indian Koguis. Zarówno opowieść jak i zdjęcia mnie bardzo poruszyły...

Takie to moje drobne codzienne prezenty, z nieodmiennie przeplatającymi się hobbicko-indiańskimi motywami. A największym prezentem, całkiem darmowym, jest to, że Bóg mnie kocha. I to daje mi siłę, by każdego ranka wstawać i zaczynać nowy dzień. Bo gdzieś tam czeka na mnie Niebo. Na Krzyśka i chłopców też. Dobrej nocy...

niedziela, 2 grudnia 2012

Adwentowo z akcentem kulinarnym.

Gabryś wcina gorącą czekoladę ze śmietanką :)
W ramach propagowania idei "Życie jest smaczne" - kolejne zdjęcie naszego dziecka cieszącego się jedzeniem ;) Tym razem Gabryś i jego ukochana czekoladka. Enjoy. Swoją drogą apetyty chłopcy na szczęście mają po mamie i każdy dzień jest dla nas ucztą podzieloną na kilka posiłków. Jak u hobbitów, sasasa. Nawet jedzenie biszkoptów staje się wyjątkowe, jeśli się je odpowiednio celebruje. Gabryś już dawno nauczył się mówić "Mmmm, jakie dooooobre, mniam mniam!", kiedy mu coś smakuje. Istnieje szansa, że za jakiś czas jego żona, o ile będzie ją miał, będzie mogła cieszyć się przyrządzaniem posiłków. O wiele lepiej robi się obiad dla kogoś, kto to docenia, niż dla przeciętnego polskiego buraka, który zje ze skwaszoną miną i zajmie się swoimi sprawami.

Dziś rozpoczął się nowy rok... liturgiczny, rzecz jasna. Teraz czas oczekiwania na urodziny dzieciątka, którego pojawienie się przywróciło sens naszemu życiu. I Waszemu też, drodzy czytelnicy ;) Strasznie lubię czas adwentu (o nim więcej TUTAJ). W ogóle zawsze jakoś święta Bożego Narodzenia były mi bliskie, odkąd pamiętam, bardzo je przeżywałam (w przeciwieństwie do Wielkanocy, którą odkryłam zaledwie parę lat temu). To w sumie jak być w ciąży bez przykrych objawów - jest radość z narodzenia Jezusa, ale rzygać nie trzeba :D (ta część przemyśleń na temat świąt pojawiła się w mojej głowie stosunkowo niedawno...)

Teraz dzięki dzieciakom coś z tej atmosfery dzieciństwa, czekania z ufnością, nie gryząc się tym, co będzie jutro - coś z tego znowu do mnie wróciło. Znowu z niecierpliwością czekam na Mikołajki, tym razem żeby samej dać prezenty. Czekam na święta, żeby śpiewać z Gabrysiem kolędy. Żeby pokazać chłopcom choinkę. I żeby opowiedzieć im, jak to było te dwa tysiące lat temu, kiedy urodził się Pan Jezus. Can't wait.

Prezenty mikołajkowe już zakupione, czekają na szafie. Jejku, jak ja lubię kupować chłopakom prezenty!!! Gabryś dostanie: świątecznego misia, kolorową kolejkę na magnesy, resorówkę, pisaki i czekoladkę. Wszystko zapakowane w torbę z Kubusiem Puchatkiem. A Rafałkowi, jako że jeszcze nie bardzo można z nim poszaleć, kupiłam ślicznego misia w stroju Mikołaja i niebieską koszulkę, żeby ładnie wyglądał na Wigilii ;) Za rok będę musiała się starać na dwa fronty, hihi.

Dobrego czasu oczekiwania!

środa, 28 listopada 2012

Listopadowe przyjemności.

Looking out and I'm wondering where I am
While I'm stuck in the daily traffic jam
I decide to get out and leave the world behind me
Everywhere there are people passing by
Empty faces and not a friendly smile
Under stress, loneliness, a part of our city

Now I finally have decided
I will leave it all behind
And discover something better
And l know where I will find
Find a place of harmony, of laughter and of dreams
It you want me, that is where I'll be

I'll be waiting on the Highland
With its wonderful serenity
Where the stars glow and the brooks flow
That's my way of life
When the mountains on the Highland
And the nature is surrounding me
When the wind blows
That's all I need, all I need...
 

Sasulec z marchewką od Bobovity :)
   Długi, listopadowy wieczór... Chłopcy śpią, Krzysiek wróci dziś późno do domu. Siedzę w zakurzonej jeszcze kuchni i zamiast sprzątać - czytam Ruchome obrazki Pratchetta i słucham Blackmore's Night. Po paru dniach w Wadowicach czuję się nadzwyczaj dobrze i spokojnie. Mam nadzieję, że ten stan potrwa długo... Zwłaszcza że Gabryś ostatnio jest bardzo drażliwy i "na nie", a Rafałek przemieszcza się już na całego po pokoju. Po prostu potrzebuję cierpliwości i siły na to wszystko. W związku z tym staram się dbać o siebie i cieszyć chwilą. Bóg pokazał mi wiele rzeczy podczas ostatniego weekendu, ale jedną z ważniejszych jest fakt, że patrzy na mnie z miłością. Żywą, świeżą, gotową rzucić wszystko, by tylko zachwycić moje serce. I muszę nauczyć się tak siebie traktować - z jego łagodnością, a nie surowością rodem z domu rodzinnego mojego/Krzyśka. Tak niewiele trzeba, żebym wpadła w panikę... A dzieci tak bardzo potrzebują mojego spokoju. Dlatego szukam modlitwy... i drobnych, listopadowo-grudniowych przyjemności. Żeby być sobą.

wtorek, 27 listopada 2012

Urodziny :)

Wczoraj, 26 listopada, stuknęło mi 27 lat :) Dzięki Ci, Panie, za ten czas!

Żeby dnia nie spędzać w poremontowym bajzlu, pojechałam do rodziców. I tam spędziliśmy cały dzionek, i było fajnie.

Dostałam od Wilkołaka płytę Blackmore's Night "A Knight In York" <3 i słucham z dzieciakami cały czas.

Od brata książkę "Książę Mgły" Carlosa Ruiza Zafóna.

A od Celta prezent na jego blogu.

No i jeszcze masę życzeń. Dziękuję!

Ech, dobrze jest mieć urodziny :D

Jako że 21 listopada obchodził urodziny wspomniany wcześniej Celt Petrus, a ja wcześniej nie miałam okazji złożyć życzeń... Wszystkiego najlepszego, Celcie!!! Życzę Ci wielu pięknych, radosnych dni, spędzonych z ludźmi, których kochasz. I żeby Pan Bóg Ci zawsze błogosławił i Cię prowadził :) Dla Ciebie również muzyczny prezent:

 

Mam nadzieję, że się spodoba ;)

środa, 21 listopada 2012

Kawałek Nieba...

Przed jutrzejszym wyjazdem do Wadowic podzielę się kawałkiem Nieba:
Dziś przez przypadek odkryłam muzykę Yirumy i mnie rozwaliła. Choć to chyba nie był przypadek, bo świetnie oddaje to wszystko, co ostatnio czuję. Szczęście,  że mam rodzinę, świadomość przemijania i tęsknotę za Niebem, no i żal z powodu oddalenia pewnych niegdyś bliskich osób. Rozdarcie, radość i ból. I tak już chyba będzie aż do końca - taki urok tej ścieżki zwanej małżeństwem, która otwarła się dla mnie te 3 lata temu z hakiem.
I jeszcze:
Posłuchajcie naprawdę, rewelacja...
Taki powiew wiosny w środku zimy.
Z innej beczki: Rafałek zaczął raczkować... do tyłu. Nowy etap w jego życiu rozpoczęty :)

wtorek, 20 listopada 2012

Wesoło na walizkach.


Zakochałam się w tym kawałku <3

To oczywiście od Renfri :) Na szczęście u mamy Alnilam jest komputer ze skajpem więc mogę gadać z Ren i Al. Bosh jak mi ich brakuje... Odliczam do świąt, kiedy przyjadą do nas Kasia z Alberto na tydzień. Będziemy mieć razem Wigilię :D I chcemy zaprosić też mamę Renfri łiii. A po Nowym Roku jakoś ma przyjechać na jakiś czas Ren (oby!!!!) z indiańskimi ciuchami i muzą dla mnie (!!!!!!). Po ponad roku... Jejku chyba jej nie poznam :D Can't wait...

Dzieciaki chwilową przeprowadzkę znoszą bardzo dobrze, także jestem zadowolona. Pewnie, brakuje mi normalnego rytmu dnia, ale przynajmniej mogę odpocząć z dala od naszego mieszkania, które wiecznie nadaje się do sprzątania ;) No i mamy super plac zabaw pod oknem. Trzeba tylko pokonać dwa piętra schodów, żeby się na nim znaleźć. Zaczęłam na serio współczuć rodzinom mieszkającym w blokach. Ja mam  w domu trzy małe schodki i jestem na podwórku. A tu taszczę dzieciaki i wózek tam i z powrotem niczym Pudzian... :P

Przyjechaliśmy tu wczoraj, rzuciłam bagaże. Nagle podchodzi do mnie prawie płaczący Gabryś z figurką Chrystusa Frasobliwego i mówi rozdzierającym głosem:
- Pan Jezus się uderzył w główkę!!! Ziaziu ma!!! Widzisz, mamuś?
Hehe. Uspokoiłam go, że się zagoi ;) Swoją drogą - skąd to dziecko wie, że to Pan Jezus? Pewnych rzeczy nie umiem wytłumaczyć.

niedziela, 18 listopada 2012

Wyjście.

Od jutra zaczyna się dla nas tułaczy tydzień. W domu będzie remont, za sprawą teściów (wymiana centralnego). A my przenosimy się do mamy Alnilam. Potem w czwartek jest wyjazd do Wadowic ze wspólnotą. Już jesteśmy prawie spakowani, bo jak by nie patrzeć - wrócimy tu za tydzień...

Nie powiem, trudno mi było mieć pokój na tą sytuację i sobie poszemrałam... Zaczynam się zastanawiać ostatnio, czy nie jestem uzależniona od sądów - co i rusz osądzam wszystkich naokoło. Ale cóż, widocznie mi Bóg w ten sposób pokazuje, jaka jestem słaba i że bez niego tylko potrafię ranić. Naprawdę mam z czego się nawracać i jestem jak skrzyżowanie Zacheusza z Marią Magdaleną. Plus św. Paweł ze swoim ponoć wrednym charakterem. Oczywiście jak na to patrzę, to mam ochotę się załamać - ale chyba nie o to chodzi. Święci przeważnie też mieli pokręcone życie i nie byli niewiniątkami. Szkoda, że tak mało się o tym mówi, przedstawiając ich jako różowe baranki. Może się to podoba osobom pobożniutkim od urodzenia, ale na takich wariatów jak ja działa demotywująco.

Whatever, od jutra tułaczka zimową porą. Pewnie będzie trudno i ciężko (np. dotrzeć z dzieciakami jutro na drugi koniec miasta bez pomocy), no ale może to potrzebne przed Wadowicami. Możemy się poczuć jak święta rodzina zasuwająca na osiołku. Przynajmniej w ciąży nie jestem xD (jeszcze. chyba.)

piątek, 16 listopada 2012

Łebski blog, odsłona druga.

 I jeszcze pytanka od Alnilam :*
 
1. Osoba, której spojrzenie rozprasza chmury na Twoim niebie. KRZYSIEK :)
2. Największe spełnione marzenie lub marzenie "do spełnienia" w niedalekiej przyszłości. TO, ŻE MAM MĘŻA I DZIECI - zawsze o tym marzyłam.
3. Kultura jakiego kraju, poza Polską, odpowiadałaby Ci najbardziej? Dlaczego? WŁOCHY!!! (JEDZENIE, MUZYKA, KLIMAT, STYL BYCIA, WATYKAN O RZUT KAMYKIEM. TYLKO ŚNIADANIA JADŁABYM POLSKIE ;))
4. Piosenka, którą chciałabyś, aby zanucono wracając do domu po Twoim pogrzebie. ;)

5. Jedna rzecz, którą najbardziej w sobie cenisz? CIĘTY JĘZYK :P
6. Czy lubisz tańczyć? TAK :)
7. Ulubiony smak dzieciństwa. POMIDOROWA Z RYŻEM MOJEJ MAMY I BITKI MOJEJ BABCI.
8. Zapach, który przypomina Ci o bezpieczeństwie i szczęściu. HM. LAWENDA, CHYBA.
9. Kiedy ostatnio powiedziałeś osobom, które kochasz, że tak jest? WILKOŁAKOWI I DZIECIOM MÓWIĘ CODZIENNIE.
10. Śniadanie: słodki rogalik z czekoladą i cappucino, czy jajecznica z bekonem i szklanką herbaty? ZDECYDOWANIE TO DRUGIE ;)
11. Morze, czy góry? ZAWSZE BYŁY GÓRY... ALE TERAZ MORZE KOJARZY MI SIĘ Z NASZĄ PODRÓŻĄ POŚLUBNĄ... WSZYSTKO JEDNO, BYLE Z KRZYŚKIEM.

czwartek, 15 listopada 2012

Liebster blog. Czyli po góralsku łebski blog ;)

Zaproszenie do zabawy dostałam od Olguśki.
O co chodzi?
Wyróżnienie Liebster Blog otrzymywane jest od innego blogera w ramach uznania za "dobrze wykonaną robotę". Jest przyznawane dla blogów o mniejszej liczbie obserwatorów, więc daje możliwość ich rozpowszechniania. [ależ ja mam rzesze fanów, nie trzeba było!!!] Osoba z wyróżnionego bloga odpowiada na 11 pytań zadanych przez osobę, która blog wyróżniła. Następnie również wyróżnia 11 osób (informuje je o tym wyróżnieniu) i zadaje 11 pytań. Nie wolno nominować bloga, z którego otrzymało się wyróżnienie. 

Pytania:
  1. co najczęściej jesz na śniadanie: KANAPKI Z TYM, CO AKURAT MAM W LODÓWCE.
  2. co zabrałabyś na bezludna wyspę (3 rzeczy): WILKOŁAK. GABRYŚ. RAFAŁEK. (mogę ich uprzedmiotowić, ale nie chcę bez nich żyć ;))
  3. ulubiona bajka Twojego dziecka (lub twoja): moja - POCAHONTAS, Gabrysia - ostatnio ZAKOCHANY KUNDEL.
  4. czy umiesz pływać: NOŁP...
  5. ulubiona sentencja: NIECH JA W DOMU NIE NOCUJĘ xD
  6. ulubiony serial: DR HOUSE.
  7. co w życiu jest dla ciebie najważniejsze: BÓG.
  8. czy masz rodzeństwo: MŁODSZEGO BRATA.
  9. ulubione danie: SPAGHETTI, PIZZA, ZUPA POMIDOROWA (WIELKA TRÓJCA).
  10. skąd się wziął Twój nick i co on oznacza: RIVULET to po angielsku STRUMYK. Wziął się z fascynacji Tolkienem i szukaniem imienia brzmiącego elfowo. I dobrze oddaje mój charakter ;)
  11. czy ze swoich wirtualnych znajomych spotkałaś się z kimś w realu: NIEEEE. ALE MAM KILKU PRZYJACIÓŁ Z "REALU", Z KTÓRYMI OBECNIE MOGĘ SIĘ SPOTKAĆ TYLKO WIRTUALNIE... (ALNILAM & RENFRI)
Moje nominacje:
5. Ajoba
8. Afro
10. Cicha
11. Agathe

A teraz czas na dociekliwe pytania :P

1. Kim jest dla Ciebie Bóg? (szczerze)
2. Jaka piosenka poprawia Ci humor?
3. Kiedy czujesz się bliżej Nieba?
4. Co chciał(a)byś zjeść na obiad?
5. Ulubiony święty i dlaczego?
6. Czy jest ktoś, z kim mógłbyś/mogłabyś rozmawiać godzinami? (Alnilam nie musisz pisać xD)
7. Co oznacza Twój nick i dlaczego jest taki, a nie inny? (w przypadku imion proszę o wskazanie patrona i podanie znaczenia ;))
8. Najlepiej odpoczywasz, gdy...
9. Masz jakiś ulubiony wiersz???
10. Fragment Pisma Świętego, który najbardziej do Ciebie przemawia, to...
11. Książka Twojego dzieciństwa to...

Mam nadzieję, że niczego nie pokręciłam.
Pozdrawiam wytypowanych i życzę dobrej zabawy ;)

wtorek, 13 listopada 2012

Obrazki na poprawę humoru :)

 Spełniam wszystkie warunki xD

 
 Czyli jak wygląda sielski dzień kobiety w domu...

Obrazki dostałam od Alnilam :* Oba wywołały salwę histerycznego śmiechu. Dziwnym trafem.

poniedziałek, 12 listopada 2012

Moje strachy i Boliwia.

Jakoś mi dziś ciężko i smętnie, zmęczona jestem po intensywnym weekendzie... W dodatku cały dzień lało. A na koniec Gabryś jakoś nieszczęśliwie uderzył się w ławę i rozciął sobie skórę na skroni tuż przy oku, ma guza i rankę... Niewielkie to ale bolało go bardzo i się zeschizowałam, czy nie jechać do szpitala, a nie miałam jak... Położyłam ryczących i zmęczonych chłopców spać i zadzwoniłam do Krzyśka, żeby mnie uspokoił, a on na to grobowym głosem "Koło oka? To może być bardzo niebezpieczne..."

I will die...

Na szczęście byłam umówiona na Skajpie z Renfri, moją przyjaciółką, która siedzi teraz na wolontariacie w Boliwii. W zeszłym tygodniu się nie zgadałyśmy, bo okazało się, że u nich nie ma zmiany czasu :) Ale tym razem się udało i przez chwilę mogłam się przenieść w świat ludzi mówiących w quechua, kolorowych spódnic i chust (Ren obiecała mi kupić ^^), plujących lam i totalnej biedy. Dobrze czasem się oderwać od swoich problemów i zobaczyć inne. Może miałam dziś totalną załamkę, że nie ogarniam domu, ale przynajmniej moje dzieci mają gdzie mieszkać, mają swoje łóżeczka, zabawki. I zazwyczaj pełną lodówkę. Chociaż wcale nie cieszy mnie, że niektóre dzieci nie mają...

Tak w boliwijskich klimatach: >>KLIK<< moda boliwijek, która mnie zachwyciła :) (choć do kapeluszy nie mogę się przyzwyczaić)

I trochę muzyki:

czwartek, 8 listopada 2012

Ciepło w domu.

   Listopad. Czas oczekiwania na same przyjemne rzeczy. Moje urodziny, Mikołaja, święta... Zawsze lubiłam ten czas od Wszystkich Świętych do Nowego Roku. Kiedy można się zakopać bezkarnie pod kołdrą, bo jest zimno. I sobie dogadzać, żeby wypełnić brak światła innym ciepłem - drobnymi radościami. Smaki, zapachy. Goździki, mleko z miodem i cynamonem, mandarynki. To jest ten czas. Lubię zimę. W przeciwieństwie do jesieni (która dla mnie przypada na wrzesień i październik ^^), nie działa na mnie depresyjnie. Tak do Sylwestra :) Potem niestety żmudne oczekiwanie na wiosnę. Ale coś za coś.

   W związku z powyższym odkrywamy z chłopakami różne czynności, które nam rekompensują brak dłuższych spacerów (choć dziś 2 godziny jeździliśmy, korzystając z pogody). Wspólna zabawa na dywanie na przykład. W lecie nie było na to czasu, bo całymi dniami siedzieliśmy na podwórku. Teraz zabawki poszły w ruch. Sasulec poznaje klocki, większe samochodziki i piłki (ileż można grzechotać), Gabryś wykazuje się niesamowitą fantazją w tworzeniu różnych rzeczy (dziś na przykład ułożył... rakietę z samochodzików). A ja staram się im nie przeszkadzać, a jednocześnie dbać o to, by się nie pozabijali.

   Poza tym mamy nową frajdę - wieczorna kąpiel. Dawniej kąpałam chłopaków osobno, teraz wsadzam ich do wanny razem. Bo Rafałek już siedzi, więc może się bawić z Gabrysiem. Jest to dla mnie niesamowity widok, dwa najukochańsze małe golaski pluskające się obok siebie. Zawsze zazdrościłam znajomej, która tak kąpała swoich trzech synków, teraz sama mam radochę. Gabryś na szczęście nie zatapia brata :) A Sasulek dziś odkrył rurę od prysznica i się jej uwiesił, próbując wyrwać kran ze ściany. To był widok :D

  Rafałek niedługo skończy 8 miesięcy. Zębów dalej nie ma, za to przymierza się poważnie do raczkowania. Od kilku dni siedzenie przestało mu wystarczać, próbuje stać, czołgać się, podnosić przy szczebelkach. Zmienia się w oczach...

  Gabryś w przyszłym miesiącu będzie miał już 2,5 roku. Urósł ostatnio bardzo i przybrał na wadze. I codziennie zadziwia mnie jakimś mądrym tekstem. Naprawdę dzieci mają niesamowitą intuicję. Pewnie, nieraz mnie wkurza (kiedy jest uparty, krzyczy, robi coś na przekór), ale no... kocham go bardzo... Z każdym dniem coraz bardziej...

   I tak to jest u nas, grzejących się w domu niczym w wigwamie czy hobbickiej norce. Tylko ognia w kominku brakuje :) Zamiast tego - niosąca ciepło muzyka:


poniedziałek, 5 listopada 2012

Na swoich śmieciach. Jak zawsze dosłownie :)

>>KLIK<< i ryczę jak bóbr...

Czytam o tym i niemal czuję zgorszenie kilku bliskich mi osób (gdyby wiedziały, co robię). Zawsze uciekały od cierpienia, zwłaszcza cierpienia dzieci. Niewygodny temat, zamieść pod dywan, usunąć. Dlatego czytam tym bardziej. Potrzebuję tego. Jestem bliżej Nieba. Te chore dzieci mi pomagają popatrzeć z właściwej perspektywy. Chociaż łzy lecą same.

Często myślę o tych dzieciach, którym nie dano szansy. Tak bardzo chciałabym je przytulić...

***

Wróciliśmy dziś do domu. Lało cały dzień. W drodze jakiś wariat pakował nam się na maskę, pod prąd. Kilku centymetrów brakło do wypadku. Uff.

W domu powitała nas rozmrożona lodówka - jakoś musiało się gniazdko poluzować, jeszcze nie wymienione i wisiało na słowo honoru. No to ogarnianie chaosu musiałam zacząć od wymycia lodówki i zamrażalnika. Jak to dobrze, w przeciwnym razie na pewno by mi się nudziło xD

Dzieciaki śpią, jest ciemny, długi wieczór. Samotny, bo Wilkołak wróci późno. Kuchnia jeszcze nie posprzątana, ale... nie mam siły. Zostawię to na jutro.

***

Bogaty dialog między mną a teściową, tak mniej więcej wczoraj wyglądał:
T: Wykąp dziś dzieci, jutro nie dasz rady.
Ja: ???
T: Bo Krzyś wróci późno z pracy i sama byś musiała kąpać.
Ja: Ale ja CODZIENNIE kąpię dzieci sama. Krzyśka nigdy nie ma w domu o tej porze.

No tak. Bo ja to tylko w domu leżę i pachnę, a chłopcy obok podlewają pelargonie i woskują podłogę...

To, że jak gdzieś wyjeżdżam, to odpoczywam, nie znaczy chyba, że na co dzień  nic nie robię? Ale chyba nie chce mi się tego tłumaczyć.

sobota, 3 listopada 2012

Poza domem. O chłopakach i innych sprawach.

Lustereczko, powiedz przecie... :)
Gabryś, wersja zimowa.
   Jesteśmy u teściów. W związku z tym dzieci dobrze się bawią z dziadkami i tatą, a ja mogę trochę odpocząć. A naprawdę tego potrzebuję. Gabryś ostatnio jest wyjątkowo spokojny, za to Rafałek niestety ma gorszą fazę. Czy to zęby idą w końcu, czy przymierza się do raczkowania - zrobił się płaczliwy i często wręcz wyje. Biedaczek najwyraźniej nie ogarnia rzeczywistości i żal mi go, ale zarwane nocki to inna sprawa. Budzi się bardzo często i długo nie może zasnąć... Wczoraj dał taki popis, że potem na zmianę z Wilkołakiem odsypialiśmy do południa. Bo nie wiedzieliśmy, jak się nazywamy :P Dobrze, że akurat Krzysiek miał wolne i nie musiał iść do pracy... Na szczęście wiem już z doświadczenia, że takie fazy w końcu mijają, także daleko mi do desperacji :D Trzeba cierpliwie poczekać na nowy etap w życiu maluszka.
Poczytaj mi, mamo.
   Szczerze mówiąc bardzo się bałam przyjazdu tutaj. Tego, że znowu usłyszę coś, po czym będę do siebie dochodzić przez pół roku. Cóż, mogę powiedzieć, że lubię moich rodziców i teściów. Najbardziej lubię wtedy, kiedy są daleko :P Nie żeby byli złymi ludźmi. Raczej nadopiekuńczymi. A my z Wilkołakiem wreszcie musimy odetchnąć i mieć swoje życie. W końcu trzeba przestać być córką/synem i stać się matką/ojcem. Bez tego nie ma dorastania. I to dotyczy zarówno osoby w małżeństwach, jak i samotne. Cóż, pokolenie naszych rodziców akceptuje to z trudem lub wcale, więc nie jest łatwo. Ale warto walczyć o swoje życie i o szansę posiadania normalnej rodziny. Bez wchodzących z butami i swymi radami dziadków.
   Jak na razie jest dobrze, a w poniedziałek rano wracamy do domu, także jestem dobrej myśli. Poza tym dzieci muszą mieć kontakt z dziadkami. Wrzucam świeżutkie, dziś zrobione zdjęcia. Poszalałam trochę z aparatem, żeby mieli pamiątkę. Swoją drogą uwielbiam robić fotki moim chłopakom. Są tacy... piękni, jakby naprawdę Bóg dał mi ich prosto z Nieba. Naprawdę, nic tak nie przypomina o Niebie, jak oczy dziecka. Nie wierzyłam w to, dopóki po raz pierwszy nie popatrzyłam w oczy swojego. No i nie wiem doprawdy, jak to się stało, że jeden chłopak przypomina elfa, a drugi Indianina :) Śmiejemy się, że następne dzieci pójdą za upodobaniami Krzyśka i jedno będzie skośnookie, a drugie żywcem wyjęte ze Star Treka xD
   Tyle na dziś, pozdrawiam wszystkich w ten jeszcze jesienny jednak dzionek :) Namarie!

czwartek, 1 listopada 2012

O dniu dzisiejszym i syropie klonowym :D

"Dzień dzisiejszy nie jest świętem zmarłych, ale świętem żywych, którzy tu, na ziemi szczerze pragnęli nieba. I oni to stanowią ten tłum ludzi kochających i kochanych, żyjących na wieki w radosnym oglądaniu Boga. Tłum jest bardzo wielki, a okaże się jeszcze większy, niż moglibyśmy się spodziewać. I nas Chrystus z miłości powołał do życia po to, byśmy znaleźli się w tym tłumie, jako jednostka wolna, odpowiedzialna, pełna miłości. Podtrzymując w sobie pragnienie, by TAM się znaleźć, podążajmy konsekwentnie drogą Bożych przykazań i więcej jeszcze – przejmijmy się duchem Jezusowych błogosławieństw, które nam Kościół dzisiaj przypomina... A za pragnieniem niech idą uczynki przygotowane nam od wieków przez Boga, byśmy je pełnili. Bo wiara realizuje się przez uczynki miłości." rozważania o. Leona Knabita na dzisiejszy dzień, z portalu http://gosc.pl.

To tak, coby równowagę utrzymać. Bo jakoś się myli święto Wszystkich Świętych z odwiedzaniem cmentarzy. A to dzień tych, to tam już balują w Niebie, szczęśliwi, z Bogiem.

Ja chciałam iść na cmentarz i pomodlić się o Niebo dla bliskich. Ale niestety za zimno dziś na włóczęgę z małymi dziećmi, a Sasulca nie mogę zostawić na tak długo (objechanie 3 cmentarzy zajęłoby pół dnia). Za rok, jak Bóg da, pojadę :)

Zamiast tego pomodliliśmy się laudesami w domu.

Z innej beczki: ostatnio spełniło się jedno z marzeń mojego dzieciństwa. Mianowicie  zrobiłam na obiad naleśniki z... syropem klonowym!!! Zawsze mi ślinka ciekła, jak widziałam Kaczora Donalda i wiewiórki wcinające naleśniki z syropem. A tu znajomy Wilkołaka przywiózł z Kanady.

Jaki jest syrop? Eksplozja smaku na języku. Napój elfów. Lepszy, niż sobie wymarzyłam :)

Dziś się skończył i mam nadzieję, że kiedyś jeszcze dane mi będzie go jeść.

Może to  właśnie wcinają teraz święci w Niebie? Pasowałoby. Niebo w gębie :D
___________________________________________________________________________________
Na koniec - zasłyszane nocą w toalecie. Gabryś do Wilkołaka:
- Mamusia nie ma sisiorka, wiesz?
- Yhm.
- Trzeba jej kupić, wieeeesz???

Zaiste. Jak to skomentował potem Wilkołak: chcesz plastikowego czy silikonowego? xD

poniedziałek, 29 października 2012

Nadeszła zima :)

Wczoraj obudził mnie głośny okrzyk Gabrysia (wyedukowanego dzięki Bambiemu i innym bajkom):
-Mamuś! Nadeszła zima!!! Wieeeeeesz?!

I już wiedziałam, co zobaczę za oknem :) Od wczoraj jest biało i śnieg pada u nas prawie bez przerwy. A my obserwujemy z nosami przyklejonymi do szyb (Gabryś przykleja język i muszę go powstrzymywać :P). Nie mogę się doczekać już świąt. Zawsze jak widzę ten pierwszy śnieg, to aż mnie coś w brzuchu łaskocze z radości, jakbym dalej była dzieckiem.

Kupiłam kalendarz z Meridą na przyszły rok. Powiesimy go w kuchni. Mnie, Gabrysiowi i Krzyśkowi się podoba, Rafałek póki co nie ma głosu :)

Ponoć w przyszłym tygodniu ma być znowu cieplej i generalnie przepowiadają lekką zimę (oby!). Ale póki co, coś w mojej głowie chce kupować karpia i prezenty. Dzyń, dzyń...


sobota, 27 października 2012

Późnosobotnie przemyślenia Rivulet.

Wreszcie dotrwałam do soboty... Znów jesteśmy razem w domu i mogłam odpocząć!

Leje dziś jak z cebra cały dzień, ale kiedy Krzysiek jest obok, jakoś nie psuje mi to humoru. Zawsze, kiedy jest obok, czuję się bezpiecznie i tak mi ciepło na sercu. Nawet, jak mnie wkurza swoim zachowaniem ;)

W ramach relaksu przeszłam się przed południem na zakupy do Tesco. W strugach lodowatego deszczu. Co najważniejsze, bez dzieci. Nauczyłam się już walczyć o tą chwilę oddechu. Także ze względu na nie. Dzieci nie są szczęśliwe, kiedy mama jest sfrustrowana i uciemiężona (ja nigdy nie czułam się dobrze, kiedy mama narzekała, jak się dla mnie poświęca...). A mama zadowolona to taka, która może o siebie zadbać i się zrelaksować (w moim przypadku idealnie sprawdzają się mordercze wyprawy i gorący prysznic).

Spacer dobrze mi zrobił. Kupiłam trochę smacznych rzeczy (co to za hobbit o pustym brzuchu) i wróciłam, żeby zrobić zapiekankę ziemniaczaną (z pomidorami, kukurydzą, oliwkami, przyprawami i oliwą, mniaaaaaam).

A wieczorem - eucharystia. Nawet Gabryś już zna to słowo. Chłopcy byli wyjątkowo grzeczni, więc była i uczta dla ducha. Piękna ewangelia jest...

W ogóle dziś jadąc na eucharystię sobie uświadomiłam po raz kolejny, jak dużo Bóg dla mnie zrobił. Że mam Krzyśka, chłopców. Nową rodzinę, nowe życie. Mam gdzie mieszkać, co jeść. A co najważniejsze - wiem już, że On mnie kocha i nigdy nie zostawi. I nic już nie może mnie zniszczyć. Dawniej tyle rzeczy mnie zabijało - poczucie bezsensu życia, samotność, relacja z rodzicami, mój charakter, nerwice, wszystkie codzienne przykrości. Teraz jakoś to wszystko nie przygniata. Część zmartwień zniknęła, inne są i będą, ale już nie zajmują centralnego miejsca w moim życiu.

Pan Bóg uczynił wielkie rzeczy dla nas.
Gdy Pan odmienił los Syjonu, *
wydało się nam, że śnimy.
Usta nasze były pełne śmiechu, *
a język śpiewał z radości.
Pan Bóg uczynił wielkie rzeczy dla nas.
Mówiono wtedy między poganami: *
«Wielkie rzeczy im Pan uczynił».
Pan uczynił nam wielkie rzeczy *
i ogarnęła nas radość. /Ps 126/

czwartek, 25 października 2012

Wejście w zaspę zamyślenia...

Po dwóch dniach grzania się w domu zdecydowaliśmy się wreszcie wyjść na spacer. Mimo zimna, szarych chmur, braku słońca. Ubraliśmy się ciepło, dzieciaki w kombinezonach. Jak na Alasce...

 Dzisiaj do mnie dotarło, jak zrobiło się cicho. Nic już nie gra w trawach, nie słychać szumu liści. Ptaki zamilkły. I ta szarość wszędzie. I my, przedzierający się przez zimno i ciszę. W pewnym momencie zobaczyłam ocalałą jeszcze kwitnącą malwę. Aż mnie serce zabolało z tęsknoty za latem...

Potem stałam przy zagrodzie z kozami (ostatnio ulubiona atrakcja Gabrysia). Rafałek spał, młody szalał przy zwierzętach, a ja patrzyłam na opadające ostatnie liście. Jeden z tych widoków, co do których nie wiadomo - bardziej urzekają, czy bolą?

Kiedy wracaliśmy, zaczął padać deszcz. Pewnie nie będziemy teraz wychodzić zbyt często.

Zimowa zaspa zamyślenia...


sobota, 20 października 2012

Dobra sobota (tudzież dobra robota) ^^

Moje chłopaki na huśtawkach :)
To była dobra sobota... Owocna.

Co robiłam? W sumie to dzień upłynął mi na dwóch bardzo ważnych spacerach...

Wyprawa pierwsza zaczęła się po 8 rano, kiedy to wypełzłam z domu z Sasulcem umieszczonym w nosidełku i plecakiem na plecach - czyli jak juczny wielbłąd :D Krzysiek się podziębił, więc został z Gabrysiem w domu. A my pojechaliśmy do miasta na ewangelizację (w ramach TEJ akcji). To nie pierwsza moja ewangelizacja, ale jeszcze nigdy nie szłam z polecenia biskupa ^^ Ergo morale wzrosło. I było super, bo nawet się nie zastanawiałam, co ludzie myślą, tylko kurcze naprawdę widziałam jak na dłoni, ile dobrego Bóg dla mnie zrobił, i musiałam to wyrazić głośno, idąc razem z braćmi. Poza tym sama wiem najlepiej, że człowiek bez Boga jest bezradny i samotny (chociaż ciągle przed tym ucieka) i że potrzebuje takiego wstrząsu. Bo to jest wstrząs, kiedy po raz pierwszy się słyszy wyraźnie, że Bóg mnie kocha. Nie kogośtam, tylko właśnie mnie. Także teraz jak jest ewangelizacja, to mam wrażenie, że aż mi się buty palą - i muszę iść, żeby powiedzieć o tej miłości innym ludziom na ulicy. Tak jak sama to usłyszałam od pewnych osób, kiedyś w górach, w małej wiosce na Podhalu.

Wyprawa druga nastąpiła po południu. Bo po ewangelizacji wróciłam na obiad do domu, położyłam Rafałka spać i nogi mnie tak bolały, że już nie miałam siły wracać na stadion Cracovii, na spotkanie z biskupem Rysiem. Zamiast tego wzięłam Gabrysia na spacer, żeby biedaczek nie spędził całego dnia w domu. Kurcze, jakie łatwe i przyjemne są spacery z JEDNYM dzieckiem :D (hehe, co to będzie kiedyś, jak będzie ich więcej...) Młody szedł grzecznie za rączkę i razem spokojnie obserwowaliśmy świat. Pogoda była piękna. Największą atrakcją okazała się wizyta w pobliskim mini-zoo, gdzie spędziliśmy chyba z godzinę karmiąc kozy i baranka, i oglądając kucyki, osiołka, etc. A jak wracaliśmy do domu wzdłuż torów, widzieliśmy jadący pociąg. Także było wszystko, co Gabryś lubi najbardziej. No a ja się cieszyłam, że mogłam poświęcić trochę czasu tylko jemu, tak jak rano byłam tylko z Rafałkiem. Rozmawiałam tylko z nim, razem planowaliśmy, co będziemy robić i zastanawialiśmy się nad różnymi rzeczami. Super było :)

A wieczorem kolacja wreszcie na spokojnie, we czwórkę. Takich chwil jak najwięcej...

Jutro idziemy na eucharystię w Łagiewnikach o 15 :) Jak ktoś jest z Krakowa, to zapraszam.

środa, 17 października 2012

Cieszmy się z małych rzeczy :)


Wieczór... Wcinam zapiekankę ryżową z serem i szpinakiem. Słucham na zmianę muzyki i ciszy. Kurcze, życie jest piękne... I smaczne.

Dziś długi spacer, bo odbieraliśmy kombinezon dla Rafałka u mojej mamy. Pojechaliśmy tam i z powrotem naszym nowym (podarowanym jak zawsze w samą porę, w starym złamała się rączka) wózkiem-tramwajem. Gabryś siedział z przodu, a Sasulec spał z tyłu. Wózek spisywał się idealnie, a my mogliśmy się cieszyć słońcem, bezchmurnym niebem i ostrym światłem padającym na pożółkłe liście drzew.

I jakoś tak wyszło, że chyba ani razu nie myślałam o niczym smutnym. A w drodze powrotnej zegar na wieży wybił trzy razy i przypomniał o Koronce. Hmm chyba wkręcę się w tą akcję wymadlania Nieba w ramach "zemsty" ;)

A na szczycie bitwa o to, czy można zabijać chore dzieci, zanim się urodzą.
Tych, którzy są za, jak i przeciwnych, zapraszam TUTAJ.

wtorek, 16 października 2012

Tęsknię...

Deszczowy dzień... Zupełnie inny, niż wczorajszy - ciepły i błękitny. Wczoraj poszaleliśmy na polu, dziś siedzimy w domu... Słuchamy muzyki, oglądamy bajki, gotujemy, bawimy się... Teraz chłopcy śpią.

Brak światła jak zwykle działa na mnie depresyjnie. Zmagam się ze sobą, skłonnością do dołów i ataków strachu. Ale przeżyliśmy piękny weekend na czymś w rodzaju rekolekcji ;) Pan Bóg zawsze wie, kiedy potrzebuję reanimacji, kiedy trzeba mnie przytulić. Dobry czas, kiedy dzieci były pod opieką znajomych, a my mogliśmy się spokojnie modlić. Okej, nie spokojnie - walka była i wiele drobnych problemów, ale nie przeszkodziło to wpaść na Boga. I poczuć się wreszcie bezpiecznie, jak w Niebie. Takich momentów jak najwięcej.

Tęsknię za Niebem... Za poczuciem ciepła, pełni... Z Nim...

A tak zapowiada się nasz kolejny weekend:


Także znowu będzie intensywnie :) I dobrze, nie będę miała czasu na głupie myślenie, że jest szaro, zimno i ponuro.

 

...dzięki tej piosence robi mi się cieplej ;)

środa, 10 października 2012

Przeżyłam dzień właśnie...

Zmęczona... Dzień pełen emocji. Jutro wyjeżdżamy na parę dni, więc już myślę o pakowaniu. Byłam z chłopakami na zakupach, a potem poszliśmy do przychodni zaszczepić Rafałka. 3 wkłucia, żeby już mieć z głowy. Następne dopiero w 13 miesiącu. Sasulec był dzielny i trochę tylko popłakał, a potem dalej obserwował i podrywał ;)

Teraz jest po 20, ja od rana na pełnych obrotach, a dopiero przed chwilą udało mi się położyć Rafałka (Gabryś śpi od dawna ;)). Padam... Miałam dziś rano pomysł na wpis, ale chwilowo nie jestem w nastroju na niego.

TUTAJ za to wiadomość, która poprawiła mi humor.

Nie chwaliłam się chyba, ale w sobotę dzięki Wilkołakowi (który bohatersko został w domu z dziećmi) poszłam do kina na "Meridę" ^^ Super film, a ja się wyluzowałam i oczywiście ryczałam jak bóbr, dobrze że w sali było ciemno. Zawsze się wzruszam na Disney'u, a szkockie krajobrazy i piękna muzyka też zrobiły swoje. No fajnie było się rozerwać.

Będę kończyć, Wilkołak wrócił z pracy, to trza korzystać i pogadać trochę. Bo pracuje tak, że niestety nie ma go z nami od rana do wieczora i Gabryś to go nieraz nawet parę dni nie widzi (bo śpi jak tata jest w domu)... A ja robię za housewife 24h na dobę :P Ale jest ok.


Dobra piosenka na dobry sen. Jak to mówię do Gabrysia - niech Ci się aniołki przyśnią :)

niedziela, 7 października 2012

O czym myślę i co mnie boli.

Spokojny niedzielny wieczór... Dzieciaki już śpią. Wilkołak obok czyta książkę. Za oknem nieprzerwanie pada. A mi przypominają się różne melancholijne piosenki :P

Tak już jest, że październik kojarzy mi się z herbatą z miodem i muzyką Loreeny McKennitt. I wieczorami spędzanymi w knajpach nad odurzającym grzańcem ongiś, kiedy byłam jeszcze wolna ;) (ehhh te posiadówy z Alnilam w Cafe Zakątek tudzież Botanice... wzdych, wzdych.)

Teraz słucham tego:


Poezja ;) Peggy Lee to moje ostatnie odkrycie. Muzyka idealnie pasuje do Rivulet borykającej się z wychowaniem dwójki małych rycerzy... (w sensie że dodaje sił i nastraja pozytywnie).

W temacie borykania się pozostając, ostatnio miałam niezwykle bogate przemyślenia na temat życzliwych osób, którym wydaje się, że mają święte prawo krytykować mój sposób wychowania dzieci. I generalnie myślą, że tylko czekam całymi dniami na ich "dobrą" radę. Nie myśląc nawet o tym, że rada wpędzi mnie w poczucie winy, z którego będę wychodzić przez kilka dni. A ucierpimy na tym wszyscy, i ja, i dzieci. Bo to, czego naprawdę potrzebujemy, to spokój. Naprawdę radzimy sobie świetnie, z ogromną pomocą Pana Boga. I ostatnią rzeczą której potrzebuję (a także cała masa innych matek na całym świecie), to uwagi osób trzecich...

Bardzo mnie to boli i miałam już o tym pisać nie raz. Wiem, że ludzi nie zmienię, ale może jak to z siebie wyrzucę, to potem będzie mnie to mniej dotykało. Bo całymi dniami naprawdę się staram dawać z siebie wszystko, żeby w rodzinie się dobrze działo. A potem jedno głupie zdanie potrafi mnie rozwalić - bo nie ukrywam, jestem znerwicowanym nadwrażliwcem i przeżywam wszystko 100 razy mocniej, niż przeciętny człowiek.

Tak mi się rzuca w oczy, kiedy idę na spacer z dziećmi, jak Szatan nienawidzi kobiet za to, że dają życie, że żyją dla innych. A na pierwszym froncie są te, po których to widać. Nie zastanawiałam się nad tym wcześniej, ale idąc z wózkiem jestem teraz tak samo narażona na uwagi, jak zakonnica. Bo wiadomo - jednych widok ciemnego welonu i krzyża rozczuli, ale jeszcze większa grupa zareaguje negatywnie. Podobnie jest z kobietą mającą przy sobie małe dzieci. Czasem aż boję się, co tym razem mi się przytrafi. Okej, zazwyczaj dużo dobrego i naprawdę cała masa osób pomaga - wnieść wózek do autobusu, wjechać do przychodni itp. Ale przeważnie znajdzie się i oburzona sierota, której nie spodoba się np. że dzieci krzyczą (nie zapomnę pani, która sfochowała się na mnie pod supermarketem, że Rafałek płacze). I oczywiście wyładuje złość na mnie.

Chyba nic tak nie rozwala kobiety, jak poczucie że jest złą matką. Zwłaszcza, jeśli wychodzi to od osób trzecich.

Na szczęście Pan Bóg szybko przychodzi z pomocą - bo jego ocena jest zawsze inna, dobra i prawdziwa. Nie słodzi, ale dodaje siły i podnosi. I widzę, że nie jestem idealna, ale za to w sam raz do tego, co mi Bóg przeznaczył - i nie muszę się sobą gorszyć. Bo on mnie kocha, tak samo Wilkołaka i dzieci, no i zawsze się nami opiekuje. I to on nas poprowadzi, więc nie musimy się spinać i udawać herosów.

Niemniej apeluję do wszystkich życzliwych, którzy zawsze mają "dobrą" radę na czyjeś życie - dajcie już spokój i lepiej zajmijcie się belką we własnych ślepiach. Amen ;)

A dziś ewangelia o tym, żeby być jak dziecko (kolejny sposób Boga na uspokojenie Tusi).

Pozwólcie dzieciom przychodzić do Mnie, nie przeszkadzajcie im; do takich bowiem należy królestwo Boże. Zaprawdę, powiadam wam: Kto  nie przyjmie królestwa Bożego jak dziecko, ten  nie wejdzie do niego. /Mk 2, 14-15/

piątek, 5 października 2012

It's a Good Day...


Piosenka na dobry dzień. Z dedykacją dla Alnilam ;)

Zjedliśmy długie, hobbickie śniadanie. Obejrzeliśmy razem "Bambiego". I kilka filmików z pociągami.

Za oknem błękitne niebo. Zaraz się spakujemy, weźmiemy aparat i pójdziemy na spacer :)

środa, 3 października 2012

Nie chcę... :)

Gabryś wszedł w fazę testowania mojej cierpliwości i wszystko robi na odwrót. Czasami mnie to śmieszy, czasem nie mam już siły i się wkurzam. Często kończy się na daniu w tyłek. Tyle że co by nie zrobił, to i tak mu tłumaczę, że kocham go nawet jak jest niegrzeczny.

Ale ja nie o tym... A może?...

Bo sama się łapię ostatnio na tym, że niewiele się od Gabrysia różnię. Niby się łudzę, że interesuje mnie wola Boga w moim życiu, a tak naprawdę jak przyjdzie co do czego, to tupię nogami i rzucam się z wrzaskiem na podłogę. Metaforycznie, ale jednak. Co pomruczę pod nosem, to moje. I tak samo nie umiem panować nad emocjami.

Przez ostatnie półtora tygodnia wszystko wskazywało na to, że jestem w ciąży (wczoraj okazało się, że jednak nie - jak się karmi, to trudno się połapać czasem). Także przez ten czas przerobiłam całą gamę emocji. Okej, cieszyłam się z wizji kolejnego szkraba. Ale z 9 miesięcy rzygania i biegania do toalety co sekundę? Z perspektywy kilku godzin cholernego bólu? Teraz, kiedy jeszcze nie zapomniałam o tamtym? No way...

Pewnie, że chcemy mieć kolejne dzieci, zależało mi jednak na odpoczynku. ZAPLANOWAŁAM sobie, że mam mieć z rok przerwy przynajmniej. I cholernie trudno było mi z tego zrezygnować.

W końcu zrobiłam test i okazało się, że wszystkie obawy były niepotrzebne. Ale co się Bóg nasłuchał w międzyczasie pod swoim adresem... (bo oczywiście to jego wina, że nic nie zrobił).

Cóż, w stosunku do Boga chyba wszyscy jesteśmy takimi niegrzecznymi dzieciakami. Tu mówimy, że go nie ma, tu chcemy robić swoje.

A on i tak nas wszystkich kocha. 

 

Na zakończenie to, co mi teraz w duszy gra...

poniedziałek, 1 października 2012

Październik czas zacząć...

Rafałek pojedzie z kasztanami ;)
Kurcze nie dość, że jesteśmy przeziębieni, to jeszcze mi się przyplątało zapalenie piersi (kto miał, ten wie, co za przyjemność...). Ergo mam gorączkę i dreszcze. Brrr. Gabryś już śpi, a my z Sasulcem czekamy na powrót Krzyśka z pracy.

Nie wiem, czy się chwaliłam, ale Rafałek nauczył się w zeszłym tygodniu siedzieć. Teraz dużo czasu spędza bawiąc się na siedząco (np. teraz obok mnie na łóżku rozmyśla nad grzechotkami), także mam więcej luzu :) Poza tym jest bardzo silny i tylko czekam, aż wypruje do przodu za zabawką. Gabryś był zdecydowanie mniej ruchliwy. BYŁ. To dobre słowo :P Każdy rośnie w swoim tempie...

Jest jeszcze cała masa różnic, jakie widzę pomiędzy nimi (nie licząc nawet skrajnie dobranego ubarwienia :P). Najbardziej rzuca się w oczy podejście do jedzenia. Okej, obaj się spaśli na mleku mamy i takim tylko byli pojeni w pierwszym półroczu. Niemniej potem Gabryś miał duże opory, jeśli chodzi o inny rodzaj pożywienia i nakłanianie go zajęło 2 miesiące. Sasulec bez problemu od początku wcina całą porcję, ku frustracji Gabrysia, który też chce spróbować.

Z innej beczki - wczoraj Krzysiek niedomagał i został z chłopakami w domu, a ja poszłam sama do kościoła. SAMA! Wreszcie mogłam usłyszeć własne myśli... Tego mi było trzeba :) Zwłaszcza, że czytania były genialne.

A teraz miesiąc różańcowy. Musimy odkurzyć nasz. Niestety, na co dzień modlimy się inaczej. Ale dobre i to.

Jak już pisałam - każdy wzrasta w swoim tempie :P

czwartek, 27 września 2012

Złotolistnie.

Dziś zimno, cały dzień spędziliśmy w domu. Ale wczoraj poszliśmy na spacer. Było niesamowicie, bo wiał lekki wiatr i na głowę spadały nam z trzaskiem kasztany (zebraliśmy ze 30 świeżutkich, pachnących). Rafałek spał cały czas (dla mnie chwila oddechu), Gabryś poszalał na placu zabaw i zbierał skarby jesieni. Orzechy, żółte liście, kwiatki. A ja robiłam zdjęcia i się czułam... twórczo :P Niech ludzie widzą, że kobieta z dwójką dzieci ma też inne zajęcia niż podawanie kaszek i zmiana pieluch, a co!

Tak mi chodzi dziś myśl po głowie... Czy nie moglibyśmy się zwinąć w kłębek wszyscy? I obudzić w marcu?...

No dopsz, obudźmy się na moje urodziny i święta :P Ale potem - chrapanie do wiosny...

Nie chce mi się wchodzić do zimy w tym roku... Po prostu nie mam pary do tego. Chcę słońca...

 Ech.


Zamiast herbaty z miodem - trochę dobrej muzyki przed spaniem :)

poniedziałek, 24 września 2012

Moja szkoła ;)

Jest 14 a ja wyjątkowo mam chwilkę, bo chłopcy zmęczeni zasnęli (dalej jesteśmy chorzy). Na szczęście dziś jest ciepło, więc grzaliśmy się trochę w ogródku na słońcu. Rafałek próbował zrywać trawę, a Gabryś wyszukiwał ze mną biedronki, gąsienice i pająki. Znaleźliśmy nawet ślimaka i omal nie pokłóciliśmy się, po czyich spodniach ma się przejść. Na szczęście poszliśmy na kompromis, a potem położyliśmy go na liściu mlecza i długo obserwowali jego "marsz" :)

Rano było chłodno, więc długo siedzieliśmy w pokoju i oglądali różne bajki. Gabryś lubi zwłaszcza piosenki, więc skakaliśmy na YT po różnych przebojach z Disneya, Fasolek i takich tam :)


 

 To z jego ulubionej bajki ("Zaplątani" - bo jest konik i "żaba"!!!), mogę puszczać mu ten fragment w kółko przez pół godziny i nie ma dość :D

Gabryś w ogóle ostatnio się rozśpiewał i przeważnie spaceruje po domu nucąc "Jedzie pociąg z daleka", "Mydło wszystko umyje", "Sieje je" (to Top 3) i inne takie. Brzmi to rozwalająco :)

Rafałek chyba pozazdrościł mu talentu, bo ostatnio w chwilach zadowolenia wydaje takie dźwięki, że zaczęłam go nazywać Ryczypiskiem :P Nie wiem, czemu moje dzieci muszą wydawać takie wysokie tony z siebie, ale ok... Tak na poważnie, to byłam u laryngologa ostatnio. Po wspólnym jodłowaniu chłopców miałam takie zawroty głowy i ból uszu przez ponad tydzień, że aż się przestraszyłam. Naprawdę - inne dzieci krzyczą jakoś ciszej, nawet jak drą pyski na maksa :P Wiem, bo się nasłuchałam. A moje jakby się z opery urwały, śpiewają...

Tak poza tym, to uczymy powoli Gabrysia się modlić. W sensie wieczorem, bo eucharystię i niedzielne laudesy to zna od urodzenia (a nawet przed). W sumie dość szybko jak był mały, nauczył się mówić "Amen" i "Alleluja" ;) A teraz co wieczór razem dziękujemy Bogu za kolejny dzień i prosimy o różne rzeczy (młody nieodmiennie o ciasteczka). Największą frajdą jest dla niego przeżegnanie się przed i po ("Jeszcze raaaaz???"). 

Zastanawiałam się niedawno nad przedszkolem, ale stwierdziłam, że póki co wolę ich uczyć świata sama.

niedziela, 23 września 2012

Jesieeeeń, jesieeeeń...

Przyszła jesień.

Najpierw wieczory przychodziły coraz szybciej. Potem noce zrobiły się lodowato chłodne. A w końcu, żeby uhonorować początek nowej kalendarzowej pory roku, postanowiliśmy się wszyscy rozchorować...

Ok, żadnego zastanawiania nie było, niemniej efekt jest powalający. A my pociągający (nosami). Gabryś kaszle, ja z Rafałkiem dwa dni byliśmy jak skrzyżowanie gorącego pieca z wodospadem. Krzyśkowi też z nosa coś kapie. Normalnie - delicje.

A przez cztery miesiące było tak pięknie...

Cóż, nic na to nie poradzę, że dla mnie jedyną racjonalną porą roku jest lato.

Btw właśnie skończyłam fantastyczną (zarówno jeśli chodzi o jakość, jak i gatunek) książkę i mi żaaaaal, że już koniec. Emma Bull, Wojna o Dąb. Połączenie amerykańskiego rocka i celtyckiej mitologii, czyli to, co Tusie lubią najbardziej. Polecam :D

poniedziałek, 17 września 2012

Garść jasnych nut.

Fundacja "Rivulet ma marzenie" - zajmij się dziećmi i pomoż Tusi wybrać się do kina :P

Dżołk, ale prawdą jest, że mnie nosi i strasznie bym chciała gdzieś iść i spędzić jakiś czas bez dzieci... Mam nadzieję, że plan zostawienia ich z Krzyśkiem i wyskoczenia do kina na "Meridę" wypali...

Bo mam fazę na ten film i nie odpuszczę - nie dość, że Disney, to jeszcze w celtyckim klimacie! Aaaaaa!!! (coś podobnego czuję jak myślę o Pocahontas :P)

W związku z tym dziś po powrocie z placu zabaw (znowu ładna pogoda i ciepły, miodowy wrzesień, ha!) słuchaliśmy piosenek z tej bajki. I naprawdę poprawiły mi humor :)


Nie ma jak celtycka nuta... Ehhh, can't wait...

Tutaj polska piosenka promująca film. Całkiem przyjemna. W teledysku o dziwo blondynka straszy na zamku :D

Na koniec coś z innej bajki (mojej i Alnilam na Podhalu, kiedyś...), równie ślebodnego.


Dobrego słuchania!