poniedziałek, 31 sierpnia 2015

Bałtyk.

Wróciliśmy do domu... Próbujemy się ogarnąć, ale cały czas wspominamy. Dzieciaki co chwilę pytają, czy za rok pojedziemy tam znowu. Mam nadzieję, że tak.

Teraz będziemy tęsknić do szumu morza, zapachu sosnowego lasu, widoku piaszczystej ścieżki, wijącej się między kępami kwitnących wrzosów. Pan Bóg podarował nam piękne wakacje. On naprawdę jak coś daje, to tylko samo najlepsze. A pogodę to naprawdę mieliśmy tam wspaniałą :)

Od jutra zaczynamy przedszkole. I chociaż dokoła jeszcze dojrzałe lato, nieco tylko pożółkłe, to na samą myśl o tym czuję, że jesień się zbliża. Ale mam już siłę, żeby się z nią zmierzyć. I czekać do następnego lata.

Swoją drogą, nic tak dobrze nie mówi o Bogu, o tym, jaki jest piękny i silny, jednocześnie czuły i dziki, jak przyroda. Nie ma to jak stać na brzegu morza (lub na górskim szczycie), czuć wiatr na twarzy i myśleć, że On to wszystko stworzył, że właśnie dzięki tej wspaniałej przyrodzie cię dotyka.

No i jeszcze - nie ma to jak Bałtyk. Ja wiem, że na świecie jest wiele pięknych miejsc, ale ja nigdzie nie czuję się tak dobrze, jak w Polsce. I nic mnie tak nie zachwyca, jak nasze morze, nasze góry, nasze zabytki. Jechaliśmy przez cały kraj, tam i z powrotem, i o tym właśnie myślałam, ile tu u nas wspaniałych rzeczy. I że tutaj właśnie chcę mieszkać, nigdzie indziej :)

czwartek, 20 sierpnia 2015

Oczekiwanie wakacyjne i inne sprawy.


Yyy. Znaczy, tym razem, morze przywitam :)

Morze będzie pewnie zimne - tak mówią znajomi, którzy właśnie tam siedzą i co potwierdził mój brat, który też tam jest z żoną.

Pewnie będzie bardzo wiało i sypało nam piachem w oczy.

Dostanie mokrym glonem pewnie będzie wyjątkowo nieprzyjemne.

Aaaaaaaaaaaaaa!!! Ale super :D

Już się nie mogę doczekać, cały czas z chłopakami mówimy o wodzie, statkach, muszelkach, glonach, latarniach morskich i w ogóle. I opowiadam im swoje przygody znad morza. Już się zastanawiam, którędy będziemy jechać, co zwiedzimy jeszcze po drodze. Wreszcie czuję przygodę :)


No :) A tak poza tym, co u nas...

Wczoraj w nocy jeden z chomików wypchnął drzwiczki i zwiał. Rano obudziły nas hałasy za szafą. Czasami mamy w domu myszy, ale zaiste ta mysz przegięła - tak sobie myślałam, podchodząc do szafy zygzakiem, bo jeszcze nie bardzo przytomna byłam. Patrzę, a tam w szparze zamiast myszy łebek naszego chomika. Także dzień zaczęliśmy z Krzyśkiem od odsuwania dwóch mebli, żeby złapać zbiega. Zbieg, wpuszczony do klatki, długo nie mógł dojść do siebie po utracie wolności i usiłował przegryźć pręty klatki. Dawno nie widziałam takiej złości w chomiczych ślepkach :) Sorry młoda, jakbyś tak dłużej pobiegała, to by cię dorwały prawdziwe myszy... 

Oczywiście uciekinierka to Minnie, chomik Rafałka. Jaki właściciel, takie zwierzę :P Chomik Gabrysia grzecznie został w klatce, mimo otwartej bramki, no i wyraźnie przeżywał odejście towarzysza niedoli.

Na koniec zapiszę ku pamięci niedawne osiągnięcia Gabrysia... Bo jakoś tak szybko ostatnio się uczy wszystkiego. Najpierw jazdy na rowerze - długo się nie mógł przekonać do roweru na dwóch kołach, a pewnego dnia jak nie śmignął... Teraz ćwiczy uparcie, bo oczywiście jak to Gabryś - musi być najlepszy. Bo jak coś nie wychodzi, to ryk i zgrzytanie zębów... Potem nauczył się wreszcie wymawiać "R". Też po długich dniach zrzędzenia, że nigdy się nie nauczy i że po swojemu będzie mówił, a do żadnego logopedy chodził nie będzie (guzik, chodzi grzecznie :)). Teraz może poprawnie wymówić imię swoje i brata. Do tego wpada w hiperpoprawność :P i wymawia R tam, gdzie powinno być L. Także póki co słyszę kwiatki typu "are", "zjeżdżarnia", "karuzera" itd. Później przyszła pora na drążek. Bo niedawno Krzysiek kupił w sklepie sportowym drążek i piłkę gimnastyczną, cobyśmy mogli trochę w domu się porozciągać. Fajna sprawa, a najbardziej póki co korzysta młody. Na piłce gimnastycznej wymiata, ale to w sumie nie jest takie trudne. Bardziej zadziwia mnie widok Gabrysia wspinającego się jak murzynek na palmę - po drzwiach, do wysoko zawieszonego drążka. Potem wygibasy i podciąganie na drążku i zeskok na dół. Niezły jest :) I wisienka na torcie, przynajmniej jak dla nas - wreszcie doczekaliśmy się trzeciego partnera do gier planszowych :D Ostatnio parę wieczorów zarwaliśmy grając do późna w "Kupców i korsarzy" i "Wsiąść do pociągu". Sasasa.

Także dumna jestem z niego :)

A teraz przed nami już wizja przedszkola - wrócimy znad morza i prawie od razu trzeba będzie wskoczyć znowu w tryb przedszkolny. Wstawanie wcześniej (my duuużo wcześniej...), zaprowadzanie, odbieranie... Zaraz jedziemy kupić potrzebne rzeczy, plecaki, pantofle, worki itede. I pewnie za jakiś czas będę w szoku, ilu nowych rzeczy nagle nauczy się Rafałek :) Co do niego, to jestem spokojna - towarzyski z niego stwór i da sobie radę.

Zostanie ze mną tylko Elula. Dziwnie będzie. Ciekawe, czy będzie jej się nudzić i jak zareaguje na nieobecność braci :) Komu będzie psuć budowle z klocków? Kto ją będzie łaskotał i podrzucał? No lipa jakaś :P

Dobra, kończę już. Zaraz będziemy się zbierać na wyprawkowe zakupy. A chyba trzeba zobaczyć, co tam dzieciaki w pokoju wymyślają - Gabryś właśnie podszedł i poprosił mnie o "kawę z serem i dżemem". Hmm... A teraz Rafał woła "kolacjaaa!". Pozostaje mieć nadzieję, że wyimaginowana, a nie organiczna.

Uff, sprawdziłam. Tylko bawią się klockami :) Dywan i meble tym razem nie ucierpiały.

niedziela, 16 sierpnia 2015

Kiedy ranne wstają zorze... Czyli siedząc przed kompem w niedzielę rano.

Niedzielny poranek. Zostałam obudzona kiedy ranne wstawały zorze (no dobra, ciut później, ale tak się czuję...) i teraz czekam, aż Krzysiek się wyśpi i zjemy razem śniadanie, a potem zrobimy laudesy... Gabryś coś dziś wstał o wyjątkowo nieprzyzwoitej porze i zamiast grzecznie czekać, aż wstaniemy w swoim czasie, to przyszedł do mnie i zaczął nawijać (wyjątkowa z niego gaduła, od wczesnego rana do późnego wieczora), budząc przy tym Elę i Rafałka. Tylko głowa rodziny okazała się odporna na te hałasy i chrapała spokojnie dalej. Niech śpi...

W każdym razie jako że najchętniej wróciłabym do łóżka, wykazałam się asertywnością i kategorycznie odmówiłam udziału w zabawie z dziatwą. Mają siebie, niech działają. A ja chwilkę posiedzę przed kompem i zbiorę myśli... O ile jakieś tam się w głowie pluszczą.

Przydałaby się kawa, ale nie ma. Skończyła się już dawno temu i celowo nie kupuję nowej. Zauważyłam, że o wiele lepiej funkcjonuję bez kawy. Mniej boli mnie głowa i w ogóle spokojniejsza jestem. Ale to jakiś taki utrwalony obraz: poranek, komputer i kawa. Nic to, zrywam ze stereotypami, robię herbatę.

Niedziela. Jeszcze kilka dni i ruszamy na wakacyjną wyprawę... Cieszę się jak dziecko! Mam ochotę jak Gabryś mówić "Ile jeszcze dniiii?", "Ja już nie wytrzymam!" i takie tam.

Oczywiście mam trochę obaw. Czy kasy starczy, czy pogoda dopisze, czy dzieciaki zdrowe będą. Wiadomo, wszystko się może zdarzyć, a jak się ma trójkę maluchów, to ta "wszystkość" jest jeszcze większa i bardziej urozmaicona. No ale na to już nic nie poradzę. Staram się zaufać, że Bóg się nami będzie opiekował tak jak zawsze i da nam piękne wakacje.

Na samą myśl, że za kilka dni stanę znowu nad brzegiem morza, mam dreszcze z przejęcia. Jestem człowiekiem gór, od dziecka i na zawsze. Ale morze kojarzy mi się z nami, ze mną i Krzyśkiem. Z pokochaniem i przyjęciem tego, co do tej pory było obce. Chociaż jeszcze zanim się poznaliśmy, byłam parę razy nad morzem i bardzo mi się podobało. Jednak dopiero kiedy się poznaliśmy, Krzysiek zaraził mnie szantami, morskimi opowieściami (pierwsze piosenki, jakie mi przesłał mailem, jeszcze zanim byliśmy razem, to były szanty właśnie). Kilka miesięcy po tym, jak zaczęliśmy się spotykać, byliśmy razem w Loreto na spotkaniu z papieżem i moczyliśmy nogi w Adriatyku. Pięknie było. 

Ale najlepiej było oczywiście, kiedy włóczyliśmy się z namiotem po wybrzeżu tuż po ślubie :) Pogoda jak z obrazka i my, wolni i szczęśliwi... Mam nadzieję, że kiedyś tą trasę powtórzymy. Sami, bez dzieci ;) Nad Bałtyk wróciliśmy dwa lata po ślubie, z rocznym Gabrysiem i małą fasolką w brzuchu (Rafałek jest dumny z tego, że już raz był nad morzem, nawet jeśli przebywał w moim brzuchu i miał jakieś cztery tygodnie). A teraz pojedziemy znowu, już w piątkę. I Ela jest ciut starsza, niż Gabryś wtedy - będzie bieganie po plaży i pluskanie się w wodzie. A najfajniej, że będziemy blisko miejsca, gdzie byliśmy te sześć lat temu, w podróży poślubnej. Piękne lasy, piękna plaża i masa dobrych wspomnień :)

Nie mogę się doczekać... Odliczam :)

O, Krzysiek wstał. Kończę, trzeba pomyśleć o śniadaniu, bo jakoś w brzuchu pusto ;)

poniedziałek, 10 sierpnia 2015

Gorczańskie hale.

Muszę przyznać, że w te wakacje mamy zwroty akcji godne telenoweli brazylijskiej. Po tygodniu gorączkowych poszukiwań (udanych, jeśli nic się nie posypie, to już wkrótce wylądujemy nad Bałtykiem - dziękuję wszystkim za wsparcie!) stwierdziliśmy, że trzeba gdzieś razem wyskoczyć i odpocząć. I pobyć w końcu razem (bo bycie razem kiedy większość leży złożona ospą się nie liczy).

Tak więc naszą szóstą rocznicę ślubu z małym opóźnieniem świętowaliśmy w Gorcach (zakochałam się w tych górach już w dzieciństwie i tak mi zostało...). Samochód zostawiliśmy w Rzekach i przez Kudłoń dotarliśmy na Przełęcz Borek (rzut beretem od mojego ukochanego Turbacza), po czym wróciliśmy Doliną Kamienicy. Najpierw podziwialiśmy skąpane w słońcu gorczańskie hale i szałasy, a potem szliśmy wzdłuż górskiego rwącego strumienia, słuchając szumu wody i wdychając zapach świerków. Było pięknie... 

Okazało się przy okazji, że mamy niezwykle wytrzymałe dzieci :) Jeden ze szlaków (zielony, przez Stawieniec) był zamknięty i musieliśmy porządnie nadłożyć drogi, żeby zrobić pętlę. Szliśmy cały dzień (Ela oczywiście jechała w nosidle na plechach taty) i chłopcy nawet nie marudzili. Tylko w kryzysowych momentach brałam Rafałka na chwilę na barana. Ale upał był taki, że nie mogłam go nieść zbyt długo. I daliśmy radę. Przeszliśmy. Pomogły nam w tym borówki, poziomki i maliny, które mogliśmy jeść prawie na całej trasie. No i woda z górskich strumieni - smakowała zupełnie inaczej, niż zwykła woda (aż się wiersze JPII o źródle przypominały).

Mam nadzieję, że jeszcze we wrześniu uda nam się gdzieś wyskoczyć i zakosztować gór, nim zima nadejdzie.

Zatonie, zatonie
piórecko na wodzie,
ale nie zaginie
nuta o ślebodzie...

czwartek, 6 sierpnia 2015

Kryzysowo plus dopisek.

Ospa za nami, rocznica też...

Dochodzi do mnie, jaka jestem zmęczona. Czekałam na sierpień, bo wydawało mi się, że pojedziemy wtedy na wakacje. I tuż po naszej rocznicy zaskoczył mnie mąż, stwierdzając lakonicznie, że kasy brak i nigdzie nie pojedziemy.

Chwilowo jestem w stanie totalnej załamki i szukam na szybko sama gdzie moglibysmy wyskoczyć. TANIO. Bo że kasy mało, to wiem. Ale nie wyobrażam sobie wchodzić w kolejną zimę bez złapania oddechu w lecie. Zwłaszcza że w zeszłym roku nigdzie nie byliśmy.

Przykro mi, że Krzysiek tak olał sprawę, nie powiedział mi nawet wcześniej, jak to wygląda (przecież już dawno bym coś znalazła, a tak to w większości miejsca już zajęte...). Faceci :( Jak przychodzi co do czego, to myślą tylko o sobie i w dupie mają to, o czym marzą ich kobiety. Ech...

Także jeśli ktoś ma namiary na coś taniego, to plisss, piszcie... Na razie szukam nad morzem i w górach, ale w sumie to wszystko mi jedno, gdzie - byle być przez chwilę GDZIEŚ INDZIEJ. Z góry dziękuję za pomoc...

Swoją drogą życie jest zabawne. Jeszcze tydzień temu byłam tak pełna nadziei i optymizmu, a teraz się czuję jak na mieliźnie i ryczę. Cóż, JEŚLI się uda coś znaleźć, to radość wróci. A jak nie, to - ciężko mi będzie... Nie umiem udawać. Jak się cieszę, to całą sobą. Jak mi smutno - to też na całego.

DOPISEK. Żeby nie siać zgorszenia w eterze to napiszę, że się pogodziliśmy. Teraz szukamy razem. Swoją drogą czasem fajnie się pokłócić, żeby móc się pogodzić, nie? :)