czwartek, 28 stycznia 2016

Zawiasik feryjny.

Moja czwóreczka (najmłodsze schowane jeszcze :)).
Mali rycerze.
Elusia przygotowuje herbatę.
A na tym zdjęciu wygląda jak jakaś aktorka sprzed prawie stu lat :)
Powyżej sesja zdjęciowa z wizyty u dziadków w zeszły weekend. To był ten moment, kiedy chłopcy JUŻ byli zdrowi, a Ela JESZCZE była zdrowa. Niestety, długo to nie potrwało. Teraz młoda ma zapalenie oskrzeli i jest na antybiotyku. A ja mam za sobą kilka trudnych nocy. Podczas jednej z nich, zmęczona ciągłym wstawaniem, huknęłam stopą w łóżko i złamałam sobie jeden z palców. Teraz ma uroczy fioletowo-żółty kolor. A ja chodzę jak zombie :)

Co poza tym u nas? Ano właściwie nic. Monotonnie... Dziś pogoda trochę lepsza, to chłopcy pobrykali na podwórku, a Ela śledziła ich z zazdrością przez szybę. Miałam chwilę dla siebie. W przyszłym tygodniu takich chwil będzie więcej, bo kończą się ferie.

Rysujemy, gramy w różne gry planszowe (chłopcy mają na nie fazę), czytamy dużo, oglądamy bajki... Chciałabym napisać jeszcze: sprzątamy, gotujemy, robimy pranie - no ale liczba mnoga byłaby tu dużym nadużyciem i zakłamaniem :P

Ja trochę kryzysowo, bo kontaktu z ludźmi mi brakuje na dłuższą metę (a zwłaszcza z innymi mamami, którym nie muszę tłumaczyć, jak się czuję i dlaczego). Książek przeczytałam całą masę. Udało mi się też zrobić coś dla siebie - pojechać do miasta i kupić sobie książkę i kolczyki na poprawę humoru.

Zorientowałam się, że dobiłam do połowy ciąży i trochę mi z tym dziwnie. Już niedługo będę gruba jak wieloryb i ciężko mi będzie chodzić gdzieś dalej (a tak lubię iść przed siebie... nawet kilka godzin bez przerwy). A potem częstsze wizyty u lekarza, ktg którego jakoś nie lubię, no i stresik przedporodowy (cóż, nie pierwszy... i mam nadzieję, że nie ostatni). I to wszystko jak zwykle na wiosnę, kiedy rodzi się życie. Przynajmniej będę czuła łączność z naturą :P i czasem liturgicznym.

Dzieciaki obsługują na zmianę sprzęt grający i muszę słuchać kłótni trzech DJ-ów. Gabryś chce tańczyć, Rafał śpiewać, a Ela najchętniej po prostu wrzucałaby co chwilę nową płytę, bo to lubi najbardziej. Wygrzebali skądś płytę Evy Cassidy i słucham sobie. Akurat kojący smęt na końcówkę stycznia.

czwartek, 21 stycznia 2016

Tutaj jestem... Zimowa krakowska melancholia matki czterodzietnej.

Nuuuudzi nam się...

Za oknem śnieg, wszystko białe i piękne, a tu lipa. Cała trójka zasmarkana i kaszląca. Już tydzień w domu i jeszcze nie koniec. Dostajemy szału. Niby przyjemnie tak siedzieć w ciepełku, z dzieciaczkami, w domu (pewnie niejedna bizneswoman o tym skrycie marzy :P), ale po kilku dniach robienia tego samego, tkwienia w bajzlu (bo jak nie ma co robić, to wszystkie zapomniane zabawki fruwają dookoła), słuchania ciągłych kłótni (o tą samą zabawkę), zbierania po raz enty kredek i wiórków z podłogi, układania prania, rozdzielania wkurzonego towarzystwa - mam dość. Najchętniej bym wyszła z domu, pospacerowała po mieście, poszła na piwo (no dopsz - czekoladę ze śmietanką, piwo wróci do łask za wiele miesięcy).

Wczoraj miałam moment wolności, kiedy zostawiłam wieczorem trójkę z opiekunką i pojechałam na spotkanie do miasta. To, co dla zwykłych ludzi jest uciążliwą codziennością - jak jazda komunikacją - dla mnie jest prawie świętem. Jechać tak w ciszy, kontemplować widoki za oknem, zimowe iluminacje... I cudowny fakt, że nikt do ciebie nie mówi i nic od ciebie nie chce. 

Ten moment, kiedy jest się sobą, a nie mamą... Kiedy nie trzeba mieć ciągłego dyżuru :) nie trzeba zmieniać pieluch, ocierać łez, robić jedzonka, czytać kolejnej dziecięcej książeczki itp. Wszystko spoko,  brzmi to słodko (dla kogoś, kto nie musi tego robić non stop), ale każdemu potrzebny jest reset. Mamom pracującym w domu szczególnie. One nie mają czasu "po pracy". Nawet nie ma czasu "dojazdu do pracy", kiedy można oprzeć się o szybę w autobusie/tramwaju i przez chwilę nie myśleć o niczym. Praca jest cały czas. Ciekawe, kiedy wreszcie ktoś to doceni? Fajnie by było nie być oficjalnie "bezrobotną". Bezrobotna? Ja się czuję zarąbiście-kurka-robotna. Jakbym miała czterech szefów, dla których muszę być dyspozycyjna we dnia i w nocy (kocham moich szefów i to zdecydowany atut tej pracy) :) Btw szef nr 4 jest coraz bardziej wyczuwalny i aktywny, zwłaszcza wieczorami (miodzio... kocham te kopniaczki). To nie brak pracy jest problemem kobiet w domu, co najwyżej - brak zarobków. Jedyna, za to jakże cenna zapłata, to satysfakcja, kiedy widzę, jak dzieci rosną, jakie są fajne.  Ale dobrze jest być mamą, mimo wielu trudów. Najpiękniej.

Whatever, Kraków nocą jest piękny jak zwykle. A w zimie ma coś szczególnego, kiedy Planty są w śniegu, wszędzie wiszą jeszcze świąteczne świecidełka, a turystów nie ma zbyt wielu i da się spokojnie przejść Floriańską. Tyle wspomnień... Mieszkam tu od urodzenia (choć w różnych miejscach) i każdy zakątek coś przypomina. Spacery z rodzicami, dojazdy do dziadków na Wigilię, czasy liceum, studiów...

Wczoraj, kiedy przechodziłam przez rynek, kierując się w stronę Szewskiej, chodziła mi po głowie piosenka Turnaua.

Tutaj jestem, gdzie byłem
Gdzie się urodziłem
Tu się wychowałem
I tutaj zostałem

Mogłem jechać, wyjechać
I stąd się oddalić
Ale jednak zostałem
Z tymi, co zostali (...)

Pomyślałem: "To samo słońce
wszędzie świeci
Więc gdzie byli dziadkowie - 
- będą moje dzieci"

piątek, 15 stycznia 2016

Czekolada, gorączka i Maluszek.


Piątek... Za oknem biało. I, o dziwo, przed chwilą ptak śpiewał tak wiosennie. Aż otworzyłam okno, żeby chwilkę posłuchać. Zatęskniłam za wiosną, ciepłem, słońcem... Pierwszymi krokusami. To już coraz bliżej, ale na razie wydaje mi się nieosiągalne. Jakby zima miała nigdy nie minąć. Zawsze tak mam o tej porze roku. Zawias. Oglądam zdjęcia z wakacji i chce mi się wyć.

Żeby poczuć się lepiej, od rana robię coś dobrego. Zupa groszkowa z grzankami (mmm, pyszna i rozgrzewa!), potem spaghetti akie zwykłe z pomidorami i czosnkiem, a na końcu gorąca gorzka czekolada. To ostatnie zawsze poprawia mi humor. Stałam więc nad garnuszkiem, wrzucając kolejne składniki. Dodałam pieprz, cynamon, śmietankę. Czułam się jak Juliette Binoche. Do czasu... Kiedy wlałam czekoladę do czterech filiżanek i dwie już postawiłam na stole, usłyszałam za sobą stukot i wrzask. Obróciłam się i zobaczyłam ryczącego brązowego stwora z czekoladowymi włosami, przypominającego narnijskiego błotowija. I pół kuchni w czekoladzie. Dobrze, że ją ostudziłam i była tylko ciepła, nie gorąca. Szkoda tylko, że cała porcja znalazła się na Eli, podłodze i szafkach. Pff... Także zamiast dalej czuć się jak bohaterka "Czekolady", poczułam się jak typowa ja. Przebierając Elusię (dwa razy, bo po właściwej konsumpcji swojej porcji wyglądała niewiele lepiej) i pucując wszystko. A zaraz i tak muszę oskrobać podłogę jeszcze raz. Najpierw jednak musiałam coś napisać, żeby nie wybuchnąć. Więc piszę...

Przed chwilą podszedł do mnie smętny Rafałek. Wyglądał niewyraźnie, więc zajrzałam do gardła. Całe czerwone... Dobrze, że został dziś w domu. A został tylko dlatego, że w nocy Gabryś gorączkował i rano nie miałam siły wstawać i wyprawiać młodszego do przedszkola. Generalnie noc była wesoła i składała się w zasadzie z kilku drzemek pomiędzy "Piciu!", "Siku!", "Gorąco mi!" itd. Rano miałam mega migrenę (już wczoraj wieczorem zaczęło mnie łupać w skroni) i ochotę położenia się w łóżku gdzieś na bezludnej wyspie. A tu trzeba było wstać i ogarniać system jak zwykle, bo niby kto to za mnie zrobi? Krzysiek w pracy. Szkoda, że mamy nie mają L4. Teraz powoli czuję się lepiej (a może tylko mi się tak wydaje, bo się przyzwyczaiłam), za to Gabryś ma chrypkę jak Garou, Rafałek zrzędzi że źle się czuje, a Ela niby zadowolona, że ma się z kim bawić, ale co chwilę dokucza braciom i potem ryczy, kiedy jej oddadzą. Tym razem bez waty w uszach się nie obejdzie, bo inaczej grozi mi niedosłuch :P

Na koniec to, o czym chciałam już wczoraj napisać, tylko nie było czasu. Z Maluszkiem wszystko dobrze :) Byłam wczoraj na badaniu, słuchałam serduszka, nawet widziałam malucha chwilkę na usg. Ale już duży :) Ruszał rączkami i nóżkami. Żadnych niebezpiecznych objawów nie ma, także mogę się póki co nie stresować (do następnego badania :P). Za jakieś 2-3 tygodnie będę mieć połówkowe. Matko, jak ten czas leci. Każda kolejna ciąża bardziej ekspresowa... Choć pewnie pod koniec jak zwykle będzie mi się dłużyć. Trudno wytrzymać ten ostatni czas, kiedy człowiek już się nie może doczekać widoku dzidziusia, a tu się wlecze ósmy, dziewiąty miesiąc... Teraz mi się to wydaje takie odległe - ale jednak w końcu przyjdzie wiosna, a z nią trzeci trymestr. I nasze spotkanie. Ciekawe, czy maluch wytrzyma do terminu i urodzi się już w lecie, czy jeszcze pod koniec kalendarzowej wiosny? I czy będzie trzecim muszkieterem, czy małą księżniczką (w drugim przypadku już widzę, jak za rok-dwa oglądam z dziewczynkami "Krainę Lodu" i przeżywają to tak, jak chłopcy "Auta" ^^)? Tak bardzo jestem ciekawa, kogo mam w środku, płci, wyglądu, charakterku... To niesamowite, że jest tam ktoś, kogo jeszcze nie znamy, a kogo będziemy kochać najbardziej na świecie, tak jak wszystkie dzieci. Oby tylko ciąża przebiegała spokojnie i rozwiązanie było w dobrym czasie.

No... Tak w ogóle to ostatnio żyliśmy z Krzyśkiem w lekkiej niepewności, bo było możliwe, że straci pracę (nowy rok, koniec kasy na projekty). O dziwo, przyjęłam to całkiem spokojnie i byłam pewna, że Bóg jakoś to załatwi i nie zostawi nas na lodzie. I faktycznie, tak się stało. Praca jest, tylko inna. Ale ten spokój w środku, jaki miałam, bardzo mnie zdziwił. Wychodzi na to, że wariuję totalnie tylko wtedy, kiedy chodzi o dzieci. Ale to chyba normalne :D

wtorek, 12 stycznia 2016

Wolność wewnętrzna.

Wtorek. Miało mnie dziś nie być w domu i już się cieszyłam na myśl o tym, że wrócę wieczorem do domu i nie będę musiała nic sprzątać. W nas najlepsza metoda na czysty dom - to wyjść z niego i wrócić późno, kiedy dzieci są już zbyt zmęczone, żeby zrobić mega bajzel. 

No ale plany mam małych dzieci mają to do siebie, że często ulegają zmianie :) Przeważnie z powodu chorób. Więc zamiast siedzieć u znajomej i patrzeć, jak bawią się nasze córeczki, jestem u siebie z Elusią i Maluszkiem. Chłopcy wrócą za parę godzin, a Krzysiek dopiero późnym wieczorem - pewnie dzieci już będą wtedy spać. Także zbieram siły, bo sama będę musiała się z nimi użerać w najgorętszej godzinie, kiedy wszyscy mają już dość, wrzeszczą, ryczą o byle co i trzeba ich położyć spać.

Ela właśnie skacze wokół mnie, a ja piszę i cieszę się, że dziś zdecydowałam się zrobić pizzę - zamiast stać przy kuchence (jak wczoraj, kiedy godzinę robiłam górę naleśników dla wszystkich, a kręgosłup coraz bardziej błagał o litość), mogę siedzieć i czekać, aż ciasto będzie dobre. Wtedy wrzucę ser i gotowe. Kocham takie dania.

Podczytuję sobie po raz kolejny "Matecznik" Agnieszki Grzelak. Fajne... O mamie czwórki dziewczynek. Codziennych domowych scenkach. Książka mocno autobiograficzna, jak mi wiadomo. Ciekawe, bo gdyby nie ta wiedza, byłabym przekonana, że autorka pisze o mnie... Ta sama potrzeba bycia samej ze swoimi myślami raz na jakiś czas. Ta sama wiedźmowata postawa, kiedy dzieci dają w kość. Ta sama niechęć do porządków. Nawet stosunek do podejmowania gości mam podobny - ja też wolę siąść na tyłku i gadać, niż biegać między pokojem i kuchnią, obsługując, donosząc jedzenie, pytając co chwilę czy ktoś coś chce (jak chce, to niech kurna poprosi albo sam się obsłuży - na szczęście większość moich znajomych wyznaje podobne zasady).

Krzysiek wczoraj zauważył, że dużo ostatnio czytam. To znaczy - więcej, niż zazwyczaj (czyli naprawdę duuużo). Fakt. Jak czytam, to nie myślę. Znaczy o przyszłości, o lękach. Jak by nie patrzeć, do czerwca będę żyć w zawieszeniu, nie wiedząc, co się stanie, jak się o skończy. Uciekam w książki i modlitwę. Jak tylko zaczynam się wieszać i snuć własne wizje, prędzej czy później ogarnia mnie niepokój. Brrr, za dużo doświadczeń, zbyt bogata wyobraźnia, no i ten strach przed szpitalem. Boże, prowadź...

Wczoraj przeczytałam po raz enty prawie całą książkę Ireny Chołuj "Urodzić razem i naturalnie". Znowu krew mnie zalała na wspomnienie scenek z porodów w szpitalu. Chciałabym rodzić w domu, gdybym miała przy sobie taką super położną, wyrozumiałą i delikatną, a jednocześnie doświadczoną. No ale nie mam. Tyle dobrze, że bogatsza w doświadczenia, nie dam sobą tak manipulować w szpitalu, jak za pierwszym razem (mój ostatni tryumf to odmowa założenia wenflonu - jak dobrze się rodzi bez igły wbitej nie wiadomo po co boleśnie w rękę!). O zgodzie na oksytocynę podaną bez potrzeby też nie ma co marzyć :P Nie mam zamiaru się mordować z mega skurczami tylko po to, żeby położna mogła szybciej odebrać poród i lecieć do kolejnego. Wrr.

Za mną intensywny weekend. Dużo spotkań i rozmów z innymi rodzicami małych dzieci. No i trochę lektury na temat wychowania. W sumie to zabawne, jak można mieć różne wizje macierzyństwa, rodzicielstwa w ogóle. Jak różne wizje tego, co powinna robić w domu kobieta (w skrajnych przypadkach - najlepiej wszystko, a i tak z poczuciem winy, że za mało). Hm. Wiele rzeczy mnie drażniło. Jakoś nie umiem słuchać/czytać spokojnie mamuś w moim odczuciu nadgorliwych. Rozprawiających godzinami na temat zdrowego odżywiania na przykład. Albo rygoru. Albo robienia porządków. Wiem, że każdy jest inny i one mają takie samo prawo się tym przejmować, jak ja mam prawo mieć to w dupie. I nikt tu nie jest gorszy. Ale mogę się zdystansować i nie porównywać z nimi. To jest to, o czym chciałam napisać, ale popłynęłam w inną stronę. Choć jak rzucam okiem na to, co dziś napisałam, to i tak przebija w każdym akapicie. Wolność. Nic nie muszę.

Mogę zjadać na śniadanie tony parówek i kanapek z dżemem razem z moimi dziećmi i nie czuć się winna, ze nie daję im ciemnego pieczywa i kiełków. Mogę mieć w domu artystyczny nieład (byle nie bajzel totalny, bo nie lubię), nie muszę dostawać zawału, kiedy cały dywan zasłany jest zabawkami. Nie muszę się czuć dobrze w wypacykowanych, lśniących domach (zawsze mnie drażniły, bo miałam wrażenie, że nikt w nich nie mieszka). Mogę się nie przejmować zdaniem rodziców moich i męża, bo to my kierujemy naszym życiem. Mogę nie pozwolić obcym ludziom wtrącać się na ulicy w moje życie i ostro reagować na zaczepki, po co mi tyle dzieci. Mogę być sobą. Każdy może być sobą. Wspaniałe, szkoda tylko, że większość z nas uczy się tego zbyt późno, albo wcale.

Chciałabym, żeby moje dzieci też to odkryły. Zależy mi na tym strasznie, choć boję się, że powielę schematy wyniesione z domu i dzieciaki będą się musiały tego uczyć wbrew mnie (nam), a nie dzięki mnie. No nie wiem, zobaczymy. Tego im życzę - żeby miały wiarę, radość życia i tą świadomość, że mogą być sobą. I są akceptowane i kochane takie, jakie są.

piątek, 8 stycznia 2016

Spokojny piątek po dwudniowej galopadzie.

Elusia wigilijna :)
Powyżej jeszcze w świątecznym klimacie zdjęcie Eli z Wigilii u moich rodziców, kiedy dorwała się do prezentów :)

Właśnie jesteśmy same w domu (nie licząc najmłodszego obywatela) i cieszymy się ciszą. I powolnym porankiem. Ostatnie dwa dni były trochę zakręcone. Całą trójkę miałam w domu i znowu z tego powodu bolą mnie dziś uszy od nadmiaru hałasu. 

Najpierw środa - święto. Rano galop do kościoła (na szczęście w pobliskim jest duża, piękna szopka i dzięki niej mamy dzieci z głowy aż do końca mszy), a potem czekanie na księdza, bo akurat tego dnia mieliśmy mieć kolędę. A że jakoś do kolędy szczęścia nie mamy i już dwa razy pod rząd nas nie było, kiedy ksiądz chodził (bo byliśmy w tym czasie u teściów), to teraz była pełna mobilizacja, coby na całkowitych pogan nie wyjść :P I tak nas mało widują w parafii, bo zwykle albo jeździmy do wspólnoty na eucharystie, albo do Łagiewnik, do Sanktuarium Bożego Miłosierdzia. Także tego... I wszystko byłoby pięknie, gdyby nie fakt, że źle obliczyliśmy czas przyjścia i ksiądz z ministrantami nagle nam bez zapowiedzi (dziwne swoją drogą, bo zwykle ktoś wcześniej chodzi i mówi, że się kolęda zbliża) wparował do kuchni, kiedy byliśmy zajęci przeżuwaniem naleśników ze szpinakiem. Perfect... Trochę się zdziwił, bo raz że te naleśniki, dwa że nagle wszędzie zaczęły biegać dzieci i nie mógł się ich doliczyć :P A my w tym czasie pobiliśmy rekord w zmianie scenografii i wyciągnęliśmy szybko uszykowany obrus, krzyż, wodę i kropidło. Zaśpiewaliśmy, pomodliliśmy się i kiedy już byliśmy gotowi usiąść przy stole i chwilę porozmawiać, to ksiądz stwierdził, ze idzie już dalej. A po tak samo krótkiej chwili widzieliśmy, jak wychodzi już od sąsiadów. To by tłumaczyło, czemu się zjawił tak wcześnie, ale jakoś mieliśmy żal. Kurcze raz w roku jest okazja, żeby pogadać i się dowiedzieć, co się u ludzi dzieje, a tu jakieś takie odklepywanie. Zamiast mówić o Bogu (taka okazja do ewangelizacji! już od dawna jestem w szoku, że księża jej nie wykorzystują i gadają o pracy, polityce i dupie marynie, a nie o wierze ), to "następny proszę". Ech...

Nic to. W czwartek z kolei od rana byłam w pełnej gotowości. Rano musiałam pojechać na badania (jak ja kocham pobieranie krwi, bleee), bo już za tydzień wizyta kontrolna z maluszkiem. Mam nadzieję, że wszystko będzie ok, no i że sobie już posłucham serduszka, bo to ten czas. Whatever, zaczęłam od porannego przejazdu na czczo w zimnie i śniegu, wróciłam do domu odessana z krwi :) żeby zjeść szybko śniadanie i z moimi farfoclami się wybrać do logopedy. Także po śniegu z powrotem na tramwaj, tym razem z Elą w wózku i dwoma bałwankami obok. Chłopaki ćwiczyli ładnie i pani ich pochwaliła, a Ela w tym czasie zdążyła poznać i zaczepić wszystkich na korytarzu. Wróciliśmy do domu po trzech godzinach zmęczeni i zmarznięci. Na szczęście rano zagniotłam ciasto na pizzę, także wkrótce po naszym powrocie dom pachniał pizzą z salami i szybko mogliśmy się nią zajadać. My jedliśmy normalnie (no prawie, Ela jest fanką stopionego żółtego sera i mogłaby go zeskrobać z całej pizzy i zostawić nam wymemłaną pozostałość, także trzeba ją powstrzymywać), a Gabryś jak zwykle tylko suche kawałki (te z brzegu - tak już ma). A potem odpoczywanie przy książkach i bajkach, bez pośpiechu, pijąc kakao litrami - to lubię :)

Taaak, piszę to i cały czas wisi na mnie Ela. Tańczy za plecami, bawi się moimi włosami, nagle zwisa śmiesznie z przodu i układa dzióbek do buziaczka (i muszę ją pocałować, bo inaczej będzie tak wisiała w nieskończoność, zasłaniając mi ekran) - szkoda, że tego nie mogę pokazać :) Straszna z niej przytulanka. Chłopaki lubią też się przytulać, ale ona bije rekordy i widać, że potrzebuje bliskości o wiele bardziej. Zamiast bawić się godzinami, woli wywalić mi się na kolanach jak kotka i podawać łapki do całowania i głaskania. Potrzebuje być w relacji, ciągle coś mówić do mnie. Mała kobietka no, od razu widać różnicę :) 

W ogóle śmiesznie jest obserwować u znajomych, jak różne są zachowania dzieci - tam, gdzie większość jest dziewczynek (na przykład w liczbie siedmiu :)), jest zupełnie inaczej niż tam, gdzie większą grupę stanowią chłopcy (choćby czterech, a i tak poziom hałasu i bójek wzrasta błyskawicznie). U nas też póki co mniej jest rozmów i nawet kłótni (ech te dziewczęce pyskówki, zasłyszane w innych domach, może jeszcze się ich doczekam), a więcej bitew, przepychania i krzyków (a ja się niestety dołączam do tego i gdy ktoś jest pokrzywdzony, to wkraczam i słychać mnie chyba na Rynku w Krakowie - no nie jestem taką spokojną mamą, co to "kocha więc nie wrzeszczy". Za to "kocham, więc jak już nawrzeszczę, to potem przepraszam" :P). Że charaktery są różne i nie można generalizować, to swoją drogą - ale nasi chłopcy są pod tym względem zupełnie skrajni. Lecz jeśli chodzi o zamiłowanie do bójek i wyścigów, pragnienie bycia pierwszym, zwycięzcą, to nie widać między nimi różnicy, to ich łączy (a raczej dzieli, bo "on mi nie dał wygraaaać, buuuuu", "a on za szybkooo jeździ, powieeeedz mu cooooś"). Przy tym wrzeszczą nieraz tak, że mam ochotę ich wysłać na księżyc. Niech tam przeżywają przygody, a nie ze mną w jednym pomieszczeniu.

No, zrobiła się 11. Czas pomyśleć o obiedzie. I pranie zebrać i wywiesić nowe. Chociaż ostatnio mam szczęście, dzieci jakoś nie mają fazy na brudzenie i pralka chodzi tylko raz dziennie, a nie trzy czy cztery. Lucky me :) Czego nie można powiedzieć o zmywarce - jak jesteśmy razem w domu, to biedaczka pada z przepracowania. Cały czas wszyscy coś jedzą (zerkam na Elę, przeżuwającą obok kolejnego herbatniczka z czekoladą). A więc, jak mówiłam  - trzeba się zastanowić, co na obiad :)

piątek, 1 stycznia 2016

Prezent noworoczny.

No i mamy pierwszy dzień nowego roku 2016.

Jak nasze samopoczucie?

Jak na lekkim kacu, bo choć nic nie piliśmy (nooo, dużo soku), to jednak wczoraj zaliczyliśmy i powrót do domu pociągiem od teściów, i wieczorną eucharystię, i posiadówę do późna u znajomych. Wróciliśmy jakoś po 2 w nocy. Za wyjątkiem Rafałka, dzieciaki były przytomne cały czas i zasnęły dopiero w samochodzie. A fajerwerki podziwialiśmy wszyscy, bo po kilku próbach udało się doprowadzić Rafałka do stanu używalności :)

Dziś na szczęście wstaliśmy po 10. Bałam się, że maluchy zerwą się mimo wszystko wcześniej, ale jednak dały odespać.

Dalej mam w pamięci piękne, niosące pokój czytania z eucharystii. O tym, że Bóg chce błogosławić, że jesteśmy jego dziećmi i nie musimy się bać... I że dla niego nie ma nic niemożliwego.

Piszę to wszystko i co jakiś czas czuję mój noworoczny prezent. Wyraźne poruszenia malutkich rączek i nóżek. Miałam już od jakiegoś tygodnia wrażenie bąbelków w brzuchu, ale nigdy nie byłam pewna, czy to dzieciaczek, czy tylko ruchy jelit :P Dziś po raz pierwszy poczułam wyraźnie. Najpierw rano i aż zamarłam z wrażenia, potem znowu, a teraz jak się wsłucham w siebie, to coraz częściej mogę poczuć dzieciątko. Piękny prezent na dzisiejszą uroczystość Świętej Bożej Rodzicielki.

W ogóle wraz z symbolicznym wejściem w kolejny rok jakoś się to wszystko przybliżyło... To już w tym roku urodzi się maluszek. Może za jakieś pięć miesięcy już będziemy mogli się poznawać? Mam nadzieję, że wszystko pójdzie dobrze... Lęki są, ale jest też pewność, że Bóg prowadzi i wie, co dla nas dobre.

Od jakiegoś czasu boli mnie już kręgosłup (come sempre...). I brzuszek się zaokrąglił. Jednak w czwartej ciąży jakoś szybciej i mocniej czuję te wszystkie objawy... Taki brzuch to przy Gabrysiu miałam może w 6 miesiącu, a nie w 4. No ale tak to jest, będę zrzucać później :P

Pozostała trójka dzieci... rozrabia i nieraz daje nieźle popalić. No jednak jak jesteśmy całą zgrają w domu, to bez wrzasków i przepychania co jakiś czas się nie obejdzie. Dziwię się, że jeszcze wytrzymuję bez stoperów w uszach. Ale poza tym oczywiście są kochani. Bez nich może byłoby spokojniej i ja byłabym bardziej wypoczęta... Za to pozbawiona ogromnego ładunku miłości. No pusto by było i smętnie. Wolę żywy bajzel nasz powszedni. Chociaż nieraz dostrzegam przerażenie w oczach gości, którzy życia z taką gromadką maluchów nie doświadczyli.

Czytamy kolejną część Narni. Jak czytam zdanie Była raz czwórka dzieci... to czuję taki spokój w sercu i radość, że my też mamy już taką swoją Narnię, że Bóg nam dał to wszystko. Że mogłam ubierać w tym roku choinkę z trójką dzieci i czwartym ukrytym pod sercem. Ciekawe, kto zasiądzie na naszym czwartym tronie? No i nie wykluczam, że u nas władców będzie więcej :P Ale póki co jestem wdzięczna za to, co jest.

Dzisiaj moje myśli krążą głównie wokół fikającego w głębi maluszka. Kim jesteś?

Wczoraj czekając na północ usłyszałam to wykonanie kolędy i teraz za mną chodzi. Piękne...