niedziela, 3 lipca 2011

Chcę być z Tobą...

Mmm... Spokojna, leniwa niedziela. Za oknem ciągle leje, więc dziś siedzimy w domu. Ale może to i dobrze, bo się wyspaliśmy i odpoczęliśmy. Czasem trzeba ściany deszczu, żeby nas zatrzymać :)



Właśnie zjedliśmy obiad i odczuwam teraz błogie rozleniwienie, a w dodatku mam wrażenie, że mi brzuch pęknie :P Dwa talerze pomidorowej z makaronem i naleśniki z czekoladą i bananami to jest to, co tygrysy, hobbici i wilkołaki lubią najbardziej. Sasasa.



A to pierwsze czytanie na dzisiejszy dzień, które sprawia, że przestaję się bać i spływa na mnie spokój:



Raduj się wielce, Córo Syjonu, wołaj radośnie, Córo Jeruzalem! Oto Król twój idzie do ciebie, sprawiedliwy i zwycięski. Pokorny - jedzie na osiołku, na oślątku, źrebięciu oślicy. On zniszczy rydwany w Efraimie i konie w Jeruzalem, łuk wojenny strzaska w kawałki, pokój ludom obwieści. Jego władztwo sięgać będzie od morza do morza, od brzegów Rzeki aż po krańce ziemi.



Nie mam co kombinować i planować, Bóg wszystko zaplanuje za mnie. Mieszkanie, dzieci, wszystko. Mogę zasypiać spokojnie, bo On się o nas troszczy i przez wszystko nas przeprowadzi. I nie muszę się schizować, że coś we mnie jest nie tak - bo On mnie akceptuje i przytula. Ech, żebym zawsze czuła ten jego uścisk. Ale z drugiej strony tęskona i uczucie samotności też jest dobre i potrzebne w każdym związku.



Ostatnio jakoś widzę wyraźnie, jak bardzo jestem stworzona do bycia w związkach. Jak bardzo jest we mnie to pragnienie "chcę być z Tobą jak najbardziej", "chcę być z Tobą zawsze", które sprawia że tak tęsknię - za Bogiem z jednej strony, choć w sposób bardziej wyciszony, a za Wilkołakiem z drugiej i jest w tym więcej gwałtowności i lęku przed utratą. Cóż, chciałabym strasznie mieć kolejne dzieci i dożyć z Krzyśkiem starości razem. Ale będzie jak Bóg da. Może będzie tak - On czasem spełnia właśnie te najgłębsze pragnienia.



Widzę też, że nie jestem pogodzona z tym, że moi rodzice i Kisiel są daleko od Boga. I nie są w tym szczęśliwi, choć upierają się, że są i że wiara jest śmieszna. Tylko że za ośmieszeniem wiary idzie ośmieszenie nadziei i miłości, a kiedy tych zabraknie, to robi się totalny bajzel. Nie mogę nic na to poradzić, tylko się modlić. I mieć nadzieję, że wymodlę, jak matka św. Augustyna. W sumie od ateizmu jest bardzo blisko do świętości, trzeba tylko przekręcić kurek. W każdym razie byłam wczoraj u nich na obiedzie i czuję takie rozdarcie jak zwykle po wizycie tam. Po pobycie u rodziców Krzyśka tego nie ma. Raczej złość na to, że czytają takie pierdoły jak "Wróżka" i doskonale mieszają katolicyzm z feng shui i innymi wschodnimi rzeczami, nie widząc w tym nic złego. Cóż, rodzina... Jak dobrze, że już tworzymy własną i mogę się czuć w niej jak człowiek. A nie coś, co ma spełniać czyjeś ambicje i być grzeczne, żeby nie sprawić przykrości.



Wilkołak i Gabryś siedzą w pokoju i bawią się klockami, a w tle leci muzyka Bacha. Zaraz będziemy kąpać i kłaść spać małego, a potem obejrzymy kolejny odcinek "Gry o tron". Życie jest piękne :)

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz