środa, 13 grudnia 2017

Księżniczka Sara.

Pamiętacie tą dziewczynkę (zapraszam do linka ;))? Wiem, że niektórzy tak :) Ja też mam w pamięci to zdjęcie, bo choć dekoracje jeszcze sprzed remontu, a ja byłam wtedy chyba wyjątkowo zmęczona, bo pisanina jakaś nieskładna, to jednak pamiętam ten moment - moja córeczka przestała być dzidziusiem. Wygląda inaczej, zachowuje się inaczej... No to teraz przeżywam to po raz drugi. Sara skończyła półtora roku. Ecco:
Księżniczka Sara
Okej, przyznaję, zdjęcie pozowane i pobawione Picasą - bo strzelone dziś rano z komórki i jakościowo słabiutkie (światła za oknem niewiele). Ale ma w sobie to coś, dzięki czemu je zapamiętam, jak tamto. Znów jesteśmy w grudniu, znów czekamy na święta, a ja mam wrażenie deja vu. Mój dzidziuś ma jakieś takie nogi długie w rajstopkach, strasznie dużo mówi i w moim mózgu coś się tłucze: "kolejne dziecko odchowane". Pewnie, z tym odchowaniem to lekka przesada, ale zmiana jest - teraz Sara będzie już tylko coraz bardziej sobą. Od jakiegoś czasu dostrzegałam te symptomy, ale teraz to już ewidentne. No i ta data, 11 grudnia - w poniedziałek nie mogłam uwierzyć, że to już 1,5 roku za nami. 

Ciekawe, jaka Sarunia będzie na przykład za dwa lata? Bo Eluśka od czasu tamtego pamietnego zdjęcia... hm, wyostrzyła się :) Zarówno jeśli chodzi o rysy, jak i charakterek. Swoją drogą dobrze było przeczytać i sobie przypomnieć, jaka była wtedy - że ubranka składała i mi pomagała, a Rafałka nie mogłam wtedy do tego zagonić. Teraz to ona strzela fochy i robi afery, gdy trzeba posprzątać, a z chłopcami nie mam tego problemu (Rafał wczoraj elegancko złozył swoje ubrania w kostkę, bez przypominania!). Sara też jest świetnym pomocnikiem. To świadczy o tym, że pewne zachowania zależą nie tyle od charakteru i wychowania dziecka, co od wieku. Ale trzeba mieć większą gromadkę dzieci, żeby to móc porównać i zauważyć. Chyba zrobię eksperyment i wrócę do tego posta za dwa lata, by podać nowe wyniki. Czy Ela stanie się uważną pięciolatką, a Sara trzyletnim jeźdźcem domowej apokalipsy? I jacy będą chłopcy?... To jak badania w Strefie 51 O.o Kosmici są wśród nas, Justyna Walczak miała świętą rację!

Póki co Sara gaduli coraz więcej. Rano mówi "mamo, oć!" (choć odbieram to raczej jak "wstawaj, do cholery!"). Gdy wkurza się, że Ela wyszła do przedszkola (i nie ma się z kim bawić), mówi: "Ela buty!" (w sensie że Ela buty ubrała i poszła). Z tymi butami to też ciekawe, bo to było jedno z pierwszych słów Eli - i teraz znowu. A chłopcy tej części garderoby chyba tak szczególnie nie poważali. Ech, kobiety... W szpilki moje oczywiście też się ubiera. I w ogromniaste kalosze Gabrysia (no, rozmiar niedługo będzie taki jak mój - skarpety już czasem ubieram młodego, gdy moje wszystkie jeszcze w nierozłożonej stercie prania, o zgrozo pasują... a kiedy te stópki takie malutkie były, że się skarpeteczki dla wcześniaków zsuwały, kiedy?!). Do zabawkowego telefonu od Mikołaja nawija między innymi: "Heloł? Papa!". Każdy napotkany na spacerze pies to wielka atrakcja: "hau!". Jest też słowo na ulubioną bajkę siostry: "Pepa!". Pokazuje, gdzie ma buzię, gdzie nos, oko, ucho... To takie najbardziej charakterystyczne odzywki ostatnio, ale generalnie to jest nawijka prawie bez przerwy. A najbardziej rozbraja mnie to, że gdy rano usypia jeszcze na jakiś czas w moim łóżku, po tym jak wyprawi rodzeństwo w świat - musi przytulić się do mojego policzka. Żadne z dzieci tak nie miało, a ona kładzie się centralnie na mojej twarzy. Słodkie to niesamowicie <3

Teraz stoi za moimi plecami i się przytula. Zaraz mnie udusi, albo uszy urwie z kolczykami. Będziemy się zbierać na spacer, a przy okazji kupimy Gabrysiowi nowe okulary do pływania, bo mu się złamały - a basen ma w piątek. Niech ma i ćwiczy, ostatnio się cieszył, że wreszcie płynął bez pomocy sprzętów. Strzałką :)

I tak to... Wigilia już za półtora tygodnia, a do mnie to totalnie nie dociera. Krótkie to czekanie w tym roku. Ale dobrze, będziemy mieć już niedługo trochę czasu dla siebie, w domu. Bez porannego wstawania w pośpiechu, bez tej gonitwy i poganiania dzieci. I pachnącej lasem choinki nie mogę się doczekać :)

Ok, spadam. Sara już ubiera buty. Zostawiam jeszcze muzykę dni ostatnich, smacznego:

13 komentarzy:

  1. Ślicznie wygląda. Panieneczka :)

    OdpowiedzUsuń
  2. Czas leci jak szalony. Jeszcze niedawno byłaś w ciąży z Sara a teraz Ona już taka duża... ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Też jestem w szoku, że czas tak szybko leci :) A z drugiej strony, jak sobie pomyślę, że kiedyś Sara była w brzuchu, albo wcześniej - w ogóle jej nie było i jej nie znaliśmy, to żal. Jak mogło jej nie być?

      Usuń
  3. Pamiętamy to zdjęcie :) To był chyba ten wpis, od którego zaczęłam czytać Twojego bloga (inna sprawa, że potem przeczytałam od deski do deski wszystko od początku, bo Twój blog jest jak świetna książka, really). Mam tę samą refleksję co Megi: przecież niedawno byłaś w ciąży z Sarą, niedawno urodziłaś, jak to możliwe, że ona jest już taka duża?! Ale przecież i Rozia niedługo skończy dziesięć miesięcy...
    Dobrze mieć dużo dzieci i móc trochę nabrać dystansu do pewnych trudnych zachowań. To znaczy, ja mam tylko troje, to może nie aż tak dużo, ale właśnie dzięki temu, że ich mam, jakoś mniej się denerwuję z powodu niektórych sytuacji. Ot, choćby bunty wieku dwa-trzy lata. Kiedy Jerzyk to przechodził, ja nieomal nie wychodziłam z siebie, bo mnie to denerwowało. Teraz gdy przechodzi to Reginka, myślę sobie: no tak, to normalne, to minie (co nie znaczy, że nie potrafi czasem wyprowadzić mnie z równowagi ;) ) Z kolei Rozia teraz próbuje zaznaczać swoje "ja", łatwo się złości, wszystkiego chce spróbować - ale przeszłam to już dwa razy i dlatego jestem dla niej wyrozumiała :)
    Dzieci to błogosławieństwo, zdecydowanie :) A w okresie bożonarodzeniowym czuję to jeszcze bardziej...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. :)) Czasem straszę domowników, że kiedyś wydam tego bloga w formie książkowej :P
      Ja pamiętam Twoją ciążę z Rozią i modlitwy, a teraz popatrz... Niedługo roczek jej stuknie :)
      Dokładnie, choć każde dziecko czymś zaskakuje, to jednak łatwiej się znosi bunty i fochy kolejnego egzemplarza. Pierworodni mają najtrudniej w tej kwestii, przecierają szlaki.

      Usuń
    2. Pierworodni zdecydowanie mają najtrudniej - i mówię to z perspektywy pierworodnej ;) Moja teściowa też tak mówi :) A jednak staram się nie wpadać w schematy i wychowywać dzieci mniej więcej sprawiedliwie ;p Czy mi się uda, to mi z pewnością wypomną sami po latach, heh :D

      Co do Rozalki, to często wspominam ciążę, i ten strach, i niewiadomą przyszłość... to wydaje się takie nierealne, a przecież rok temu tak się bałam...

      Usuń
    3. My z Krzyśkiem też pierworodni - a on nawet i ostatniorodny w pakiecie, bo jedyny, to dopiero jest masakra :)
      Hehe też się staram, ale prawda taka, że i tak z czegoś będą niezadowoleni ;)
      Czasem wspominam ten czas z ciąży z Elą i Sarą, kiedy też nie wiadomo było, czy nie są chore i ten strach przed szpitalem... A teraz zdrowe dziewuszki mi biegają po domu, takie już duże :)

      Usuń
    4. Marcin też pierworodny :) Ale ma jeszcze młodszych braci, choć podobno teściowa zawsze wyróżniała go najbardziej, bo taki był od maleńkości spokojny, dobrze ułożony i zaradny, a bracia to urwisy ;)
      Dzieci to cudowne stworki - czasem, gdy tak na nich patrzę, to nie mogę się nie zachwycać Boskim stworzeniem :) A strach w ciąży o dziecko, i w ogóle o dziecko, to w brzuchu, i to już poza, jest okropny. Wolałabym drugi raz tego nie przeżywać... Ale z drugiej strony, ile dobra nam to dało, ile zaufania, pokory. I wreszcie doświadczenie cudu, cudu zdrowia, cudu narodzin, cudu rozwoju każdego dnia... To piękne jest.

      Usuń
  4. Prawdziwa księżniczka. I akcesoria królewskie - korona/tiara (?) i tron. Ja też lubię sobie czytać te starsze wpisy i nie mogę się nadziwić, jaką drogę przeszedł ten mały człowiek do tego momentu.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Tiarę dostała Ela od Mikołaja - ale oczywiście obie noszą ;) Mikołajkowym telefonem Sary też się wymieniają...
      A chłopaki dostali pistolet czterostrzałowy (G) i wyrzutnię Hot Wheels (R), także się dzieje :P
      Dokładnie, ze względu na dzieci cieszę się, że piszę bloga, bo robi się taka kronika rodzinna i wiele rzeczy można sobie przypomnieć.

      Usuń
  5. Oj tak, dzieci rosną jak na drożdżach.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. No, przecież niedawno sami tacy byliśmy ;)

      Usuń