Suwaczek z babyboom.pl Suwaczek z babyboom.pl
Suwaczek z babyboom.pl Suwaczek z babyboom.pl
Suwaczek z babyboom.pl Suwaczek z babyboom.pl

czwartek, 31 grudnia 2020

Finisz.

Ostatni dzień tego roku.

Innego. Ale dla nas szczerze mówiąc całkiem dobrego...

Choć nie jest łatwo żyć w covidowej rzeczywistości, widzę wyraźnie, za ile dobra możemy dziękować.

Ostatni tydzień tego roku to dwa prezenty - początek końca remontu poddasza, za jakieś 2-3 tygodnie będzie finisz, nareszcie! Prawie rok na to czekaliśmy i ciągle coś nie wypalało. I w końcu się udało.

No i usg trzeciego trymestru. Wszystko ok, maluch już skierowany łebkiem w dół. Teraz tylko rosnąć... :) Na pamiątkę dostałam fotkę ślicznej buzi przytulonej do pępowiny.

A teraz czeka nas piżama party. Zimne ognie, szampan bez alkoholu :P, babeczki z napisem 2021 (dzieło Gabrysia), dobra muza... I wjeżdżamy w nowy rok.

Nawet sobie z Elką pomalowałyśmy paznokcie, żeby było elegancko ;) Sary akurat nie było i fuks, bo pewnie też by chciała malować sama, a już u Lu skończyło się fioletowymi opuszkami palców xD

Wszystkiego normalnego w nowym!!!

niedziela, 27 grudnia 2020

Święta Rodzina.

Dziś święto Świętej Rodziny. Pięknie się złożyło, że tak tuż po Bożym Narodzeniu, jakby trzeci dzień świąt. I poruszające czytania dla mnie, bo akurat i przywołana historia Sary i Abrahama, no i kolejna opowieść z początku ewangelii Łukasza, o Annie i Symeonie w świątyni patrzących na małego Jezusa. To jedne z tych "moich" fragmentów w Biblii, które jakoś dotykają mnie zawsze tak do głębi. W sumie obie o czekaniu i doczekaniu się... O zachowaniu nadziei do końca, choćby się po drodze wątpiło. I o miłości, która sprawia, że nawet na starość jesteśmy pełni życia i widzimy w drugim człowieku więcej - o ile jesteśmy jej pełni.

To wszystko jakoś bardzo się sprawdza w codziennym życiu, zwłaszcza w rodzinie. Trzeba dużo siły, żeby zachować nadzieję, wstać po raz kolejny tego samego dnia i nie dać się zwątpieniu. I otwartości na drugiego człowieka, który jest tak inny, nawet jeśli najbliższy.

Nasze dni są jak górska rzeka, a my jak kamyki na jej dnie. Nurt czasem boli, ale łagodzi nasze ostre krawędzie... Trwanie razem mimo wszystko, to  zgoda na utratę swojego pierwotnego kształtu, by nie ranić drugiego. Krok za krokiem, rezygnowanie z siebie.

Czasem swój pierwotny kształt traci się dosłownie, jak ja teraz ;) Przeglądam stare świąteczne wpisy... W tym momencie szczególnie poruszają mnie te ciążowe... Że tu święta, a tu albo mdłości właśnie słabną (przy Gabrysiu i Sarze), albo maluch się rusza (Ela i Rafałek), albo myślami już jestem przy porodzie, bo kopniaki bardzo silne (Michaś, no i teraz też tak już mam...). Zawsze to też duże pocieszenie, te czytania o narodzeniu... Najlepiej utkwiły mi w pamięci sny podczas pierwszych świąt w ciąży, gdy budziłam się z ufnością i nowym przekonaniem, że będzie dobrze, mimo wątpliwości... No i te inne święta, tuż po trudnych badaniach, gdy tak bałam się o Elę, że urodzi się chora - też wtedy się czułam, jak Maria na osiołku, daleko od wygody i komfortu.

Nie wiem jak to jest, ale tym razem właśnie od Wigilii nasz maluch zaczął się ruszać niezwykle mocno, jakby sam tańczył na cześć Pana Jezusa, naśladując małego Jana Chrzciciela. I tak przez całe święta... W związku z tym głową jestem już w marcu (oby do niego dotrwać!) i parę razy dziennie się zastanawiam, jak to będzie tym razem... Z jednej strony obawa, a z drugiej chęć, żeby być już po tej radosnej stronie :)  w której można się wpatrywać w twarz swojego dziecka, a nie tylko ją sobie wyobrażać.

A teraz... Świętujemy dalej :)

czwartek, 24 grudnia 2020

Już.

I  już... W domu ciemno, światełka świąteczne pogaszone, żeby dzieci zasnęły - ale one jeszcze rozmawiają. Michaś też się przetacza po łóżku, choć dawno powinien chrapać w najlepsze. Za dużo emocji :)

Jakimś cudem zdążyliśmy ze wszystkim. Sprzątaniem, gotowaniem, ogarnianiem spraw przedświątecznych... Tylko nie zdążyłam kartek wysłać z życzeniami, ale trochę się bałam iść na pocztę. W tym roku smsy...

Od rana w domu kolędy, głownie Golców, Arki Noego i Eneja. Czyli na ludowo i wesoło :P Ale też mimo deszczu za oknem i ogólnego rozgardiaszu, a także paru spięć i kłótni, był to radosny dzień. Może dzięki temu, że dzieci są starsze, a te młodsze się dostosowują i naśladują, no i też przez to, że to kolejna nasza domowa Wigilia... Choinka rano została ubrana (robiłam tylko zdjęcia, dzieciaki ubrały same :)), dania przygotowane, domek uprzątnięty. Wczoraj pomyte okna zapaćkane na świeżo przez Michała - nie ma jak nowiutkie smugi palców do podziwiania na szybach! A ozdoby, które okazały się czekoladowe, zostały przez Miśka namierzone i w dużej mierze napoczęte po kryjomu, dopóki się nie zorientowaliśmy :P Mimo niepozornej minki, młody potrafi broić równie szybko jak Elka w tym wieku. Nawet głos ma podobny, jak się zdenerwuje :D

A potem ewangelia, życzenia przy opłatku, kolejne dania... Przerwa i deser. Na końcu prezenty. Fajnie było, zwłaszcza przy dzieleniu się opłatkiem... I ta kolejka do taty :) Bo ja to raczej przytulas i już, Krzysiek się bardziej starał ;)

To był dobry dzień, a dzieciaki są przeszczęśliwe. Teraz przed nami świętowanie :) Już się nie mogę doczekać świątecznej mszy i kolęd <3

Narodził się...

Dużo dobra dla Was :*

poniedziałek, 21 grudnia 2020

Coraz bliżej...

 

Gdzieś ostatnio przeczytałam, że końcówka adwentu jest trudna, bo ma się tyle na głowie, że ciężko czuć radość.

To ja chyba jakaś dziwna jestem, bo mimo zmęczenia cieszę się bardzo...

A czy uda nam się zrealizować nasze plany porządkowo-kulinarno-niewiadomojakie, to już naprawdę sprawa drugorzędna.

Cieszą mnie czytania adwentowe, zwłaszcza ewangelia... Tu Miriam czekająca, tu Gabriel fruwający między rodzinami, tu Elżbieta nie zważająca na konwenanse, czy malutki Jan Chrzciciel skaczący sobie w brzuchu mamy.

Cieszą okazje do okazywania wdzięczności i dzielenia się radością, mimo trudności. Ten moment, kiedy Miriam biegnie w góry, żeby pobyć ze swoją krewną, to chyba najlepszy model tego, co w tym czasie powinno się robić - biec do drugiej osoby. Nawet w czasie covidowym się da.

To, co my sobie wkładamy na głowę, te wszystkie obowiązki i wizje, że święta powinny być takie i takie, chałupa ma błyszczeć, na stole ma być pierdyliard dań itede... Ja nie wiem, skąd się w ludziach biorą takie pomysły i taka chęć zepsucia sobie tego czasu frustracją oraz zmęczeniem. Serio, to chyba jakiś przepis dla dorosłych, jak uczynić ze świąt najbardziej upierdliwą, stresującą imprezę wszechświata. A my mamy być jak dzieci i gapić się z ufnością na malucha w żłobie, choćby wszystko wokół się waliło.

Bo ten maluch to już dawno nie jest maluch i teraz przychodzi, żeby nas podtrzymać <3 Fajnie, że w ferworze walki pościerałam kurze na półkach w kuchni, ale on i tak widzi chlew w moim sercu. I do tego chlewu przychodzi, znowu.

Takie tam myśli, tuż przed.

Nie mogę się doczekać tego świętowania po drugiej stronie, kiedy nikomu genialnemu inaczej nie przyjdzie już do głowy, żeby bąknąć: "i po świętach" :P

czwartek, 17 grudnia 2020

Jest blisko.

Tydzień do Wigilii...

Trzy dni robocze do ferii świąteczno-zimowych...

Dziś wieczorem nagle decyzja o kolejnych zaostrzeniach i lockdownie.

Trochę mam zawias. Jak inne te święta od poprzednich, jak dużo się zmieniło...

Ale...

W tych wszystkich trudnościach,

w samotności,

w maseczce ściskającej twarz,

w zapachu płynu do dezynfekcji,

w strachu o najbliższych,

w domowym bałaganie,

w odłamkach stłuczonej lampy, które trzeba szybko pozamiatać,

w kolejnym dniu edukacji zdalnej,

w zmęczeniu i braku światła,

w wariujących dzieciach,

a także w dzieciach, które akurat są grzeczne i pomagają,

w ciasteczkach zrobionych przez Gabrysia,

w kanapkach i herbacie Rafałka,

w świątecznych ozdobach dziewczynek,

w uśmiechu Michałka,

w kopniakach malutkiej,

w pracy i zagonieniu Krzyśka,

w rozmowach z bliskimi tylko przez telefon,

w lęku o jutro,

w kolejnej porcji prania,

no i w brudnych naczyniach wkładanych do zmywarki po raz enty tego dnia,

a także w każdym westchnieniu, radości, zwątpieniu...

...Pan Bóg jest blisko!

niedziela, 13 grudnia 2020

Trzecia niedziela adwentu i "Cud Bożego Narodzenia".

Za nami leniwa niedziela...

To znaczy może nie taka leniwa. W sensie dla kogoś, kto nie ma dzieci, pewnie byłaby to niedziela totalnie wyczerpująca i pozbawiająca sił :P Well, wielodzietność uczy umiejętności odpoczywania w niesprzyjających warunkach i brania tego, co się ma.

Leniwie było, bo nigdzie nam się nie spieszyło. We mszy udało nam się uczestniczyć już wczoraj późnym wieczorem - i bardzo dobrze, bo dzięki temu ta trzecia niedziela adwentu mogła rzeczywiście być niedzielą radości, a nie rozmemłania i gonienia w piętkę. Był czas na powolne śniadanie na raty, wspólną modlitwę, na smażenie naleśników oraz słodkich fasolowych kuleczek (nowość w naszym menu), na czytanie i oglądanie bajek... I takie tam. Również ogarnianie librusów, odpisywanie na maile i tego typu zajęcia, których nie trawię - nie lubię długo siedzieć przed ekranem. To dla mnie takie odmóżdżające... :P Pewnie gdybym musiała, to bym przywykła... Choć Krzysiek nie raz za dzień pracy przed kompem płaci migreną - zwłaszcza w poniedziałki, po przerwie.

Na znajomych blogach dużo teraz informacji o pięknych książkach dla dzieci o tematyce bożonarodzeniowej. Muszę przyznać, że przez przypadek i nam się trafiła pozycja, która mnie zauroczyła. Dzieci oczywiście również ;) "Cud Bożego Narodzenia" autorstwa Julianny Wołek (którą nawiasem mówiąc znam osobiście i nawet nie wiedziałam, że coś takiego napisała :D). Dawno nie czytałam czegoś tak mądrego. Książka przypominała mi trochę "Małego Księcia"... 

Generalnie do książek o tematyce świątecznej staram się mieć dystans, bo często na ładnej okładce się kończy. A zawartość zazwyczaj przekazuje nie tego "ducha świąt", którego ja chciałabym przekazać dzieciom. Nie szukamy magii, świecidełek i śnieżynek, tylko prawdy o narodzeniu Pana Jezusa. Tego zwykle teraz w świątecznych książkach dla maluchów brakuje. W tej książce jest, w dodatku podane w sposób jednocześnie delikatny i celny. Bardzo dobra pozycja, nie tylko dla dzieci... Dla dorosłych również. A najlepiej czytać razem i wspólnie komentować każdy rozdział. Może się przecież zdarzyć, że to dziecko trafniej odczyta sens, niż rodzic ;) 

Przykład?

"A ty, mamo, też przecież myślisz, że najważniejsze w świętach jest sprzątanie i porządek, tak jak ta pani, prawda?" - nie, ja akurat TEGO zdania nie usłyszę, ale pewnie wiele rodziców mogłoby usłyszeć. Do mnie za to docierają inne prawdy. A także inne trudności z przyjęciem Dzieciątka i przeżyciem świąt w sposób głęboki, a nie powierzchowny.

Bardzo Wam polecam! Książkę można kupić na stronie magazynu "Kreda", czyli TUTAJ :) Jeśli jeszcze nie macie, zamawiajcie szybko! Dla siebie, dzieci, chrześniaków, wnuków - to świetny prezent na ten czas.

Aha, w tym wypadku okładka jest równie cudna, jak zawartość. Ja nie mogę oderwać wzroku:

środa, 9 grudnia 2020

Zrobiliśmy pierniczki!

Wreszcie się zebrałam i zrobiłam ciasto na pierniczki!

Ela błagała o to od ponad tygodnia, ale... czas jakoś tak zleciał :P

A potem wyjęłam foremki, chłopcy przygotowali blachy...

Robiliśmy w szóstkę. Michał też pomagał.

Wszystko było w mące (mój rękaw swetra nadal jest). Zwłaszcza pan M.

Wałkowaliśmy, wykrawaliśmy, układaliśmy.

Gabryś obsługiwał piekarnik.

Sara lepiła wężyki z ciasta.

Rafał stał mi nad głową i robił piernikowe misie, gdy tylko był wolny skrawek.

Mnie najbardziej jak zwykle podobały się serduszka.

Ela układała wszystko na blasze.

A potem wyjmowaliśmy.

Nie dekorowaliśmy.

Zjedliśmy wszystko od razu :P

I tu powinny być chociaż zdjęcia pierniczków, ale...

Nie będzie :D

Nie było czasu na robienie pozowanych zdjęć, jak zwykle zresztą.

Tylko parę fotek zrobionych dzieciakom na szybko, ku pamięci. Będą do kolejnego albumu.

No cóż, nie mogłabym mieć konta na instagramie xD

Zresztą fotografie naszego kuchennego bajzlu mogłyby podziałać odstraszająco :P

Ale! Ile było radości!

A teraz siedzę i zastanawiam się - iść wreszcie posprzątać, czy wrobić w to kogoś innego?

Jak to mówią, najważniejsze to mieć wybór :P

A wy? Pierniczkowaliście już?

poniedziałek, 7 grudnia 2020

Grudniowo.

Był Mikołaj :)

Poranek zaczął się bardzo wcześnie - tak wcześnie, że w południe po bardzo późnym śniadaniu ("Mamo, pomożesz mi zbudować ten zestaw klocków?" - i budowałam chyba z godzinę, a w międzyczasie odciągałam Michałka od innych prezentów) zaryłam nosem w poduszkę i zasnęłam na dwie godziny :P A potem obiad i spacer...

Niby starsi wiedzą, że Mikołajowi pomagają dorośli, ale nie przeszkadza im się ta wiedza cieszyć tym dniem. Zwłaszcza że dużo mówimy o prawdziwym świętym Mikołaju i tym, że z nieba daje natchnienie do czynienia dobra. I to myślę warto podkreślać co roku, bo o to w tym dniu chodzi.

Mikołaj przy pomocy bliskich pomocników zostawił przy pięciu łóżkach pięć dużych toreb z prezentami. Radości było co niemiara, bo i klocki Lego dla każdego (jak dobrze, że jest coś takiego jak Lego Duplo, Friends i Technic!) i lalki księżniczki dla dziewczynek, i gra Rafcia, i wymarzone foremki do pieczenia dla naszego pierworodnego - zapalonego cukiernika :) I masa słodyczy :P

W Wigilię będzie skromniej, bo wychodzimy z założenia, że Wigilia jest prezentem sama w sobie. Taki nasz domowy zwyczaj - wiem, że można do tego podchodzić bardzo różnie i robić dokładnie na odwrót :D Ważne, żeby radość była :)

Niektórzy od Mikołaja dostali rodzeństwo :) Co prawda z dwudniowym wyprzedzeniem, no ale... Pierwsze z dzieci, o których w wakacje pisałam, że rosną w brzuszkach swoich mam, już się urodziło. Drugie wykluje się jakoś przed świętami, a potem - czekamy z Kaszubką na naszą kolej. Dotarło do mnie, że w zasadzie za 3 miesiące to już będzie maluch donoszony i mogę spokojnie rodzić. 3 miesiące! Niby dużo (zwłaszcza biorąc pod uwagę dolegliwości końcówki), a z drugiej strony - zleci! Zwłaszcza że grudzień generalnie ma to do siebie, że gna jak szalony, szczególnie gdy się ma gromadkę dzieci w domu.

A potem styczeń, luty... i już!

Oby się to szczęśliwie potoczyło... Sprawdzałam w kalendarzu, Wielkanoc wypadnie 4 kwietnia... Może uda się chrzest? Nie ma co gdybać, zwłaszcza w obecnej sytuacji, ale marzyć można :)

Wczoraj po obiedzie Michaś zmęczony mikołajkowymi wrażeniami zasnął, Krzysiek zaszył się w kuchni robiąc ciasto, a ja wzięłam starszą czwórkę (i bardzo kopiącą w środku Aneczkę) na spacer. Było bardzo ciepło i przyjemnie, pachniało ziemią... Dotarło do mnie, że kiedyś tam przyjdzie znów wiosna... A póki co cieszyliśmy się spacerem, w zasadzie już po zmroku. Dzięki temu na ulicach było pusto i szliśmy bez maseczek. Jak mi tego brakowało! Potem dzieciaki świrowały na pustym placu zabaw, w słabym blasku oddalonych latarni. Ależ był klimat ;)  A później gdy wracaliśmy, trąbiąc przejeżdżał w samochodzie ktoś przebrany za Mikołaja - jakie dzieciaki miały miny :D

Jeszcze dwa i pół tygodnia zajęć przed nami, a potem miesięczna przerwa!

Dobrze, że Krzysiek może wziąć dużo wolnego i pomóc. Bo mnie to już raczej ciężko będzie. Ale w sumie to się cieszę, że trochę odsapniemy. A potem może jakoś trochę normalności wróci?

Kto wie...

środa, 2 grudnia 2020

Zima :)

W pierwszą niedzielę adwentu jesień spakowała się i cicho odeszła. Obudziliśmy się w innym, jasnym świecie. Szybko zjedliśmy śniadanie i poszliśmy lepić bałwany, póki śnieg się nie stopił. Na pobliskiej łączce powstała cała bałwanowa kolekcja tudzież dwie liczne bałwanie rodziny :D Były też bitwy na śnieżki. A w naszym ogródku powstał klasyczny Olaf z marchewkowym nosem. Udało mi się znaleźć w lodówce odpowiedni kształt :P

Poranki zimne i oszronione. Dziś znowu biało, tym razem od mrozu, wszystko pokryte białymi igiełkami. Było trochę po siódmej, gdy szłam rano wąskimi uliczkami, nucąc sobie pod nosem zasłyszaną wcześniej w radiu piosenkę. W ogrodach zmarznięte róże całe w bieli. Podobnie ostatnie wymięte astry, chryzantemy, ogniki. Po jesieni zostały tylko wspomnienia. I kopczyk brązowych liści pod naszą magnolią.

Już w niedzielę Mikołaj przyjdzie... Nadal cieszę się na ten dzień jak dziecko.

A poza tym zaczął się adwent. Szczerze mówiąc mam nadzieję, że będzie to czas przytulenia. Cisza, wyrzeczenia, pytania - to wszystko już było. Jakoś nie potrzebuję po tym roku nauk, rekolekcji, niczego poza bliskością. I obietnicą, że będzie dobrze i że jesteśmy w dobrych rękach.

Niech będzie biało i ciepło w sercu już teraz... Przygotuj nas do radości i ufności.

Takie widoki podobają mi się bardziej, niż jesienne bogactwo kolorów.

poniedziałek, 30 listopada 2020

Andrzejki.

Nie kojarzą mi się z laniem wosku, ustawianiem butów czy losowaniem pieniążka, różańca i obrączki.

Dziś imieniny mojego dziadka. Odszedł 19 lat temu, 23 listopada. Szczerze mówiąc, ciągle go brakuje.

To jeden z "Józefów". Mało mówił, dużo robił, kochał swoją żonę. I choć potrafił być gwałtowny, to zazwyczaj był oazą spokoju. A przynajmniej takiego go pamiętam.

Do "Józefów" mam szczęście, bo taki też mnie wychował, a z innym teraz mieszkam. I chyba było ich jeszcze kilku w rodzinie w poprzednich pokoleniach, jeśli wierzyć opowieściom babci, żony Andrzeja. Babcia żyje i cieszy się prawnukami, choć w tym roku raczej na odległość. Ale też czeka niecierpliwie na małą Anusię.

A Andrzej mam nadzieję patrzy na to wszystko z nieba i pewnie też czeka, aż się kiedyś wszyscy spotkamy.

Lubił powieści Karola Maya (w oryginale). Piekł super ciasta i potrafił szyć. Uczył mnie grać w piłkę.

A to zdjęcie ślubne moich dziadków :) Uwielbiam te czarno-białe fotografie...

czwartek, 26 listopada 2020

26 listopada

 
No i jest mój dzień. Za oknem mrozik. Tam, gdzie nie dotarło jeszcze słońce, widać szron. Poza tym bladobłękitne niebo i jednak światło.

Poranek trudny, bo za wczesny :) I lekcje, śniadanie dla wszystkich, sprzątanie jak co dzień. Wystarczy moment i każdy kąt po przejściu mojego stada jakby zarasta. Sterta paprochów, chusteczek, zabawek do odłuskania.

Rozdzielam dyżury do ogarniania kątów.

Brakło chleba, Gabryś robi jajecznicę dla wszystkich. Bardzo dobrą :)

W tym sezonie, gdy dzidziuś się urodzi, w kuchni ma kto gotować ;) Chłopcy potrafią zrobić najprostsze dania, w tym na szczęście naleśniki. I przygotować kawę czy herbatę dla wszystkich. Mogę być spokojniejsza.

We mnie pytania bez odpowiedzi.

Ale o dziwo dziś podczas porannej modlitwy z brewiarzem obudziło mnie czytanie, które już pewnie we mnie zostanie. O byciu owcą, a nie wilkiem.

Bo często powraca we mnie to pytanie-pretensja do Boga – czemu stworzyłeś mnie taką? Taką, którą łatwo zranić? Czemu nie mogę być silna?

I w ogóle czemu w tym świecie tak łatwo niszczyć – dzieci, rodziny, bezbronnych ludzi?

Nie, nie mam odpowiedzi. Ale jest jakaś obietnica. Że w tym nieoczywistym survivalu tak naprawdę tylko owce przetrwają, choć nie będzie łatwo.

Jest to jakieś światło.

Podobnie jak wylosowane u Agaji jakiś czas temu błogosławieństwo. Przyznam, że spodziewałam się innego – „pewnie będzie takie i takie, bo mi będziesz panie Boże chciał dopiec i pokazać, jaka jestem”. Tak, szczerze, jest we mnie takie myślenie. A tu zaskoczenie i prawdziwe wyzwanie.

Podnieś głowę, owieczko :)

 

Homilia św. Jana Chryzostoma, biskupa, do Ewangelii św. Mateusza
Jak długo pozostajemy owcami, zwyciężamy; otoczeni niezliczoną gromadą wilków, jesteśmy mocniejsi. Gdy jednak stajemy się wilkami, ulegamy, ponieważ jesteśmy pozbawieni pomocy Dobrego Pasterza. Wszak nie jest On pasterzem wilków, ale owiec; dlatego opuszcza cię i odchodzi, gdy nie oczekujesz, aby okazał swoją potęgę. 

Chrystus jakby chciał powiedzieć: Nie trwóżcie się, że gdy wysyłam was między wilki, nakazuję zachowywać się jak owce i jak gołębice. Mógłbym rozporządzić inaczej i posłać was nie narażając na żadne niebezpieczeństwo; mógłbym nie czynić was owcami słabszymi od wilków, ale straszniejszymi od lwów. Ale tak właśnie trzeba. W ten sposób uwidoczni się wasze męstwo i rozsławi moja potęga.
To właśnie powiedział świętemu Pawłowi: "Wystarczy ci mojej łaski, albowiem moc moja objawia się w słabości". To Ja postanowiłem - zda się mówić Chrystus - abyście takimi byli. Gdy przeto mówi: "Posyłam was jak owce", to jakby dodaje: Nie lękajcie się, wiem doskonale, że właśnie wtedy nie zwycięży was żaden nieprzyjaciel. 

Aby zaś nie popadli w bezczynność i nie wydawało się im, że wszystko otrzymają zupełnie za darmo, że otrzymają nagrodę bez wysiłku, dodaje: "Bądźcie więc roztropni jak węże, a prości jak gołębie". Na cóż jednak się przyda - zapytają - nasza roztropność pośród tak licznych niebezpieczeństw? Jakże możemy zachować roztropność, miotani tylu falami? Czegóż może dokonać nawet najroztropniejsza owca otoczona gromadą wilków? Na co się zda choćby największa prostota gołębia, skoro zostanie osaczony przez wiele sępów? Na nic w wypadku stworzeń nierozumnych, ale gdy o was idzie na bardzo wiele.
 
Zobaczmy, jaki rodzaj roztropności jest tu wymagany. Roztropność węża - mówi Pan. Podobnie jak wąż porzuca wszystko, nawet część swego ciała, byle tylko ocalić głowę, tak i ty - powiada - z wyjątkiem wiary porzuć wszystko: bogactwo, ciało, a nawet życie. Wiara jest bowiem głową i korzeniem. Gdy wiarę ocalisz, to choćbyś wszystko inne postradał, odzyskasz w daleko większym stopniu. Dlatego Pan nie poleca samej tylko prostoty ani samej tylko roztropności, ale jedno i drugie zarazem, aby w ten sposób stały się naprawdę cnotą. Potrzebna jest roztropność węża, abyś unikał śmiertelnych ran, potrzebna też prostota gołębia, abyś nie szukał zemsty na tych, co cię skrzywdzili, ani żądał kary na tych, co knują zasadzki. Na nic się zda roztropność, jeśli zabraknie prostoty. 

I niech nikt nie sądzi, że tych poleceń nie da się spełnić. Pan wie lepiej niż ktokolwiek inny, jak się rzeczy mają. Wie, że przemocy nie pokonuje się przemocą, ale łagodnością.

sobota, 21 listopada 2020

Przedurodzinowo.


Białego protestu ciąg dalszy :P

Mrozik zimowy już jest, choć na śnieg trzeba będzie poczekać... A małe Kaszubki już ulepiły pierwszego mini bałwana, phh! Zazdrość!

Szkoły zamknięte do końca roku... Ech. No ale święta, o ile będziemy zdrowi, powinny być jak zwykle. Może bez spotkań z bliskimi, ale w naszym gronie to i tak jest tłoczno :) Zwłaszcza z coraz większymi i więcej potrafiącymi dziećmi. A nawet Michałek, choć nadal mówi niewiele, to rozumie i potrafi bardzo dużo. No i Aneczka dokazuje coraz mocniej. Nie mogę się jej doczekać :)

Już za tydzień zacznie się adwent... Szósty ciążowy, wyjątkowy adwent w moim życiu :)

Ten tydzień to także ostatni tydzień, kiedy mam 34 lata ;D

Wchodzimy w mój czas. Może humor też się poprawi.

Gdzieś ostatnio czytałam jakąś notkę o byciu jesieniarą. Stwierdziłam, że jesieniarą nie jestem w żadnym wypadku. Ale jeśli można tak powiedzieć, jestem adwenciarą xD Uwielbiam ten czas oczekiwania, od adwentu (zaczynającego się zawsze w okolicy moich urodzin, końcem listopada <3) do Bożego Narodzenia i świątecznych dni. Już teraz nieraz podczas jutrzni mi się otwiera ewangelia z Betlejem i robi mi się cieplej w sercu. Zapowiedź czegoś najlepszego...

Urodziny w tym roku jak zwykle w domu, w rodzinnym gronie... Życzenia mile widziane, ale jakoś wolę ten dzień spędzać sama po swojemu, niż latać z wywieszonym jęzorem i szykować imprezę dla gości ;) Tort robiony z dziećmi, dobry obiadek, czas z książką czy dobrym filmem - zdecydowanie bardziej mi pasują :D Żeby dobrze funkcjonować, potrzebuję tego czasu zaszywania się w swoim świecie, z dala od ludzi.

35 lat brzmi poważnie... Jakoś tak się zastanawiam wyjątkowo mocno, jakie mam plany, życzenia... na te ostatnie 5 lat przed czterdziestką.

Żebyśmy skończyli remontować poddasze (jeśli to możliwe przed marcem i narodzeniem maluszka...).

Żeby Aneczka urodziła się zdrowo i szczęśliwie.

Żeby udało mi się znaleźć wydawnictwo chętne do wydania książki dla dzieci.To taki mój prywatny planik-marzenie. Fajnie by było mieć jakieś swoje pozadomowe pole do działania.

Żeby... było tak jak zwykle. Z dziećmi, Krzyśkiem, w naszym domu. I może jakieś kolejne fajne wakacje wspólne na jakimś zadupiu ;) mile widziane.

I co... żeby covid nas omijał i sobie poszedł w cholerę wreszcie. Żeby się dało zobaczyć z dziadkami i prababcią bez strachu. I zrzucić maseczki :P

Właśnie.

Dobrej końcówki listopada i ostatniego tygodnia przed adwentem :)

środa, 18 listopada 2020

Biały.

W Krakowie od jakiegoś czasu na placach i rynkach pojawiają się choinki. I w centrach handlowych. Szczerze mówiąc nie mogę się napatrzeć...

Jakie by te święta nie były, jak dobrze, że będą.

Strasznie brakuje mi normalności. 

Odwożenia dzieci na lekcje... a nie biegania od jednego komputera do drugiego i sprawdzania, czy kamerki i mikrofony działają. I nerwowego zerkania na grafik, kto kiedy ma kolejną lekcję na zoomie.

Spacerów. Długich. Takich bez maseczki. W maseczce długie spacery odpadają, bo się duszę.

Bycia z dala od wiadomości o zgonach, strajkach, czarnych protestach i cholera wie czym jeszcze.

I oddechu, takiego bycia tylko z samą sobą (ewentualnie Miśkiem), a nie ukiszenia między wszystkimi. Popisania sobie bez pośpiechu...

W tym wszystkim ofkors coraz mocniej odczuwalne życie wewnętrzne i kopniaki. Ciekawe, jak to będzie... Znajoma urodziła i oprócz malucha przyniosła sobie z porodówki covida. Yeah...

Także ten. W obliczu doła totalnego zaczęłam puszczać świąteczne piosenki wcześniej niż zwykle.

Biały protest?

środa, 11 listopada 2020

Odpoczynek.


Leniwy dzień.

Za oknem szaro.

W domu bałagan. Dzieci szaleją. Pachnie bananami i przyprawą piernikową.

W tle gra Louis Armstrong i genialna Ella <3 

Zaraz chłopaki będą odrabiać zadania, a ja poczytam chyba dziewczynom o żubrze Pompiku :) i może jakiś spacer, zanim się całkiem ściemni. Dobrze, że mamy ten kawałek łąki w pobliżu, zarośniętej i podmokłej. W sam raz na wypuszczenie dzieci :P Błoto i suche badyle rządzą.

Nie ma jak azyl domowy, z dala od szumu świata... 

Nawet jeśli bywa głośno i można wdepnąć w rozgniecionego banana.

A Misiek tylko patrzy, co można zbroić. Sądząc po odgłosach, właśnie rozsypał mąkę w kuchni.

Iść i sprawdzić?

Eeee... poczekam, aż pozostali posprzątają :P

(szum odkurzacza włączonego przez Gabrysia)

No, dobrze mieć pomocników.

piątek, 6 listopada 2020

O lękach w ciąży :) I trochę o zaufaniu.

Kolejny tydzień, kolejne wyzwania...

Od poniedziałku będę mieć w domu wszystkich chłopaków. Dziewczyny póki co chodzą dalej i korzystają. Covid szaleje, zachorowań coraz więcej (Kaszubko, trzymaj się! oby się z Wami obeszło łagodnie to świństwo!)... Ale chciałabym jak najwięcej normalności, zwłaszcza dla maluchów. Tyle fajnie, że Rafik zdążył zacząć przygotowania do komunii w szkole, dostali już różańce i książeczki... Jeśli nic się nie zmieni, to komunię będzie miał 15 maja - dokładnie tego samego dnia, co ja - wiele lat temu (w 1994 roku)...

Ela miała imieniny w czwartek. Urodziny były podczas lockdownu wiosennego, więc chociaż teraz się udało poświętować w przedszkolu :) Wspomnienie Elżbiety i Zachariasza - jak to stwierdziła Kaszubka, bardzo dobrzy patroni na ten czas zawieruchy i pytania o życie (podobnie zresztą jak również lubiani u nas w domu Sara i Abraham :)). Zwłaszcza o to, które pojawia się nieoczekiwanie i w dziwnym momencie. A Elżbieta z jakiegoś powodu ukrywała ciążę dość długo, choć pewnie bardzo się cieszyła. Ale która kobieta nie odczuwa lęku w tym stanie? I nie zadaje sobie trudnych pytań?

Ja szczerze mówiąc mam codziennie taki zawias, że szkoda gadać. I raczej dołki, niż wzloty :P Aura jesienna, kwarantanny i polityczne zawieruchy w tle nie pomagają. Chociaż czasem można znaleźć konkretne informacje, choć na dzisiejszą sytuację raczej niewygodne :P to jednak rozbijające schematyczne myślenie i zbiorową histerię.

Apropos ciąży i lęków, ale również radości, puścił mi się właśnie w tle filmik z Langusty. Generalnie lol, ja tu piszę, a tu mi Szustak w tle gada o tym samym :P

I coś na teraz, zwłaszcza dla mnie (kolejny filmik)... Jakoś tak jest, że w każdej ciąży jestem szczególnie kiepska na każdej płaszczyźnie, też tej duchowej. Robię różne głupoty i potem czuję się jak szmata. Ale może to tak ma być, że tylko na miłości Boga można się oprzeć, a nie na swojej sile. I to też jest dobre doświadczenie...

W sumie tak patrząc na to co się dzieje, to myślę sobie, że to jest w chrześcijaństwie fajne - że nawet bardzo trudny czas jest dobrym czasem. I nawet jeśli są różne kiepskie momenty, to gdzieś znika myślenie - "ooo, to był taki zły rok, tyle osób odeszło, tyle trudności mieliśmy!". No nie, każdy czas jest dobry, nawet ten trudny. Widocznie taki był potrzebny, żeby się czegoś nauczyć. Na przykład cierpliwości, także do samych siebie. I tego, że tak naprawdę wyżej swojego tyłka nie podskoczymy :P

Dla mnie to zawsze dobry moment, kiedy do mnie dotrze, że żadne ze mnie cudo, że szału nie ma i tylko Pan  Bóg może z tej mizerii zrobić coś dobrego. Taki uwalniający.

No ale wracając do głównego tematu ciążowej mizerii, to... Połowa za mną. Mdłości minęły, odliczanie w kalendarzu, kiedy będzie ten cholerny 16 tydzień i poprzednie posiłki nie będą mi się przypominać - też... 

Za mną stresik na usg połówkowym (łomatko, a jak coś wyjdzie i znowu się trzeba będzie kłócić z lekarzem, że nawet jak coś źle wygląda na ekranie, to ja nie mam zamiaru pozbywać się własnego dziecka?...). Na szczęście maluszek ładnie się prezentował, łebkiem i serduszkiem oraz pozostałymi częściami pracował jak trzeba i nie musiałam toczyć tej batalii, jak przy dziewczynkach (jedna miała brzydki obraz mózgu, a druga nerek). Choć nie wiem, czy to dobry znak, bo Gabryś i Rafał na usg wyglądali super, a przy porodzie niezłe cyrki były i start mieli trudny (może to dlatego do dziś mają słabsze zdrowie, niż siostry-rzepy?). To tyle w kwestii mojego zaufania do badań prenatalnych :P No, Michaś w sumie jakoś najspokojniej przeszedł ten czas... A nie, przypomniałam sobie - po prostu trafiłam na fajnego lekarza, który stwierdził, że wprawdzie coś tam (już nie pamiętam co) kiepsko wygląda i może wskazywać na trisomię, ale równie dobrze może nią nie być. I dodał, że mam być spokojna i nie czytać na ten temat w internetach, bo tylko się zestresuję niepotrzebnie. Łebski facet! Co się da leczyć, to się leczy, a czego nie da się przewidzieć, to lepiej zostawić i poczekać.

Potwierdziło się też to, że prawdopodobnie szósty dzidziuś to dziewczynka i mamy remis w ekipie :D Także ten, święta Anno prowadź... I Klaro, bo na drugie będzie chyba Klara... Zawsze lubiłam franciszkańskie klimaty :P i święte babeczki z charakterem.

Teraz czas bólu kręgosłupa, zgagi, gorszego oddechu, trudnych nocy i lęków przedporodowych :P Czy o czymś zapomniałam? Pewnie o pierdyliardzie rzeczy... Czyli - oby do marca! Kolejna ciąża mija szybciej, ale też jakoś coraz bardziej ją czuję jako rezygnację z siebie i takie umieranie, żeby ktoś inny mógł żyć. Może też z racji mojego coraz bardziej szacownego wieku :P i tego, że regeneruję się zdecydowanie wolniej, niż 11 lat temu przy pierworodnym.

Pomaga widok Marianki na instagramie Olki. Więc i szósta ciąża kiedyś się kończy... Dobrze wiedzieć. Marzy mi się ten czas... I ten poporodowy luz i ulga, że to już... I zdjęcia coraz większej gromadki, zachwycającej się maluszkiem... Uwielbiam to! To chyba najbardziej wzruszające momenty w naszych rodzinnych albumach - starsze rodzeństwo i noworodek, już w domu :) Nawet gdy było tylko dwoje pierwszych chłopaków, to jest chwytające za serce ujęcia Gabrysia trzymającego rączkę Rafałka. Tylko Gabryś jest pokrzywdzony, bo żadne rodzeństwo się nim nie zachwycało. A dziadkowie to nie to samo. Żart :P Chociaż coś w tym jest, że dzieciak pojawiający się w domu, gdzie czeka na niego stęsknione rodzeństwo, ma jakoś tak... fajnie :) Taki pakiet startowy, że becikowe i inne wyprawki to pikuś.

Co nie, Kaszubko? ;)

Także ten, czekamy... Kraków czeka na małą Aneczkę, a Pomorze na małego Kaszubka :D i to pomaga przetrwać ten trudny czas. Nadzieja na wiosnę i nowe życie :)

Btw. jeszcze kilka razy widziałam nad naszą rzeką wspomnianego już zimorodka ;) Taki błyszczący niebieski zwiastun czegoś dobrego... Ostatnim razem mnie nie zauważył i dość długo dał się podglądać na gałązce wiszącej nad wodą. Piękny jest <3

niedziela, 1 listopada 2020

Listopada czar i ukryci święci.

16.30, a za oknem ciemno.

Chyba muszę wygrzebać z szafki jakieś świeczki zapachowe i zacząć palić w latarence...

Cmentarze dziś zamknięte. Mnie to w sumie rybka, jakoś nie jestem przywiązana do konkretnych dat, idę zwykle okołolistopadowo... Plus minus miesiąc :P Może to moja chaotyczność. Chociaż mam wrażenie, że Pan Bóg też aż tak się nie certoli z kalendarzem. Chyba :D

Ważne, żeby za zmarłych się pomodlić i pamiętać. To, czy postawimy kwiatki i świeczkę teraz, czy za tydzień... Myślę, że to bez znaczenia. Chociaż bardzo lubię ten początek listopada i wspominanie świętych oraz wszystkich zmarłych.

Tak, poszanowanie tradycji u mnie leży i kwiczy :P

Dziś drugie urodziny mojego chrześniaka i to akurat bardzo ważna data ;) Swoją drogą bardzo fajny dzień na urodziny.

Do moich zostało dwadzieścia parę dni... 35 stuknie w tym roku.

W pokoju obok rumor, dziewczyny się kłócą o koraliki. A w kuchni czterej mężczyźni szykują deser. Słyszę, jak rozmawiają przy stole.

Za nami trudny tydzień. Ale miał też dobre momenty. Jak ten, w którym nieoczekiwanie dostałam maila-zimorodka ;) przywracającego nadzieję w ludzi. Oraz ten, w którym Krzysiek opowiadał o tym, że na luźnym spotkaniu w pracy rozmawiano o protestach - i okazało się, że da się porozumiewać bez agresji i spokojnie dogadać. Pocieszające było także to, że niektórzy pro-choice też byli zbulwersowani formą protestów. Fajnie, że w tej sprawie nie wszystko jest takie zero-jedynkowe, jak czasem pokazują media. Aczkolwiek to, czego słuchamy w radiu czy czytamy w necie jest mało pocieszające i nic dziwnego, że potem poziom agresji wzrasta. Wychodzi na to, że najlepiej się zdystansować do medialnych rewelacji i zacząć po prostu rozmawiać z ludźmi obok.

Apropos niusów internetowych, na onecie przeczytałam tytuł: Szustak nienawidzi Kościoła. Myślę sobie: no ładnie. Znaczy nie żebym go traktowała jako jakąś wyrocznię, bo nie znam księdza/zakonnika/czy patrząc szerzej w ogóle człowieka - który by nigdy nie chlapnął żadnej głupoty, przecież to nie jakiś bożek. Ale odpaliłam ostatnio to nagranie, w którym rzekomo mówi o nienawiści do Kościoła. Takie piękne słowa tam padają, tyle miłości do Boga, do człowieka, do Kościoła właśnie. Ja nie wiem, kim trzeba być, żeby to zinterpretować po onetowemu :P A potem jeden z drugim czyta tylko nagłówek i sobie myśli - aha, skoro nawet Szustak tak mówi, to ja też mam prawo...

Nie dziwię się, że ludzie mają wypaczony obraz Kościoła, skoro takie bzdety można przeczytać tak od ręki. A żeby dotrzeć do tego, jak jest naprawdę, to trzeba się dokopywać... Podobnie z rewelacjami, jakie się ukazują regularnie na temat papieża Franciszka. A potem się okazują błędami w tłumaczeniu z hiszpańskiego, albo zdaniami totalnie wyrwanymi z kontekstu.

Ile dystansu trzeba mieć, żeby nie zwariować. I jak bardzo odporny mózg, żeby jednak myśleć po swojemu i nie łykać tych wszystkich rewelacji jak młody pelikan.

Tak nawiasem mówiąc to nie jest tak, że wobec Kościoła jestem bezkrytyczna. Osobiście znam kilku proboszczów, których bliższe poznanie grozi całkowitą utratą wiary w Kościół i w człowieka w ogóle. Gdybym nie wiedziała, że najważniejszy jest Pan Bóg, a nie jakiś tam zapatrzony we własną kaskę i dobrą reputację proboszcz, to pewnie zbulwersowana po paru takich akcjach trzasnęłabym drzwiami i tyle by mnie widzieli.

Problem w tym, że w Kościele jest cała masa totalnych pacanów, ale też cała masa świętych. Przeczytać można głównie o tych pierwszych :P Za to drugich można spotkać. Wystarczy jeden i to już jak spotkać Chrystusa. Albo przynajmniej jego odblask. I to w całym tym bajzlu jest pocieszające.

środa, 28 października 2020

Zimorodek :)

(fot. z wikipedii)
Taki trudny czas. Żonglerka zajęciami. Gabryś siedzi pół dnia przed kompem nad lekcjami. Pozostali jeszcze jeżdżą, pytanie jak długo. Krzysiek też się zaszywa na 8 godzin z laptopem. Niby jest, a go nie ma. Za to cisza musi być, żeby im nie przeszkadzać. Pacyfikuję Miśka, próbuję jakoś ogarnąć system.

Gdzieś w żołądku supeł, bo jednak nerwy. Najchętniej wyjechałabym gdzieś do jakiejś chaty w lesie i schowała się tak na końcu świata w drzewach, żeby nie słuchać, nie patrzeć. Woda ze studni, piec opalany drewnem, zabawa z siekierą na pół dnia, żeby wyczyścić umysł. Ale są dzieci, mają szkołę, więc trzeba być i mieć oczy otwarte. Ech.

Dziś podczas spaceru z Miśkiem, gdy nagle nerwowym zygzakiem wymijałam pełznącą dżdżownicę, dotarło do mnie, że może w tym problem. Że dla mnie od zawsze było oczywiste, że żywemu trzeba pomóc, nie niszczyć. I tak jak podczas deszczu każdego napotkanego ślimaka przenosiłam w trawę będąc małą dziewczynką (jeśli tylko mam chwilkę, robię tak nadal), tak teraz gdy jestem dużą dziewczynką, dostaję mdłości na samą myśl o aborcji? Może to też jest tak, że jedni nie mają oporu przed utopieniem kociaka albo wyrzuceniem psa z pędzącego samochodu... A dla mnie pozbywanie się dziecka to trochę tak, jakby się dostało chomika na urodziny i nie chciało nim zająć. Więc zamiast oddać w dobre ręce, wrzuca się go do pełnej wanny razem z włączoną suszarką. Czy coś takiego.

No nie ogarniam tego wszystkiego. Profanacji kościołów też nie. To jakby podczas urodzinowego przyjęcia (no bo powiedzmy, że czymś tak uroczystym jest msza św.) kopniakiem rozwalić tort i napluć w twarz jubilatowi. Tak to odbieram. Przykro.

Ale tak na pocieszenie - pisałam nie raz, że na doła najbardziej pomaga mi przyroda i że często mam wrażenie, że Pan Bóg przemawia przez nią. No i wczoraj, gdy szłam po dzieciaki, nagle nad rzeką mignął mi niebieski kształt. Gigantyczny zmutowany koliber?! Nie, zimorodek :) Pierwszy raz w życiu widziałam. A dziś ujrzałam znowu. Pewnie ma blisko gniazdo. Tuż koło naszego domu! Nie dość, że pełno tu jeży i wiewiórek, że czasem sarny, że bażanty i bociany, a w pobliżu też bobry - to jeszcze zimorodek! Lubię naszą okolicę :D

I tak dzięki ślicznemu niebieskiemu ptaszkowi śmigającemu nad pobliską rzeczką, poczułam się przytulona. Co by się nie działo, świat pozostaje piękny i jest się czym zachwycać. Na szczęście!

niedziela, 25 października 2020

Jak na wojnie...

Trudna niedziela, wstęp do prawdopodobnie trudnego tygodnia...

Nagle informacje z różnych stron, od bliskich znajomych. Covid. Kwarantanna. Covid. Przeziębienie, może wirus, bo gorączka...

Ech. Blisko, blisko, coraz bliżej. Teraz to już nie żarty, tylko się pilnie obserwujemy.

W tle gdzieś tam informacje "z kraju i ze świata", których trudno uniknąć, nawet jeśli by się chciało tylko wejść na pocztę czy librusa. Bardzo boli poziom agresji i wulgaryzmów, niby w światłym celu ("wolność"!), a tak naprawę obawiam się, że to wszystko pic na wodę i bitwa o skrobankę na życzenie.

Z jednej strony jest mocna nadzieja, że Bóg jak zwykle z tego bajzlu wyprowadzi jakieś dobro. Z drugiej normalny i nieusuwalny strach o dzieci. Bo w jakim popyrtanym świecie przyjdzie im dorastać, żyć? W takim, gdzie szczytem heroizmu jest walka o możliwość zabicia chorego i bezbronnego?

Coraz bardziej tęsknię za światem, w którym moralność znów byłaby modna (o dziwo to nawiązanie do cytatu z ostatniej części "Bridget Jones", który utkwił mi mocno w głowie, bo główna bohaterka jest w ciąży właśnie... i mówi te słowa z myślą o swoim dziecku).

I tak, nie mieszkam na księżycu, więc znam na pamięć te wszystkie argumenty "za aborcją". Nie przemawiają do mnie wcale, jako do kobiety i matki. Wiara ma dla mnie ogromne znaczenie, ale w tym wypadku chodzi o coś więcej. Prostą intuicję, że człowieka się nie zabija, nawet jeśli jest kłopotliwy czy niepotrzebny. Bo jego życie też ma wartość, mimo że jest wypełnione bólem i niezrozumieniem.

I chociaż mi pewnie aborcja by nie groziła, bo w życiu płodowym byłam zdrowa :P to jednak wiem, jak to jest być chorym dzieckiem, które nie wierzy, że dorosłe życie spędzi jak inni ludzie i myśli, że rzeczywistość będzie się ograniczać do szpitali i igieł. Takim, które czuje się gorsze i w głowie ma nieusuwalną myśl, że swoim istnieniem niszczy życie swojej mamie. To życie, które teraz prowadzę, to naprawdę niespodzianka i dowód, że czasem się z pewnych rzeczy wychodzi (mam za co być wdzięczna). Ale nawet jeśli by się nie wyszło, można być szczęśliwym, jeśli ma się kogoś bliskiego obok. Można też być całkiem zdrowym, a w środku sfrustrowanym, zagubionym i bez celu. Tu nie ma reguły.

Tak mi się pisze, żeby to z siebie wyrzucić, dla równowagi :P Niezależnie od obowiązującego prawa, wyborów dokonujemy cały czas - i nie wszystkie są dobre.

W środku czuję ruchy malucha. Mam nadzieję, że w tym wszystkim nie przejdzie na niego napięcie, strach, niepewność... Że będzie się karmić głównie miłością i nadzieją, przez pępowinę i przez cieniutką skórkę - do głowy i serca.

Nawet jeśli ma taką mamę, jaką ma, zmartwioną i niepewną, pełną egoizmu i całej tej bryndzy, którą się brzydzę. Nie trzeba być herosem, żeby starać się wybierać dobro, mimo swoich braków, złości i durnych myśli we łbie.

A teraz zaczynamy nowy tydzień... Pewnie nie będę mieć czasu, żeby tu zaglądać, bo będzie więcej zabiegania niż zwykle. I nie gniewajcie się, ale w związku z tym zawieszam na jakiś czas pisanie i komentowanie tutaj, bo nie chcę po powrocie zastać gorących dyskusji czy słów, których nie mam ochoty czytać. Wybaczcie, ale to nie pudelek, tylko jakby kawałek mojego domu i nie każdego mam zamiar wpuszczać (to zależy od jego zachowania :P). Nie piszę pod adresem ostatnich komentujących, ale biorąc pod uwagę co się dzieje i na jakim poziomie są prowadzone "dyskusje" w różnych miejscach - wolę zamknąć bramkę już teraz, bo nie wiadomo, kto mnie nawiedzi i w jaki sposób zechce uświadomić.

Trzymajcie się ciepło... Ponoć we wtorek może być nawet 20 stopni :P A ja kupiłam wczoraj wszystkim zimowe buty. Tiaaa. I to by było na tyle.

piątek, 23 października 2020

Z dnia na dzień. Lajf.

I dotarliśmy do piątku. Starszaki zaraz wrócą do domu.

Od poniedziałku Gabryś na co najmniej 2 tygodnie przechodzi na nauczanie zdalne. Słabo to widzę, ale dobrze, że tylko on jeden i kolejek do kompa może nie będzie...

Sytuacja wirusowa coraz trudniejsza. W ogóle żyjemy już tak z dnia na dzień, prawie nie planując, bo po co.

Zupełnie inna ta jesień, niż ta zeszłoroczna.

Za niecałe dwa tygodnie mam usg połówkowe. Z jednej strony się cieszę, że zobaczę buźkę tego maluszka, który wierzga w środku coraz mocniej. Z drugiej jak zwykle obawa, czy zdrowe. I nie żebym bała się choroby, choć wiadomo - każda mama chce, by dziecko było zdrowe. Boję się jak zwykle reakcji lekarzy na widok czegoś, co na usg się nie spodoba. Przerabiałam to już tyle razy i tyle razy musiałam tłumaczyć, że będzie jak ma być i nie mam zamiaru nic "z tym robić". Badania prenatalne mają dla mnie sens tylko wtedy, gdy można dziecko ratować, a nie szukać sposobu na pozbycie się go. A podczas każdej ciąży coś we mnie umiera, gdy słucham o tym, że mogłabym zabić swojego malucha.

Czy tym razem będzie inaczej i zacznie się zmieniać ta chora mentalność i traktowanie kogoś, kto jeszcze nie wrzaśnie, bo ma buzię zanurzoną w wodach płodowych, jak przedmiotu? Pewnie nie. Ale marzy mi się czas, w którym oczywiste będzie zarówno traktowanie kobiet z szacunkiem, jak i myślenie o dziecku nienarodzonym jako o dziecku właśnie, a nie płodzie, który można załatwić, gdy nie spełnia oczekiwań. Mentalność można zmieniać, choć trzeba na to czasu... Kiedyś nie do pomyślenia było, by traktować na równi osoby o innym kolorze skóry, czy dać kobietom prawa wyborcze (na samą myśl o tym szlag mnie trafia, a było to nie tak dawno przecież). Kto wie, może przyjdzie czas...

Na razie jedyne, co mogę zrobić, to nosić własne dzieci. I potem uczyć ich szacunku do drugiej osoby, nieważne czy jest zdrowa, czy nie. I czy się nam podoba, czy nie.

Swoją drogą czekam teraz na jakieś rozsądne rozwiązania ze strony rządu, mające na celu pomoc chorym dzieciom i ich rodzinom. Jak się powiedziało "A", to potem wypadałoby zabeczeć :P a nie zostawiać ludzi na lodzie w trudnej sytuacji. Inaczej to nie ma sensu.

Co poza tym...

Jestem senna i zmęczona, ale w sumie to norma w tym momencie. Staram się nie zwracać uwagi na wyrzuty sumienia i dbać o siebie. Yhm, od razu widać, że nie jestem mężczyzną, oni nie mają z tego powodu wyrzutów sumienia :P

Rozwalił mnie ostatnio tekst jednej starej lekarki, która wypisywała mi receptę na maść na infekcję skórną dłoni i nagle zupełnie bez związku rzuciła: "Proszę męża za bardzo nie chwalić i nie słodzić, obrośnie taki w piórka i potem wie pani, co się dzieje...". Zaczęłam się śmiać, a potem zastanawiać, jakie ona miała doświadczenia, że tak mówi. Biedna. Matko, jak mnie wkurzają tacy nie szanujący kobiet faceci.

No i w ogóle wiele rzeczy mnie denerwuje, ech hormony... I wszystko przeżywam jeszcze mocniej. Jakbym i tak nie miała wysokiej wrażliwości na co dzień w pakiecie. Pff.

Przed nami weekend, obyśmy odpoczęli. Paaa...

niedziela, 18 października 2020

Kuchnia w domu hobbitów.

Niedziela. Ponad połowa października za nami. Jeszcze trochę i będzie listopad... Czyli w sumie spoko. Wszystkich Świętych. Zaduszki. Wizyta na cmentarzu pełnym kwiatów i migoczących światełek. Oczywiście w tym roku pójdę innego dnia, żeby uniknąć tłumów. Zresztą już nie raz to robiłam, nie tylko w pandemicznej atmosferze.

A potem odliczanie do moich urodzin i adwentu :) Paradoksalnie mimo mojego uwielbienia dla wiosny i lata, listopad bardzo lubię - za to oczekiwanie. I za to, że zaczyna powoli pachnieć świętami i zimą.

Na razie leniwy weekend. Po deszczowym tygodniu nadal ponuro i szaro za oknem. Tylko dziś rano przebłysk światła i błękitne niebo, aż miło było popatrzeć... Niestety na krótko. Teraz znowu buro. Mszę pewnie "odpalimy" online... Żeby siebie ani nikogo innego nie zarazić. Nie lubię tego i wolę być w kościele osobiście (zwłaszcza ze względu na moment przyjęcia komunii), ale w tym momencie nie ma co świrować. Kąpiele w wodzie święconej zostawiamy wariatom :P

Ponieważ nigdzie nie wychodzimy, siedzimy w kuchni i eksperymentujemy. Jesteśmy już po obiedzie (chaczapuri gruzińskie), panowie tradycyjnie pracują nad deserem. Taki nasz domowy zwyczaj, że ja ogarniam rzeczy "na ostro", a Krzysiek z dzieciakami "na słodko". W fazie produkcji - z tego co słyszę - właśnie jest Pawłowa. Beza znaczy, czy też tort. Jak zwał, tak zwał :P

Aczkolwiek wczoraj zastanawiając się, co zrobić z tonami jabłek i gruszek (dostaliśmy siatkę od mojej mamy, drugą od teściowej, a tak się złożyło że tuż przed tym Krzysiek kupił cały wór jabłek o smaku gruszkowym, specjalnie dla mnie...), sama też zrobiłam coś słodkiego. Ofkors już po tym, jak uraczyłam wszystkich kurczakiem curry na miodzie,  z sypkim ryżem.

Przejrzałam jedną z moich ulubionych książek "domowo-kuchennych", czyli "Lawendowy Dom" Beaty Lipov. I znalazłam przepis na jabłuszka w polewie karmelowej. Ja zrobiłam jabłka i gruszki w polewie podobnej (zawsze muszę coś zrobić "po mojemu", jakoś tak mam), choć dodałam miód i przyprawę do piernika. Ależ pachniało w kuchni! Gruszki zniknęły od razu, jabłka trochę wolniej. A Michaś zadbał, by wszystko kleiło się od syropu :P Mimo kilkakrotnego mycia mam wrażenie, że w paru miejscach dalej jest nieco lepko. Cóż, lajf... Nasze mieszkanie nie nadaje się na instagrama. Dlatego wolę pisać :D Domowe katastrofy opisane brzmią zabawnie, lecz na zdjęciach prezentują się kiepsko. Natomiast jabłuszka w polewie polecam na jesienne wieczory, bardzo. Do tego przydałoby się jakieś wino grzane z goździkiem i pomarańczą, no ale. Po raz szósty w życiu mam fazę ostrej abstynencji.

Tak sobie myślę, że choć lubię spędzać czas w sypialni (szerokie łóżko idealne do czytania książek, wspólnego oglądania filmów... i innych form relaksu :P) czy dużym pokoju, to jednak kuchnia ma w sobie to coś. I chociaż tam nie mam się gdzie położyć (a szkoda!), to jednak czuję się dobrze siedząc przy naszym poobijanym, mocno zużytym stole z kubkiem czegoś ciepłego i pachnącego, patrząc przez okno na latające pod naszym orzechem sikorki, sójki i synogarlice. Oraz koty sąsiada, chowające się w stodole przed deszczem. Takie klimaty.

W ogóle mam wrażenie, że gdy tylko możemy, to ciągle coś jemy :P Jak hobbici. A zmywarka chodzi prawie bez przerwy.

poniedziałek, 12 października 2020

Ziiimno...

Zimny, deszczowy poniedziałek.

Rano info, znajoma ma covida. Objawy chyba nie najgorsze, ale i tak zonk, bo wiem, ze uważała bardzo. Wkurza mnie, że wiele osób nie wierzących w pandemię pewnie wyjdzie bez szwanku, a ci co podchodzą serio, bo mają powody, by się bać (inne choroby), oberwą. 

I covid coraz bliżej... Mam wrażenie, że w końcu nas to czeka. Czy się boję? Trochę tak, bo astma, bo ciąża. Najbardziej jednak o rodziców i dziadków. Swojej babci nie widziałam od wiosny, bo się boi i żyje odcięta, z ciocią tylko. Bez względu na to, jak się ta pandemia skończy, tego czasu już nie nadrobimy. Dzieci też tracą chwile, które mogłyby spędzać z prababcią, póki ją mają.

Dziś miałam wizytę u ginki. Muszę się umówić na połówkowe. Każda kolejna ciąża leci szybciej, już prawie połowa... A dopiero co się dziwiłam, że mamy kolejnego dzidziusia :) Wracając zmokłam i zmarzłam, choć ubrałam się ciepło i wygrzebałam z szafy płaszcz, szalik i czapkę. Brrr...

Widziałam ostatnio coś, co mnie dobiło :P Najpierw kasztan, potem jabłoń. Większa część drzewa w żółtych liściach, smętnie zwisających już ku dołowi. A kilka gałęzi - z pączkami i w kwiatach! Padłam... To jakby mi ktoś pokazał czekoladki przez szybę i powiedział, że dostanę je już za pół roku :P No wielkie dzięki...

Dość kosmiczne uczucie, zobaczyć taki kawałek wiosny w środku jesieni. Jakbym odkryła tunel w czasie, albo jakieś zakrzywienie. No ale można tylko popatrzeć, przenieść się nie da.

My musimy cierpliwie przetuptać przez te ciemne miesiące... Do świąt... Jakie będą w tym roku? Czy takie, jak spędzona w domu Wielkanoc? Jaka będzie wiosna?

Jeszcze rok temu w życiu bym nie pomyślała, że tak to się ułoży. A teraz trochę jak na wojnie, człowiek zaczyna się przyzwyczajać. Znów maski na ulicy, znów godziny dla seniorów. Jak długo pociągną szkoły? Liczę na to, że jak najdłużej, bo edukacja w domu słabo nam idzie.

 Włączyłam dziś piecyk, pierwszy raz w sezonie.

środa, 7 października 2020

Katar, szarość i światełko - ruchy maluszka.

No to się porobiło...

Październik. Niby słońce czasem. ALE...

Kasztany opadły. Orzechów brak. Liście garściami lecą na podwórko. Robi się szarawo.

Brrr!

Pod koniec zeszłego tygodnia Rafcio i Misiek wstali z katarem. Jest do dziś. W niedzielę złapałam ja z Gabrysiem. Przemarzliśmy wracając z kościoła. Pewnie powinnam pomstować "jak to, Panie Boże, ja tu na mszę, a ty mi katar?!", ale nic takiego nie chodzi mi po głowie. Nie żebym była nie wiem jak nawrócona, ale takie teksty nigdy nie były w moim stylu. Zamiast tego - złośliwości wobec bliźnich, na pęczki. Niestety :P To tak, gdyby ktoś doszukiwał się aureoli na mej siwiejącej już skroni :P nie ma jej. A tak na serio to Pan Bóg nie jest złośliwy i kataru nigdy nie zsyła, a na jesień cudów nie ma. Przechodzimy to co roku. 

Pisałam już, że nie lubię jesieni? Jak to pisałam, wiele razy, każdego roku? No nie wierzę, że się tak powtarzam :P

Siedzę, smarkam w chustkę i czytam maile o upominkach dla wychowawców. W jednej grupie sama będę musiała ogarnąć temat. Tzn. nie sama, ale ja między innymi. Z trzema innymi osobami :P w tym moim mężem, zajętym pracą, strychem itede. Aaaa...

Mieliśmy mieć już ogarnięty remont poddasza, ale nie mamy. Ekipa, którą mieliśmy nagraną, nie daje oznak życia. Albo covid ich posłał do piachu, albo stało się to, co przydarzyło się też wielu innym naszym znajomym i teraz musimy szukać innej ekipy. Bo ta nas po prostu olała.

Co poza tym... Coraz częściej czuję w środku łaskotanie, jakby skrzydła motyla. Maluszek rośnie i się rusza :) W przyszłym tygodniu mam wizytę i pewnie potem będę się umawiać na połówkowe. Czyli jak zawsze stres, chyba największy poza oczekiwaniem na poród (aaaaa!) i czekaniem na pierwsze usg ("Czy serce bije?! I czy (błagam!) widać tylko jedno??? To na pewno 500 plus, a nie 1000 plus, prawda?!").

Z tego, co widzę, Olka jeszcze czeka, tradycyjnie po terminie... Szóste dziecko, pierwsza córka! To dopiero emocje!!! A pamiętam, jak się wkurzała, gdy urodziłam Elkę, a u nich pojawił się kolejny syn,  Kazio (nawiasem mówiąc ulubieniec Eli) xD

Ja pewnie do terminu jak zwykle nie dojadę... Oby do marca w ogóle dotrwać, będzie sukces.

I czy będzie córka? Niby byłaby trzecia, ale emocje nie mniejsze. Zwłaszcza, że w myślach zaczęłam już do niej (niego?) mówić "Anusiu". Byłoby głupio, gdybym zwracała się tak do syna. I jak mam go wtedy nazwać? Joachim (mąż św. Anny)??? Niby Badeni też był spoko, no ale... :P Nie mam parcia na AŻ TAK oryginalne imiona biblijne. Te podstawowe bardziej mi leżą :) I wisi mi, czy znajdę to imię w rankingu najczęściej nadawanego imienia roku :P Choć teraz na topie to raczej Hanie chyba są, nie Anie. Ale może się mylę.

To dobre imię. I jak je widzę, to mam ten dreszczyk, który czuję też przy pozostałych imionach dzieci. Takie przeświadczenie, że to "moje" imię :)

Dwie inne znajome rodzą w grudniu. A ja i Kaszubka będziemy się bujać do późnego przedwiośnia (ja może wiosny?). Ale połowa już prawie za nami.

Dziś pomyślałam po raz pierwszy o wiośnie. Że może znowu będzie ten miodowy zapach kwiatów, spacer w kwietniowym słońcu, mała buzia wystająca z kombinezonu w wózku... Że pewnie się doczekam tego przedsionka nieba, jak zwykle, choć teraz mi szaro, smutno i źle... Nie, nie mam depresji ciążowej. Po prostu mam październik :P A październik w ciąży to już w ogóle gwóźdź do trumny, w moim przypadku.

Muszę przeczekać. Książki, herbatki, codzienne sprawy... Zleci.

Misiek właśnie łaskocze mnie w bok i zasypia. Chłopcy rozmawiają za ścianą. Dziś tak fajnie się przytulali we trójkę, aż im sesję zdjęciową zrobiłam - braterskie klimaty :) Dziewczynki już chyba posnęły. O nich wszystkich też się martwiłam, gdy byli w środku. A teraz ich słyszę i czuję, bez nich byłoby pusto. Trzeba iść małymi kroczkami do przodu.

Buziaki!

Mama szóstki, tęskniąca już za wiosną...

czwartek, 1 października 2020

Anielsko.

Tak mi się przypomniały stare dobre nuty... Może przez tą jesień i tęsknotę za górami. Po całym tygodniu deszczu pojawił się żal za wakacjami i latem.

A tu październik się zaczął. Jeden z moich najbardziej nieulubionych miesięcy :P To chyba jedyny punkt, w którym nie zgadzam się z Anią z Zielonego Wzgórza, wielbicielką października. Ja tam nie ogarniam, po co Pan Bóg go stwarzał. Chyba tylko po to, żebym się dołowała, że nie jest to przypominający jeszcze lato wrzesień, a do wiosny taki szmat czasu...

Ech.

Whatever, nie ma czasu na narzekanie. Młynek się obraca. Ela ma nowe zadania w zerówce. Rafał zaczął nosić okulary (super w nich wygląda ^^). Ja odliczam czasu do zniknięcia mdłości :P To już chyba niedługo, mam nadzieję? Prawda???

Imieniny chłopców za nami. Jutro święto aniołów stróżów. Też lubimy. W ogóle jakoś maryjne (okej, plusem października jest różaniec :P czyli jednak jest jakiś plus, jak zawsze) i anielskie święta są nam bliskie szczególnie, sama nie wiem czemu tak. To się czuje po prostu. No i św. Józef. Ciekawe, czy maluch poczeka z przyjściem na świat do jego święta...

To Elka ostatnio bardzo się po religii przejęła swoim aniołem i potem wieczorem się modliła, żeby każdy słuchał swojego anioła stróża. Dzieciaki kumają w lot to, do czego dorośli nie raz nie mogą dojść latami. Nie wiem, gdzie się potem podziewa ta intuicja. Oby przetrwała mimo wszystko...

A Sara przyniosła kilka pokolorowanych obrazków z aniołem. Chyba tak wyszło przez przypadek (yhm, sure), ale mi jakoś raźniej, gdy wiem, że oni są z nami, choć ich nie widać.

Kupiłam chłopcom ostatni tom serii "8+2". Też przeczytałam. Piękny :) Gabrysiowi też się bardzo spodobał. Rafał jeszcze nie przeczytał. To z pierworodnym wyrywam sobie książki :P I rozmawiam o metodach malowania pejzaży. Taka wrażliwość jaką mamy to błogosławieństwo i przekleństwo, martwię się i jestem dumna jednocześnie... Ale czy chciałabym, żeby był inny? Nie.

Każde z nich jest takie, jakie ma być. I kropka.

Rafał zaimponował mi ostatnio tym, gdy podszedł do starszej pani, która wywróciła się o kulach i zapytał, czy wszystko dobrze i czy może pomóc. Szłam już w tamtą stronę i widziałam zdziwienie w jej oczach, bo zabrzmiało to tak dojrzale...

A Elka nieraz się buntuje, po czym jakoś mimochodem robi dużo dobrego. Tu pas siostrze zapnie w aucie, tu zajmie się Michasiem.
 
Sara, żeby zrobić mi przyjemność, w sobotę wysprzątała dokładnie okolice swojego łóżka - choć zazwyczaj ciężko ją do tego zagonić.

I tak mogłabym pisać i pisać... Zawsze mnie wzrusza, gdy widzę w nich takie przebłyski dobra. Bo tak normalnie, to wiadomo - wrzaski, kłótnie, niechęć do sprzątania i inne zagwozdki rodzica :P Czyli standard.

piątek, 25 września 2020

Imieninowo, książkowo... Koniec września.

I dobrnęliśmy do kolejnego piątku. Przed nami weekend. I chyba niedzielne świętowanie imienin chłopaków, bo właśnie dotarło do mnie, że to już :) Przyszło mi do głowy, żeby zrobić tort i jakoś go anielsko ozdobić, a co! Takie nasze rodzinne święto.

Dość szybko po tym imieninki Sary (9 października) i Eli (5 listopada). Jakoś tak jesiennie nam wyszły imieniny dzieci, w odróżnieniu od wiosennych urodzin :P Ciekawe, kiedy będzie świętował Maluszek... To jeszcze zagadka. Choć jeśli jest dziewczynką, to oczywiście - 26 lipca. I też będzie zabawnie, bo 25 lipca są imieniny Krzyśka, a 27 - moje. Byłoby super :D No ale zobaczymy, jak to wyjdzie. Na imię dla chłopca jakoś nie mamy pomysłu. Jak jednemu z nas się coś podoba, to drugiemu nie. Nic to, poczekamy, najwyżej będziemy myśleć szybko na wiosnę :P

Mdło mi dalej. Najgorzej wieczorami. Dużo czytam, żeby nie myśleć o tym. 

Ostatnio sobie kupiłam przy okazji zamawiania zaległych podręczników dla chłopaków "Niemożliwy manuskrypt" Agnieszki Grzelak. Wydanie piękne, aż się nie mogłam powstrzymać przed głaskaniem okładki :P Myślałam, że mi zejdzie na nią kilka miłych wieczorów. A tu lipa. Tak mnie wciągnęła, że siedziałam cały dzień od rana... i skończyłam po południu. Niby ponad 400 stron, ale jak wessie, to nie puści ;) Bardzo polecam. Fantastyka, ale dość nietypowa i intrygująca (i dobrze, bo "ograną" fantastyką już jestem szczerze zmęczona, a jakoś dużo jej wychodzi ostatnimi czasy). Ma klimat.

Co poza tym... Michaś na suwaczku ma już rok i 7 miesięcy. Ech. Dokładnie pół roku temu stawiał pierwsze kroki. A teraz śmiga jak torpeda. Wszędzie włazi. Ma fazę na naśladowanie. Tyle że nie naśladuje mowy (Sara w tym wieku papugowała każe słowo), ale gesty. Wydmuchuję nos? On robi to samo, w dodatku genialnie oddaje ruchy. Coś się wylało? Już wie, co ma zrobić, leci po szmatkę i ściera. Rozkręca tacie narzędzie. Próbuje używać komputera. Rozładowuje zmywarkę - bardzo profesjonalnie ;) Sam odstawia talerze i kubki do zlewu po posiłku, a po spacerze daje buty na półkę. Mało tego, zanosi też to, co zostawiło starsze rodzeństwo :P Taka pomoc! A jak już wszystko ogarnie, biegnie z rozłożonymi rączkami, żeby wpaść komuś w ramiona na przytulasa ;) Jak się nie schylisz, to będzie obejmował kolana, też nie problem.

A starszaki dzielnie wstają rano, jak na razie bez marudzenia. Sami się ubierają (no, trochę pomagam Sarze), robią sobie śniadanie, przygotowują prowiant do śniadaniówek. Mam czas się ogarnąć przed wyjściem i nawet coś zjeść czasem w locie. Nie jest źle. Jakoś zleciał ten pierwszy miesiąc - na początku było ciężko, teraz już przywykamy. Po powrocie odrabianie zadań, nawet nie muszę przypominać. Tylko te wieczory coraz dłuższe i chłodniejsze dni... Jeszcze kwiaty kwitną w ogrodach, więc mi tak nie żal, ale jak przekwitną i zwiędną, zmrożone - będzie szkoda...

I oglądam już marcinki, zwane przeze mnie uparcie michałkami. Jakoś mi bardziej ta nazwa pasuje. Śliczne, fioletowe michałki. Bo na Michała kwitną, we wrześniu, no! Przynajmniej u nas. W Krakowie wszystko zakwita szybciej.

(zdjęcie ze strony Zielony Ogródek)

czwartek, 17 września 2020

Zapachy jesieni.

Kochani, bardzo Wam dziękuję za wszystkie dobre słowa pod ostatnią notką!!! :))

Ani się obejrzałam, a tu już połowa września za nami. Zaraz się zacznie kalendarzowa jesień. Choć tak po prawdzie to mimo ciepła jesień już jest, w zapachach, kolorach, porannych mgłach i miodowym blasku słońca. Lato minęło, sama nie wiem kiedy.

Rano odprowadzam dzieci, robię zakupy na śniadanie. Potem powoli szykujemy sobie jedzonko z obudzonym Michałkiem. Jakoś tak automatycznie zaczęłam do kawy dodawać cynamon, a do herbaty miód. Moje stałe jesienne dodatki, żeby pachniało rano i dodawało otuchy. A że mam teraz fazę na ciepłe śniadanka, to szykuję rano zapiekanki z bagietek, tosty albo pizzerinki. I w kuchni mieszają się zapachy i jest tak swojsko i domowo. Z obiadami też ostatnio szaleję, bo mam potrzebę nowych smaków.

Jest trochę stresów szkolno-przedszkolnych. Cóż, taki rok. No i nie chcę wchodzić w szczegóły, ale za pewne rzeczy jesteśmy odpowiedzialni, pewne sprawy trzeba dograć... Poza tym Gabryś zaczął czwartą klasę, to duży przeskok po edukacji wczesnoszkolnej i oczywiście mam obawy, jak sobie będzie radził. Nie mówię mu tego oczywiście, ale w środku cała jestem spięta :P Rafcio w tym roku chyba będzie się przygotowywał do komunii. Ela zaczęła zerówkę, ma swoją ławkę, piórnik z przyborami, niedługo zacznie mieć zadania domowe. Sarunia ma salę na drugim piętrze, więc jest wyzwanie - wchodzenie po schodach. Musiała przywyknąć. Nie ma też leżakowania, które jest tylko w grupie trzylatków. Ale fajne jest to, że jest na jednym poziomie z Elką, tylko po dwóch stronach schodów. Łatwo je odprowadzać do szatni, bo wieszaczki mają przy salach. No i taka się czuje duża Sara, że już nie jest w najmłodszej grupie :)

A Michaś zostaje sam w domu i dzięki temu mam dla niego trochę więcej czasu. I dla siebie samej. Ogarniam sobie różne rzeczy, ale bez spiny. Ze względu na swój stan, gdy mam na to ochotę - ucinam sobie drzemkę razem z Miśkiem w ciągu dnia. To jednak teraz ważne, żeby się nie wykończyć. I żeby mieć czas na przytulanie, łaskotki i zabawy z Michasiem. Taki przytulas z niego, że szok :) Na rodzeństwo też się rzuca i tuli z całej siły. Mam nadzieję, że na młodszym maluchu nie zastosuje swojego misiowego chwytu :P

Najmłodszy dzidziuś sobie rośnie cicho w środku, mam nadzieję zdrowo. Czytam sobie od czasu do czasu, jak to się człowieczek zmienia w kolejnych tygodniach ciąży. Na przykład TU. Nie mogę się doczekać pierwszych ruchów...

Waga już mi skoczyła do przodu, ale zawsze tak mam na początku, że najbardziej tyję, przez to podjadanie i mdłości. Potem jest lepiej. No i w szóstej ciąży brzuch jest widoczny dość szybko, nie tak jak w pierwszej czy nawet drugiej. Nic to, za pół roku się wezmę za siebie i jakoś wrócę do formy. Na pewno zostanie jakaś oponka, no ale coś za coś.

I tak to leci... Czasem dołek, czasem śmiech. Hormony robią swoje. Niedługo wejdziemy w głęboką jesień, pachnącą słodko opadłymi liśćmi. Kasztany i orzechy już się sypią. I tak jak pisała Kaszubka w ostatniej notce, trudno nie myśleć o przemijaniu... Ale też nie da się nie dziękować za te chwile, które mamy. Bo ileż tych jesieni z dziećmi już za nami. A tu kolejny raz pakuję żołędzie do wózka, kolejnemu dziecku pokazuję kwitnące nawłocie. I zastanawiam się, jaka jesień będzie za rok. Jeśli wszystko dobrze pójdzie, będzie wtedy przy nas półroczny maluszek, siedzący już i ciekawy świata.

Nigdzie nam się nie spieszy.

<3

piątek, 11 września 2020

Dobra nowina...

 ... na ten moment jest taka, że jest nas więcej. O jedną małą istotkę, która uparcie rośnie, by nie być mała. Na usg wyszło, że na razie rozwija się dobrze. I prawdopodobnie jest dziewczynką ;)

To ostatnie ucieszyło mnie szczerze i mam nadzieję, że na kolejnym usg połówkowym nie zobaczę jednak małego siusiaka. Nie żebym nie chciała kolejnego chłopca... Ale co powiedzą dziewczyny, jeśli zamiast remisu okaże się, że są w mniejszości? Łomatko... Nawet nie chcę myśleć :P

Także ten. Powoli oswajamy się ze szkolną rzeczywistością w wersji covid. I czekamy, co przyniesie ten rok szkolny. Wraz z nadejściem wiosny, tak dla odmiany, przyleci do nas bociek ;)

A tak tęskniłam tego lata za dzidziusiem! I wytęskniłam, kurka wodna. Głowa mówiła, że jeszcze nie czas, ale serce wiedziało swoje. I reszta ciała najwyraźniej też, bo cykl się rozjechał, choć zawsze był regularny. I pojawiła się niespodzianka. 

I bardzo dobrze, bo sama z siebie bym się chyba nie zdecydowała teraz, tylko później. A i dla Michałka i dla maluszka tak będzie lepiej i będą mogli bawić się razem. Bo tak to chłopcy bawią się razem, dziewczyny razem, a Misiek taki beniaminek, bez pary. Nawet jeśli będzie miał siostrę,a nie brata, to mniejsza różnica wieku dobrze zrobi i też będą mieć siebie do towarzystwa.

Dzieciaki są w euforii i codziennie pytają o dzidziusia. My też się cieszymy.

Ja po cichu się zastanawiam, czy to nie ostatni raz... Bo już 35 lat stuknie w tym roku, bo usg genetyczne pierwszy raz za darmo :P i ja zaczynam się czuć jakoś tak bardziej niż mniej dojrzale :P Ale no. Na razie jest teraz, nie ma co gdybać. I dobrze jest. Najlepiej jak być mogło.

I nawet kręgosłup i inne dolegliwości jakoś ucichły.

Albo zostały przyćmione przez mdłości... Ale co tam, grunt to myśleć pozytywnie. Inaczej można by zwariować :P

No i towarzystwo mamy wspaniałe w zmaganiach, bo mój maluch tylko dwa tygodnie z hakiem młodszy od małego Kaszubiątka.

Buziaki!

Mama szóstki.

sobota, 5 września 2020

Początki.

I zaczęliśmy...

Z przygodami.

Takimi jak na przykład uderzenie się Elki w głowę i wizyta na SORze, z tomografią gratis. Na szczęście mimo niepokojących objawów wyniki badań były dobre. Ale co się najadłam strachu to moje.

Chłopcy wystartowali z poślizgiem. Rafał musiał doleczyć katar. A Gabrysiowy katar zszedł w oskrzela i potrzebny był antybiotyk. Pewnie nie doszłoby do tego, gdyby łatwiej było dostać się do lekarza. A tak, to dzięki pandemii jesteśmy prawie odcięci. Dzwonić sobie można do przychodni cały dzień, ale dodzwonić się trudniej :P Ech.

Sara dzielnie wstaje rano i chętnie chodzi do przedszkola. Ela o dziwo też na razie nie marudzi, choć jej zawsze trudniej się obudzić. Same robią sobie śniadanie. Takie mam już duże dziewczynki ;)

Jeśli dobrze pójdzie, to w poniedziałek zostanę tylko z Michałkiem. Pewnie będzie w ciężkim szoku, sam w domu :P Już i tak się cieszył jak szalony, gdy pozostali wracali i można było się bawić w komplecie.

Na szczęście nauczyciele w naszych placówkach starają się, by mimo różnych zakazów dzieci mogły funkcjonować w miarę normalnie. I dobrze, bo widziałam już w ostatnim czasie parę dzieciaków z zaburzeniami lękowymi. Atak paniki na widok skupiska ludzi i strach przed wirusem to raczej kiepski objaw u dzieci. Jednak dobrze z jednej strony zachować ostrożność, z a drugiej nie przerzucać swoich lęków na dzieci.

I tak... Weekend. Odpoczywamy i ogarniamy dom.

Jestem zmęczona :P

środa, 26 sierpnia 2020

Koniec wakacji...

Nadeszły ostatnie sierpniowe dni. W powietrzu dalej czuć lato, dojrzałe już i słodkie. Takie z coraz ciemniejszymi liśćmi, które przy porywach wiatru zaczynają już opadać.

Jest oczywiste, że niedługo przyjdzie jesień. Szkoda mi, jak zwykle...

Z drugiej strony cieszę się, że dzieciaki pójdą do szkoły i przedszkola, że zobaczą kolegów i koleżanki. Pewnie, to będzie dziwny rok i nie wiadomo, jak się potoczy. Ale na razie placówki są otwarte. Nie dla rodziców, ale to już przerabialiśmy w czerwcu. Mam zaufanie do nauczycieli, więc jestem spokojna, a dzieci też czują się bezpiecznie i nie potrzebują odprowadzania do szatni :) Bo gdzie indziej, to nie wiem jak by to było...

Większość zeszytów, piórników, kredek itp. już kupiona. Jeszcze "tylko" buty na zmianę dla całej czwórki. I stroje na w-f. Takie tam. Kolejna dziura w portfelu, a przed nami jeszcze inne duże wydatki związane z wykończeniem poddasza. Ech.

Za oknem przeszła właśnie burza z gradem i jakaś mega wichura. A wiało już od rana tak, że pierwsze orzechy spadły z drzewa z trzaskiem.

Ciekawe, czy posypały się też kasztany na pobliskim kasztanowcu. Już ostatnio sprawdzałam trawnik pod nim  w poszukiwaniu pierwszych skarbów dla dzieci.

Na przydrożnych łąkach żółto od nawłoci, mam nadzieję że ich właśnie nie poobrywało, bo na każdym spacerze wdycham ich miodowy zapach i robię bukiet do wazonu w kuchni.

Wieczory zaczynają się coraz wcześniej, noce już chłodne. Żal lata... Jedyna pociecha w tym, że już myślimy o kolejnym ;) I nawet, jeśli nasze plany się nie zrealizują za rok, to może za dwa, trzy... Chociaż wstępny plan jest taki, żeby znowu nad morze, żeby tym razem nie plażować tyle, ale więcej pozwiedzać, zobaczyć... Bo po tym lecie z maseczkami w tle mam pewien niedosyt. Ech, ciekawe, jaki będzie świat za rok, po kolejnych miesiącach walki z wirusem. I my...

Ulewa przeszła, za oknem błękit. Otworzyłam okno, kwiaty w ogrodzie całe w kropelkach. I ten mokry, słodkawy zapach chłodnego letniego wieczoru po deszczu.

Chłopcy ponoć z okien poddasza widzieli tęczę. Dziewczyny wkurzone, że nie widziały. A Michał coś gorączkuje i cały dzień jest nieszczęśliwy. Zęby?

Ja senna, zawieszona... Mam ochotę położyć się na hamaku w sadzie pod jakąś jabłonką i nic nie robić. Tyle że nie mam sadu ani hamaka, więc ten tego... Siedzę w kuchni i czytam kolejne książki dla dzieci i młodzieży. Takie najbardziej poprawiają mi humor. Dorosłych smętno-poważnych powieści jakoś nie lubię.

A dziś uroczystość... Maryjne czytania w jutrzni - moje ulubione, najbardziej "domowe".

poniedziałek, 17 sierpnia 2020

Morskie opowieści po raz kolejny...

 

I wróciliśmy...

Nadal ciężko mi uwierzyć, że morze jest teraz tak daleko. A szum fal usłyszę najwcześniej za rok. Ech.

Ale nie ma co narzekać. Odpoczęliśmy. Trafiła nam się cudowna pogoda, dwa tygodnie ciepła i słońca. Coś takiego przeżyliśmy po raz pierwszy, zawsze było te kilka pochmurnych, wietrznych dni... A tu nic. Torba z kurtkami przeleżała w szafie nie ruszona, spodnie i swetry też nie były wyciągane. Wzięliśmy za to za mało letnich rzeczy, więc musiałam robić przepierki :) No ale kto by się spodziewał, że każdego dnia najlepszym strojem będzie... kąpielowy? Nad Bałtykiem? Eeee ;)

W tym roku z powodu wirusa nie ruszaliśmy się nigdzie dalej, żadnych wycieczek do Trójmiasta, Fromborka czy Łeby. Byliśmy za to w Stilo zobaczyć latarnię morską. Warto było :) Dzieciaki zachwycone. Co prawda na samym czubku Ela stwierdziła nagle, że woli oglądać latarnię z dołu, no ale... ;D

Michaś w tym roku skorzystał z morza na całego i już od pierwszego dnia zapałał miłością do wody. Musieliśmy go ciągle pilnować, żeby trzymał się mielizny, bo najchętniej doszedłby piechotą do Szwecji.

Opaliliśmy się tak, że chłopakom mimo smarowania kremem zaczęła schodzić skóra :P Wszystkim czterem. Nas, dziewczyn, jakoś warstwy trzymają się lepiej.

Wiele zamków z piasku zostało zbudowanych i zburzonych, wiele bitew na plaży stoczonych... Chłopcy trochę popływali, dziewczynki się popluskały. Michałek co chwilę wodował jakieś przedmioty typu łopatka czy grabki, a czasem samego siebie.

Ale najbardziej jak zwykle dopisali ludzie. Nie dość, że na miejscu spotkaliśmy tradycyjnie wielu znajomych, a także nawiązaliśmy nowe znajomości (z innymi wielodzietnymi, nie ukrywam, te wspólne tematy...), to jeszcze początek i koniec wyprawy był pod tym względem piękny. Bo najpierw zawinęliśmy do ciepłego kaszubskiego domku, w którym czujemy się jak u siebie i za którym już tęsknimy <3 gdzie spędziliśmy super chwile z rodziną Kaszubki. A wracając znad morza, w połowie drogi zahaczyliśmy o inny znajomy dom, równie fajny. Obiad cioci Justyny Rafałek wspomina z rozrzewnieniem, wzdychając raz po raz :D

Także ten... Zaiste jest za co dziękować :*

piątek, 31 lipca 2020

Przed wyjazdem.

Kolejny upalny dzień. Aż ciężko wychodzić z domu.

A my, o ironio, lekko podsmarkani. Musiało nas przewiać w nocy. Ale jak tu spać przy zamkniętych oknach? :P

Ponoć nad morzem chłodniej. Cóż, przekonamy się. Choć ze względów katarowych nasz wyjazd opóźni się o dzień, dwa...

Swoją drogą mam nadzieję, że w ogóle ruszymy. Bo jak do tej pory co chwilę coś wyskakuje i sprawia, że dostaję zawału. Na przykład taki Gabryś, który przewrócił się na rowerze. Pół dnia skakał na jednej nodze i jęczał, że boli go kostka. Opuchlizny nie było i generalnie zero śladów kontuzji, ale pierworodny potrafi biadolić bardzo przekonująco. Już miałam czarną wizję pobytu w przychodni lub szpitalu na kontroli (a w tym momencie wolałabym omijać takie miejsca). Aż nagle mnie olśniło. Zrobiłam smutną minę i powiedziałam, że w takim razie skoro noga go boli, to nad morze nie pojedziemy. I normalnie cud nad Wisłą, Gabryś momentalnie wyzdrowiał. Po godzinie nawet już nie pamiętał, w którą nogę się uderzył :P

No ale nic to, mam nadzieję, że za kilka dni będę zapominać o krakowskich smogach i upałach nad morskim brzegiem. I o różnych codziennych troskach...

Potrzebujemy resetu, wszyscy. Ja, specjalista od zarządzania domowymi zasobami ludzkimi i Krzysiek, specjalista od komputerów oraz domowego działu budowlanego :P A dzieciom też dobrze zrobią te dwa tygodnie, które potem będziemy wspominać długo...

Pakowanie w toku. Część ubrań już posortowana tkwi w torbach. Inne czekają na swoją kolej. A ja już mam schiza, że zapomnę zapakować czegoś bardzo ważnego O.o Leki, dokumenty, kosmetyki, pieluchy dla Michałka... Dzieci. Tyle ważnych rzeczy do zabrania, weź tu człowieku pamiętaj o wszystkim :P

A już jutro jedenasta rocznica naszego ślubu. Będziemy świętować <3

Dzień po ślubie też wyjeżdżaliśmy nad morze... I jakoś tak mniej tego pakowania było, plecaki, namiot... Potem noc spędzona w pociągu na podłodze pod drzwiami toalety :P bo taki tłok był. Spacery po plaży tylko we dwoje. Pięknie było... Teraz też jest, choć inaczej. Ale każdy czas ma swój urok. Dojrzałość z gromadką wilczków u boku również jest fajna, choć zupełnie inna. Nawet jeśli zamiast o szaleństwach nadmorskich myślę teraz o tym, co będę gotować tam na obiad, żeby wszyscy się najedli, a ja nie zmęczyła staniem przy garach. Też chcę odpocząć :P

Swoją drogą pamiętam, jak jedenaście lat temu myślałam z lekkim przerażeniem o rodzicielstwie. Chcieliśmy mieć te pięcioro-sześcioro dzieci, taki był pomysł od razu ;) A z drugiej strony w mojej głowie to było takie totalnie egzotyczne i sobie myślałam - o maaatkooo, jak ja dam radę z piątką jakiś obcych bachorów? (bo wtedy te jakieś tam wymyślone dzieci były jednak obce).

I w tym tkwi haczyk, że w momencie narodzin (a czasem nawet wcześniej) dziecko przestaje być obce. A potem jest coraz bardziej oswajane i znane.

Dobrze jest budzić się i zasypiać w domu pełnym oswojonych, bliskich osób. Dziękuję za to, Boże :*

niedziela, 26 lipca 2020

Kurs na...

Upalna niedziela.

Byłam rano z czwórką w kościele, Krzysiek został z Michałkiem w domu. Gdy wróciliśmy, już na podwórku poczuliśmy aromat brownie. Dobrze mieć męża, który piecze ;) Zrobiłam szybko spaghetti z mięsem i grzybami. Zjedliśmy, a potem... leniwe popołudnie. Ciepło, nic się nie chce.

Dzieciaki się przewalają po pokoju, nadrabiając zaległości towarzyskie. Starszaki wczoraj wrócili, zadowoleni bardzo. Chyba też się będę musiała wybrać do Krynicy, tęskni mi się za tamtymi stronami. I za Wysową, chyba jeszcze bardziej. Za cerkwiami i zrujnowanymi cmentarzami, pochowanymi gdzieś po krzakach. Choć teraz większość z nich wygląda lepiej niż w czasach mojego dzieciństwa, odnowiona, odnaleziona...

Ale choć Łemkowszczyzna woła, to na razie obieramy kurs na Kaszuby... Które stały się równie bliskie memu sercu :) Jedna ziemia odkryta w dzieciństwie, druga w dorosłym życiu, z własnymi dziećmi. I obie wzywają.

Także ten, kilka dni planowania, pakowania. A w piątek wybywamy. Mam nadzieję, że pogoda dopisze, a droga będzie bezpieczna. Już się cieszę na podróż, nie lubię siedzieć w domu.

A dziś wspomnienie Anny i Joachima. Coś takiego jest w tych postaciach, że na samą myśl o nich robi mi się ciepło i spokojnie. Jakbym usiadła u babci w fotelu, z filiżanką poziomkowej herbaty i kawałkiem placka z truskawkami. Może tak będzie w niebie... W pewnej odsłonie, bo tam będzie pewnie tak pięknie i bogato, że umiem sobie wyobrazić tylko jego cienie.

Anna, Sara, Elżbieta... i Maria. Mam do nich słabość, bo wszystkie czekały... i się doczekały. Mogły dotknąć Pana Boga. Warto czekać po cichu, robiąc swoje.

Niebo. Ta ojczyzna woła najbardziej. A na razie łapiemy jej odblaski, w górach i nad morskim brzegiem.