Suwaczek z babyboom.pl Suwaczek z babyboom.pl
Suwaczek z babyboom.pl Suwaczek z babyboom.pl
Suwaczek z babyboom.pl Suwaczek z babyboom.pl

wtorek, 27 października 2015

Jest tak pięknie...

Po pierwszych śniegach myślałam, że to już koniec jesieni i pięknych kolorów. A jednak - październik pokazał jeszcze, jaki potrafi być urzekający... Można sunąć przez sterty opadłych liści, wśród nagich gałęzi drzew, czując się jak Arwen - gdzieś na krańcu czasów. Bo stary, narodzony w tym roku świat przeminął i pogrąża się w mroku. Czasem aż trudno uwierzyć, że po ciemnościach następuje zmartwychwstanie. A jednak ono zawsze rozwija skrzydła na czubku krzyża. Nadejdzie kolejna wiosna. Na razie jednak pozostaje dostrzegać te małe cuda, czerwone i żółte liście klonu, zmarznięte mimozy. I to dziwne o tej porze roku, kruche światło.

Chłopaki w przedszkolu, a my z Elą cieszymy się znowu pięknymi dniami.


poniedziałek, 26 października 2015

Szczypta polityki.

Oglądam i ryczę ze śmiechu. Zwłaszcza od 5 minuty jest dobre i zabójczo aktualne. Choć w tym wypadku to Kopacz powinna być w hełmie. I w szpilach. Widok byłby zaiste uroczy. Nie wiem tylko, czy zależałoby jej na harataniu w gałę w tym Peru.

I jeszcze to, jeden z moich ulubionych skeczy ostatnich czasów :P Ciekawa jestem, o której Palikota nabiją na Pałac Kultury. I do którego seminarium pójdzie Nergal.

A teraz czas na trochę prasy:

Spaliśmy z mężem smacznie, kiedy nagle usłyszeliśmy straszny łomot. Ktoś kopał z całej siły w drzwi naszego mieszkania. Nagle drzwi zostały wyważone, do przedpokoju wpadli czterej antyterroryści w pończochach na głowach i facet ubrany na czarno - jak Neo z "Matrixa" - z małym, białym kartonikiem pod szyją. On ewidentnie nimi dowodził - opowiada nam przerażona rozmówczyni.
- Bez słowa wskazał na mojego męża Krzysztofa. Czterej funkcjonariusze rzucili się na niego, związali mu ręce sznurem z jakimiś paciorkami, a dowodzący oficer wskazał na drzwi. "Gdzie mnie zabieracie?!" - krzyknął mąż. "Na poranną Mszę" - odpowiedział dowódca. Do końca życia zapamiętam okrzyk przerażenia, który Krzysztof z siebie wtedy wydał... - załamującym się głosem mówi Krystyna. (źródło)
Tak tak... Człowiek zasypia spokojnie i nagle budzi się w zupełnie innej rzeczywistości. I, choć może wielu z Was się ze mną nie zgodzi, jest to zmiana na lepsze. Być może za jakiś czas będę się cieszyła z końca rządów PiSu tak samo, jak teraz z odejścia PO. Znając życie, jest to bardzo możliwe.
A jednak teraz czuję ogromną ulgę. To, co się działo w ostatnim czasie i co robili z nami Donald i potem Ewa było i męczące i przerażające. Czas zmienić myślenie lewostronne na prawostronne :P
I może wreszcie przestanę słyszeć od pani o surowym wyglądzie złośliwej nauczycielki, jakie to mam średniowieczne i zacofane poglądy na temat życia.
No jak tu się nie cieszyć :)
W weekend udało się odpocząć, więc dobrze jest. W środę Rafałek będzie pasowany na przedszkolaka. Będę przeżywać ;)
Trochę Kukiza na koniec...
Jestem moherem, oszołomem,
Nazistą, świnią , homofobem
Zdrajcą, agentem, pomyleńcem,
Wrogiem dla Rosji i Unii Europejskiej

Katolem, który nie rozumie,
Że zarodek to nie człowiek, bo chodzić nie umie
Głąbem, co wciąż ma jedną żonę
Jestem moherem oszołomem

Ciemnogród jestem i faszysta,
Wróg społeczeństwa, nonkonformista
Matołem jestem obrzydliwym,
Kołtunem, chamem, ścierwem parszywym

Nacjonalistą zaślepionym
I roszczeniowcem pomylonym
Durniem, co szuka dziury w całym
W naszym Systemie doskonałym

Tak - to ja
Przyznaję się
Zabijcie mnie!

Idiotą jestem, który nie kapował
Gdy z kolegami mury malował
Nie sprzedał esbekom narzeczonej
I na dodatek wziąłem ją za żonę

Chamem niesubordynowanym
Co kontestuje jedynie słuszne plany
Nie widzi, że Polska jest wielka!
Tak jak za rządów Towarzysza Gierka

Tak - to ja
Przyznaję się
Zabijcie mnie!

piątek, 23 października 2015

Maraton.

Piątek...

Siedzę smętnie przed kompem. Nie, żeby mi jakoś smutno było, czy coś. Raczej takie odrętwienie w celach regeneracyjnych. To był trudny tydzień.

Zeszłego piątku w nocy Rafałek dostał wysokiej gorączki. Prawie 40 stopni, nie dawało się za bardzo zbić, a młody tak grzał jeszcze dwie noce. Na szczęście w dzień było w miarę dobrze, choć był tak słaby, że tylko leżał w łóżku i przysypiał przy bajkach. Do tego ból głowy, gardła, wszystkiego w zasadzie. Wirusowe zapalenie gardła. Na szczęście dzieci znajomych przechodziły to niedawno, więc wiedziałam od razu, jakie leki podać.

Następna w kolejce poszła Ela, w nocy z niedzieli na poniedziałek to samo. Grzała tak mocno, że całą noc robiłam jej okłady. Bo oczywiście czopki prawie nie pomagały ech. Kolejne dwie noce nie były moje, ale przynajmniej dziewczynka szybko doszła do siebie i nawet nie kaszlała. Póki co ona wszystko jakoś lżej przechodzi...

W środę złapało mnie. Już w ciągu dnia czułam, że coś jest nie tak, a pod wieczór to już się tylko modliłam, żeby Krzysiek szybko z pracy wrócił i mi pomógł przy dzieciach. Potem leżałam w gorączce cała noc i następnego dnia się czułam jak zombie.

Żeby było ciekawiej, tego samego wieczora, kiedy mnie zaczynało brać, Gabryś wrócił z przedszkola nieszczęśliwy. Powiedział, że wymiotował po obiedzie i w ogóle się źle czuje. Cóż, rotawirus. Młody wymiotował jeszcze całą noc. Dobrze, że Krzysiek miał siłę się nim zajmować, bo ja wtedy nawet nie wiedziałam, co się dzieje.

Także tego... Dobrnęliśmy razem do piątku. Wieczorem jedziemy na weekend do teściów. Mam nadzieję, że dzieci spędzą miło czas z dziadkami. A my ze sobą. I że odpoczniemy w końcu... Chyba nam się należy, nie? :P

wtorek, 20 października 2015

Echoes in rain.

Zawsze staram się szukać dobrych stron w każdej sytuacji. Nie lubię marudzenia, bo szkoda na nie czasu... Zamiast biadolić lepiej się zająć czymś przyjemnym. A jeśli trzeba robić coś mało przyjemnego - to zrobić to jak najlepiej... i jak najszybciej ;)

Przyznam szczerze że tegoroczny październik jest dla mnie niezłym wyzwaniem. W tej szarej, zimnej rzeczywistości naprawdę ciężko znaleźć coś pozytywnego, coś co sprawiałoby radość. Dzieci smarkają, mąż przeziębiony, a ja w zeszłym tygodniu łykałam antybiotyk i nie miałam siły na nic. Nie sądziłam, że będę tak szybko ratowała się zdjęciami z wakacji i ogrzewała wspomnieniami. Ciągle sobie oglądam - Toruń, Lubiatowo, Gdańsk... I my, tacy opaleni i radośni. Ech.

No ale właśnie, nie ma co zrzędzić. Jakoś to będzie i przekopiemy się przez tą zimną zaspę na drugą stronę. Powoli...

Dobrze, że mamy siebie. Że mamy ciepły dom. Że na obiad mogę zrobić coś dobrego :) I że, kiedy Ela utnie sobie drzemkę, książkę jakąś poczytać. Wypić ciepłą herbatę, albo latte na poprawę humoru sobie strzelić. Posłuchać wieczorem rekolekcji bez wychodzenia z domu, bo dużo fajnych rzeczy można na youtube znaleźć (to akurat lubię w internecie). Pogadać z przyjaciółką przez telefon. Pomodlić się za znajome dzieci, co to jeszcze są w brzuchach mam, coby się zdrowe bezpiecznie urodziły. No jest co robić :)

Tak jeszcze wyjaśniając pewne nieporozumienie, które jak widzę wynikło po przeczytaniu ostatniego posta... Ja owszem, pracuję w domu, ale nie zawodowo. Znaczy się pieniędzy nie zarabiam żadnych :P Po prostu jestem żoną dla męża i mamą dla dzieci, a w związku z tym mam masę pracy - gotowania, sprzątania, i znowu gotowania i sprzątania, przebierania, mycia, wycierania (i znowu gotowania i sprzątania), ustalania terminów różnych wizyt u lekarza, spotkań wspólnotowych, robienia zakupów... no wiecie sami :)) Na szczęście mąż i dzieci moją pracę doceniają, więc jestem szczęśliwa i innej zapłaty nie potrzebuję. Do pracy zawodowej też mnie nie ciągnie. "Do ludzi" iść nie potrzebuję, bo widuję ich ciągle, a o pieniądze dla nas to już się Bóg zatroszczy i Krzyśka w roli żywiciela rodziny wesprze.

Z pozytywów jeszcze: w listopadzie, tuż przed moimi urodzinami, ukaże się po siedmiu latach przerwy nowa płyta Enyi!!! Już poprosiłam Krzyśka, żeby mi ją kupił jako prezent ;) W muzyce Enyi zakochałam się jakieś hmm... czternaście lat temu, będąc w liceum. Czytałam wtedy Tolkiena i "The memory of trees" świetnie mi pasowało do klimatu "Władcy". A zaraz się okazało, że Enya zaśpiewała w pierwszej części filmu swoje piękne "May it be".

Póki co zachwycam się nową piosenką:


Wait for the sun
Watching the sky
Black as a crow
Night passes by
Taking the stars
So far away
Everything flows
Here comes another new day

Into the wind
I throw the night
Silver and gold
Turn into light
I'm on the road
I know the way
Everything flows
Here comes another new day

Alleluia, alle-alle alleluia
Alleluia, alleluia
Alleluia, alle-alle alleluia
Alleluia, alleluia

Echoes in rain

Drifting in waves
Long journey home
Never too late
Black as a crow
Night comes again
Everything flows
Here comes another new day

Alleluia, alle-alle alleluia
Alleluia, alleluia
Alleluia, alle-alle alleluia
Alleluia, alleluia

środa, 14 października 2015

O remoncie, śniegu i wyjazdach.

No dopszzz, wywołana przez Martę wezmę się do pisania i skrobnę, co u nas. Zbieram się do tego od kilku dni i jakoś tak... nie chciało mi się. Pogoda taka, że nic, tylko wleźć pod kołdrę, postawić herbatę z miodem na parapecie przy łóżku i wspominać wakacje dla rozgrzewki. 

Nie, nie narzekam :) Ja mam taką pracę (czytaj: pracę w domu), że mam taką możliwość. Zamiast się męczyć godzinami przy biurku i udawać przed szefem, że coś robię, mogę wziąć Elusię i bawić się z nią w naszym łóżku. Jest miło, ciepło i wygodnie :D Można się turlać, książki czytać, uczyć gdzie jest nos, a gdzie ucho... i takie tam.

Jak widać, moje ciągotki do długotrwałych spacerów i spędzania całego dnia poza domem, spakowały walizki i wyjechały :P wrócą z nadejściem wiosny pewnie...

Co poza tym... W poniedziałek ŚNIEG SPADŁ!!! Ku radości mojej i dzieci. Ulepiliśmy pierwszego bałwana i stoczyliśmy bitwę na śnieżki. Nawet Eluśka musiała sprawdzić, co to takie białe i zimne jest! Dziś po śniegu nie ma już śladu, a piękny złoty październik po tym pierwszym zimowym podmuchu zaczął przypominać szarawy listopad (bo liście na drzewach i krzewach wymiękły i opadły). Śmiesznie tak, rok temu jednak dłużej było złotoczerwono. No ale jakoś mnie to nie martwi, bo... dotarło do mnie, że już blisko: 1 i 2 listopada (uwielbiam chodzenie po cmentarzach), adwent, moje urodziny, Mikołaj, no i święta. Jupi!!!

Swoją drogą w poniedziałek miałam niezłego zonka w pewnym monecie, jak patrzyłam na biel za oknem. Dotarło do mnie, że równe półtora miesiąca temu kąpaliśmy się w morzu w samych kostiumach. No jaja, w tak krótkim czasie przejść od upalnego lata do szalików i czapek.

Nasz dom chwilowo przypomina ruinę, albowiem jesteśmy w trakcie remontu. Panowie w zeszłym tygodniu wymienili rury itp, ale przed nami jeszcze długa droga. Krzysiek musi ściany dobrze skuć, potem cośtam nałożyć... a potem dopiero można kłaść płytki. No ale mimo bajzlu i popakowanych w niebieskich worach rzeczy, walających się wszędzie - mam już przed oczyma ta naszą łazienkę odnowioną, z nowymi płytkami, prysznicem, nową szafką i umywalką, ech :)) Nic tylko wchodzić i brać prysznic :P

Ale póki co w łazience jest tylko działający kibel i kupa gruzu, a myć możemy się co najwyżej w misce. Także kolejny etap "na walizkach".

Ten czas, kiedy weszła do domu ekipa i energicznie działała w łazience, spędziliśmy miło u znajomych. Mieliśmy być u moich rodziców, ale moja mama się rozchorowała. I może dobrze wyszło, bo mama się wykurowała i odpoczęła, a my przez te trzy dni mieszkaliśmy w domu z rodzinką, w której jest ośmioro dzieci (jak ja lubię u nich bywać!!! jest tak normalnie i ciepło...). Dzieciaki bawiły się ze sobą, a ich mamy mogły wreszcie znaleźć trochę czasu dla siebie i pogadać. Bo jednak mamy wielodzietne jak się spotkają, to ojjj - mają o czym rozmawiać. Książkę możnaby napisać :)

A potem zdążyliśmy tylko wpaść na pół dnia do domu, żeby go trochę odgruzować... Chłopaków odstawiliśmy do zdrowych już dziadków, a my wybyliśmy nad Zalew Czorsztyński ze wspólnotą (kocham takie cygańskie życie). Dla nas jako małżeństwa - super czas. Ten wyjazd co roku ładuje mi baterie i daje siłę. I  na randkę z Bogiem też miałam wreszcie iść, posłuchać spokojnie, co ma mi do powiedzenia, dać się przytulić... W codziennym zabieganiu o takie momenty trudno, a bez tego przecież ciężko żyć.

No i to chyba tyle. Muszę kończyć, bo obiecałam Gabrysiowi bajkę, zanim pójdziemy Rafałka odebrać z przedszkola. Dziś najstarszy miał wolne, bo byliśmy na zajęciach u logopedy. Najbardziej ucieszyła się Ela, bo mogła z nim potem w domu poszaleć. Już teraz dobrze widać, że o ile Rafałka mała traktuje jak równego sobie, w sumie niewiele większego, o tyle Gabryś jest dla niej prawdziwym Starszym Bratem :) Wpatrzona jest w niego jak w obrazek. Bo on nie uderzy, nie odepchnie, jak to średniemu się zdarza czasem w gniewie. Ale delikatnie się zaopiekuje młodszą siostrą i pobawi trochę tak, jak rodzice, bezpiecznie i ze zrozumieniem. Lubię patrzeć na ich zabawy.

Ech, Rafałkowi też by się taka dużo młodsza siostrzyczka przydała, żeby się mógł poczuć odpowiedzialny. Zresztą sam już kiedyś prosił o osobną, własną siostrę, żeby się z Gabrysiem mogli podzielić xD

piątek, 2 października 2015

Anielsko i jesiennie.

Jeszcze anielsko - bo dziś wspomnienie naszych Aniołów Stróżów. I tu już ciężki orzech do zgryzienia dla większości z nas, bo o ile w potężnych (i w domyśle - odległych) archaniołów ludzie jeszcze są w stanie uwierzyć, o tyle o istnieniu osobistego anioła większość jakoś nie myśli. I w związku z tym z jego pomocy (świadomie) nie korzysta. Poza ludźmi zakręconymi na punkcie aniołów, nawet w czasie zagrożenia większość (mniej lub bardziej) wierzących prędzej prosi o pomoc konkretnego świętego, niż swojego anioła. Tak przynajmniej wynika z moich obserwacji :P  W sumie szkoda. Pewnie dlatego tak jest, że bliżej nam do tych, co wprawdzie już po drugiej stronie, ale przynajmniej wiemy, jak wyglądali, jacy byli. A anioła sobie wyobrazić trudno. I że jest przy mnie jakiś dobry duch, który mnie chroni? To już brzmi jak bajka dla małych dzieci :)

Ale to wcale bajką nie jest. Polecam w tym temacie piękną książkę A jak Anioł. Dostał ją swego czasu Rafałek od swojej chrzestnej, ale sama przeczytałam ją z zainteresowaniem. Niektóre anielskie historie były naprawdę odjechane :)

A tu papież Franek o naszym aniele: Jest on zawsze z nami! Jest to obecność rzeczywista. Jest jakby ambasadorem Boga w naszym życiu. A Pan nam radzi: «szanuj jego obecność!». Gdy my - na przykład – dopuszczamy się czegoś złego, i sądzimy, że jesteśmy sami, nie, on jest obecny. Trzeba mieć szacunek dla jego obecności. Trzeba słuchać jego głosu, bo on nam radzi. Kiedy słyszymy to natchnienie: «uczyń to… to jest lepsze… tego nie wolno czynić», usłuchaj! Nie buntuj się wobec niego!

Zmieniając temat, to właśnie wróciliśmy ze szpitala z kontroli po zabiegu. Z Gabrysiem wszystko ok, rana goi się ładnie. Mamy uważać jeszcze przez tydzień i trzymać dietę, ale potem młody będzie już mógł iść do przedszkola. I wszystko do normalności wróci, mam nadzieję.

Do normalności bardzo jesiennej. Zaczął się październik. Na razie jest pięknie, kwitną jeszcze ostatnie kwiaty (u mnie hibiskus i budleje dają radę), no i moje kochane fioletowe michałki podglądam w ogrodach. Ale kasztany i orzechy już prawie wszystkie się wysypały. Aż mi dziwnie na myśl, że pod koniec tego miesiąca większość drzew będzie już bez liści. Wieczory już coraz dłuższe i chłodne. Dużo ludzi już widziałam po zachodzie słońca zakutanych w zimowe płaszcze, czapki i szaliki. Strasznie szybko ten przeskok, dopiero co przecież lato było...

Mam ochotę iść z kimś do knajpy na grzane piwo z sokiem. I powłóczyć się nocą po mieście. Tylko że kurcze nie mam z kim...